Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 53 из 151

Uther Doul spuścił wzrok na swój miecz.

– Ale nie śmierć – powiedział, po czym uśmiechnął się pięknie i nieoczekiwanie – tylko coś znacznie bardziej skomplikowanego.

Brucolac pokręcił głową.

– Jesteś najodważniejszym ze znanych mi ludzi, Doul, pod niezliczonymi względami – rzekł ze smutkiem, z żalem. – Dlatego ze zdumieniem patrzę na tę stronę twojej osobowości. Małoduszną, strachliwą, tchórzliwą, odtwórczą, służalczą. – Doul w żaden sposób nie zareagował, a słowa Brucolaca nie brzmiały jak prowokacja. – Czy powiedziałeś sobie, że najodważniejszą rzeczą jest spełnić swój obowiązek, nie zważając na konsekwencje? – Znowu pokręcił z niedowierzaniem głową. – Jesteś masochistą, panie Uther? Czy twardnieje ci kiedy tak się poniżasz? Dostajesz wzwodu, kiedy te pochlastane chuje wydają ci rozkazy, o których wiesz, że są idiotyczne? Brandzlujesz się przez kieszeń i spuszczasz się, kiedy wbrew zdrowemu rozsądkowi wykonujesz ich polecenia? Dalijabber, musisz mieć nieźle sponiewieraną fujarę, bo to są najbardziej obłąkane rozkazy, jakie w życiu dostałeś i dobrze o tym wiesz. A ja nie pozwolę, żebyś je wykonał.

Doul patrzył bez ruchu, jak Brucolac odwraca się i odchodzi.

Wampir otulił się cieniem i szybko przepadł w mgielnej poświacie, odgłos jego kroków ucichł. Dał się słyszeć jakiś szelest i wysoko nad pokładem stare olinowanie brzdęknęło, kiedy coś się o nie otarło i poleciało dalej.

Doul podążał wzrokiem za miejscami, gdzie słyszał te dźwięki. Dopiero kiedy dookoła wszystko umilkło, odwrócił się ku morzu i nawiedzanej dzielnicy, uchwyciwszy za rękojeść miecza.

Rozdział szesnasty

Za pomocą atlasów i monografii podróżników Bellis i Silas sporządzili mapy Gnurr Kett, Cymek i Zatoki Żelaznej. Usiłowali wytyczyć trasę do Nowego Crobuzon.

Wyspa anopheliusów nie była zaznaczona, ale kierując się opowieściami kupców-kaktusów, wydedukowali, że znajduje się ona kilka dziesiątek kilometrów od południowego koniuszka Gnurr Kett, mniej więcej półtora tysiąca kilometrów od cywilizowanych, północnych brzegów wyspy. A stamtąd do Nowego Crobuzon było jeszcze prawie trzy tysiące kilometrów.

Bellis wiedziała, że statki z Gnurr Kett w porcie Kelltree stanowią bardzo rzadki widok. Przeglądnęła szereg prac z ekonomii politycznej i prześledziła szlaki towarów z Dreer Samher do Gnurr Kett, do Shankell, na Wyspy Mandragory, do Perrick Nigh i Myrshock, a także, w dużym stopniu hipotetycznie, do Nowego Crobuzon.

– Z wyspy moskitów mielibyśmy prawie taki sam kawał drogi do kraju jak z kolonii – powiedziała z goryczą Bellis. – Tysiące mil morskich nieznanych wód i białych plam porozdzielanych legendami i bredniami. Na samym końcu bardzo długiego łańcucha handlowego.

Tak spędzali wszystkie wolne chwile. Zgarbieni nad stołem w cylindrycznym pokoju Bellis, nie zważali na odgłosy i światło – słoneczne lub latarniowe – z zewnątrz, ona kopciła jak komin, przeklinając przykry w smaku tytoń uprawiany na statkach Armady, oboje robili notatki, szperając w starych księgach. Próbowali coś wycisnąć ze skradzionej przez siebie wiedzy. Próbowali wymyślić jakiś sposób ucieczki.

Nauganiali się za tajemnicą Armady, a teraz, kiedy powoli sobie uzmysławiali, że wiedza ta niekoniecznie umożliwi im powrót domu, wpadli w przerażenie.

„Gdyby tylko udało nam się ustalić, gdzie będziemy…” – myślała, lecz narastało w niej bolesne uświadomienie, że miasto jest dosyć duże, w związku z czym raczej nie zawinie do portu w Kohnid czy gdzie indziej ani nie minie go w odległości pięciu wiorst. A jeśli nawet, to musiałaby w jakiś sposób przedostać się na brzeg, a potem wsiąść na jakiś statek i dopłynąć do ojczyzny. A to wydawało się nieosiągalne.

„Obym tylko dotarła na brzeg. Może uda mi się kogoś przekonać, żeby mi pomógł, albo ukradnę łódź, albo ukryję się na jakimś statku, albo… coś”.

Nie miała jednak szans dotrzeć na brzeg. A gdyby miała, z wszystkich tych pomysłów najprawdopodobniej wyszłyby nici, z czego doskonale zdawała sobie sprawę.

– Przyszedł dziś do mnie Szekel – powiedziała. – Minął już prawie tydzień, odkąd dał mi tę książkę. Spytał, co to jest i czy nie tego szukał Tinti

Nie sposób było oszacować, ile Kochankowie wiedzą na temat podnoszenia awanka. Coś wiedzieć musieli – gdzie znajdują się dziury, jak mocne maszyny i taumaturgia jest potrzebna, może znają niektóre elementy niezbędnej teorii naukowej. Jedno nie ulegało wątpliwości: najbardziej zależało im na znalezieniu książki Krüacha Auma. „Jedyny opis skutecznej próby wywołania z nory i łapania awanka.” – pomyślała Bellis. „W przybliżeniu znają miejsce, ale założę się, że mnóstwa rzeczy nie wiedzą. Pewnie im się wydaje, że potrafią wszystko wymyślić i przypuszczalnie kiedyś by im się to dało, ale daję sobie rękę uciąć, że ta książka znacznie by im ułatwiła zadanie.”

Odsuwała od siebie głupie pomysły, na przykład zażądać zwrócenia wolności w zamian za książkę, ponieważ miała bolesną świadomość, że to nie wypali. Nadzieja z niej uchodziła, przejmował ją chłód bezsilności.

Ze swoistą desperacką nonszalancją porozmawiała z Carria

Carria

– Nigdy nie przeszło mi to przez głowę. – Siedziały w pubie w Pragnieniowicach. Carria

„Zatrzymano tylko tych, o których słyszałaś” – pomyślała Bellis.

– Co z nimi robią? – spytała.

Carria

– Jest to bodaj jedyna kwestia, co do której między wszystkimi władcami na Armadzie nie ma sporu. Kochankowie, Brucolac, król Friedrich, Braginod, Rada i tak dalej, wszyscy się zgadzają, że Armada nie może pozwolić sobie na to, aby świat dowiedział się ojej istnieniu. Oczywiście są marynarze, którzy wiedzą, że pływamy gdzieś po świecie i są takie państwa jak Dreer Samher, z którymi handlujemy, ale gdyby dowiedziało się o nas jakieś mocarstwo, na przykład Nowe Crobuzon? Które z nich nie chciałoby pozbyć się nas z mórz? Uciekinierów się powstrzymuje, Bellis. Dobrze mnie zrozum: nie łapie, tylko powstrzymuje. – Carria