Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 151

Zostawili Szekla, żeby mógł spokojnie zjeść lunch z Ta

– Lubię tę bibliotekę – powiedział. – Lubię tam chodzić, nie tylko ze względu na Oziębłą.

– Nie zaszkodziłoby ci, jakbyś trochę poczytał, chłopie – powiedział Ta

– Odróżniam litery – odparł Szekel ogólnikowo.

– No to widzisz. Idź pogadać z pa

Przez chwilę jedli w milczeniu, patrząc, jak grupa raków z Armady wychodzi ze swojego ulowraka na dole.

– Jak tam jest na dole? – spytał w końcu Szekel.

– Zimno – odrzekł Ta

Jego głos rozpłynął się w milczeniu.

– Pomylone, nie? – powiedział Szekel, bacznie przyglądając się Ta

Szekel zobaczył, że Ta

– Co z nimi? – spytał.

Ta

Na skraju pirsu, gdzie raki wypływały na powierzchnię, stał wysoki człowiek-kaktus, z nagą piersią podziurawioną włóknistymi, warzywnymi bliznami. Na plecach miał ogromny kuszarpacz.

– Znasz go? – spytał Ta

– To nie jest nazwisko kaktusa – stwierdził Szekel. Ta

– On nie pochodzi z Nowego Crobuzon ani nawet z Shankell – wyjaśnił. – Uprowadzili go, tak jak nas. Przybył do miasta ponad dwadzieścia lat temu. Jest z Dreer Samher, więcej jak trzy tysiące kilometrów od Nowego Crobuzon. I coś ci powiem, Szekel: jakie on zna historie! Po co komu książki… Był kupcem-piratem, zanim go złapali i ściągnęli tutaj, i chyba nie ma w morzu takiego stworzenia, którego by nie widział. Potrafi obciąć włos strzałem z tego kuszarpacza, taki z niego snajper. Widział keragorae, ludzi-komary, przemieszczonych i co tam chcesz. I, bogowie, jak on umie o nich opowiadać! W Dreer Samher mają bajarzy, co zawodowo opowiadają historie. Hed był bajarzem. Umie tak zrobić, żeby jego głos był hipnagogiczny. Jak Wed opowiada historie, człowiek jest od tego kompletnie upity.

Człowiek-kaktus stał bez ruchu, pozwalając deszczowi bębnić o swoją skórę. – A teraz jest aeronautą – podjął Ta

– Ta

Ta

– Miałem być niewolnikiem w koloniach, Szekel – wyjaśnił spokojnym tonem. – Kochankowie z „Wielkiego Wschodniego” wzięli mnie do siebie, dali mi płatną pracę i powiedzieli, że srają rzadkim gównem na to, że jestem prze-tworzony. Kochankowie dali mi życie, kraj i dom. I choćby chuj wie, co chcieli zrobić, ja ich popieram. Nowe Crobuzon może pocałować mnie w dupę, chłopie. Jestem teraz obywatelem Armady, mieszkańcem Niszczukowód. Uczę się salt. Jestem lojalny.

Szekel wybałuszył na niego oczy. Ta

Był pod wielkim wrażeniem.

Deszcz nie przestawał padać. W całej Armadzie dawni pasażerowie „Terpsychorii” usiłowali żyć.

Na kiczowatych jolach i barkentynach kłócili się, kupowali, sprzedawali i kradli, uczyli się salt, niektórzy lali łzy, ślęczeli nad mapami miasta, obliczali odległość dzielącą ich od Nowego Crobuzon albo Nova Esperium. Opłakiwali swoje dawne życie, oglądając heliotypy przyjaciół i kochanków z ojczyzny.

W więzieniu reedukacyjnym między Niszczukowodami a Alozowicami siedziały dziesiątki marynarzy z „Terpsychorii”. Niektórzy krzyczeli na swoich strażników-terapeutów, którzy próbowali ich uspokoić, jednocześnie oceniając, czy dany człowiek potrafi wyzwolić się ze swoich dawnych więzi, czyjego lojalność wobec Nowego Crobuzon ulegnie stępieniu, czy można go przeciągnąć na stronę Armady.

Jeśli uznali, że nie można, zastanawiali się, co w takim razie z nim zrobić.

Bellis przybyła do „Czasu Niezrealizowanego” z makijażem i włosami sponiewieranymi przez wiatr. Kelner przywitał się z nią uprzejmie, a ona wytrzeszczyła oczy, zaskoczona takim traktowaniem. „Jakby był prawdziwym kelnerem, w prawdziwej restauracji, w prawdziwym mieście” – pomyślała.

„Zapleciony Język” był dużym, wiekowym statkiem. Upakowano na nim tyle budynków, tak gruntownie go przerobiono, tyle przy nim majstrowano, że nie dało się powiedzieć, do jakiego typu jednostek pływających kiedyś się zaliczał. Od stuleci stanowił część Armady. Przedni kasztel pokrywały ruiny: stare świątynie z białego kamienia, w znacznej części skruszonego lub sproszkowanego. Ruiny były porośnięte bluszczem i pokrzywami, które nie odstraszały jednak miejscowych dzieci.

Na ulicach „Zaplecionego Języka” widziało się dziwne kształty, bryły nieokreślonych substancji ocalonych z morza i walających się po kątach, jakby o nich zapomniano.

Restauracja była mała, nagrzana i urządzona w boazerii z ciemnodrzewu, z zajętą połową stolików. Okna wychodziły na pas keczów i kajaków w dokach Portu Jeżowca, drugiego portu Armady.

Bellis z ukłuciem w sercu zobaczyła, że u sufitu restauracji wiszą sznury papierowych lampionów. Ostatnim tak przystrojonym lokalem, który widziała, był „Zegar i Kogucik” na Polach Salacusa w Nowym Crobuzon.

Musiała potrząsnąć głową żeby wytrzepać z niej gryzącą melancholię.

Przy stoliku w rogu Joha

Przez jakiś czas siedzieli bez słowa. Joha

Ze zdumieniem zobaczyła, że stojąca na stole butelka czerwonego wina to stary rocznik galaggi, House Predicus 1768. Spojrzała na Joha

– Pomyślałem, że powi