Страница 140 из 151
Przemawiał dalej w tym samym duchu, z szacunkiem i wyczuleniem na tragizm niedawnych wydarzeń.
Zabierali głos na przemian, nawołując, aby zebrani nie tracili ducha.
– Jesteśmy bardzo blisko – powiedziała Kochanka z odcieniem podniecenia w głosie. Bardzo blisko mocy, które dawniej nie mieściły się w sferze wyobrażeń. Bardzo blisko wyniesienia Armady do prawdziwej potęgi – dynamo zasilane potencjalnością potrafiłoby dokonać wszystkiego, także sprzecznych rzeczy jednocześnie.
– Bunt to nie jest sposób – powiedział Kochanek. – Aby nasz projekt mógł być kontynuowany, musi być wspólnym projektem nas wszystkich.
– To wy nas tutaj sprowadziliście – powiedziała ludziom. – To wasze dzieło, dzieło wiekopomne.
„Nie czas na podziały” – mówili Kochankowie. „Jedność oznacza jedność celu, a obecnym celem jest znalezienie Blizny. Opłaci się. Opłaci się fantastycznie, wprost niewiarygodnie”.
Kochankowie wznosili się na coraz wyższe szczyty retoryki. Po oddaniu hołdu poległym odwołali się do perspektyw, jakie czekały dzieci Armadyjczyków po przystąpieniu do eksploatacji bliźnianego źródła możliwości.
Wygłosili dobre przemówienie, nacechowane wrażliwością i szczerością. Ich fascynacja Blizną była zaraźliwa. Wśród tłumu dawało się wyczuć autentyczny szacunek. Kochankowie jeszcze nie przekonali Armadyjczyków, ale zyskali trochę czasu.
„Wystarczy, że na jakiś czas uciszą sceptyków” – pomyślała Bellis. „To niemożliwe, żebyśmy byli daleko od Blizny. Jeśli mają rację, jeśli Blizna istnieje, to niedługo tam dotrzemy”.
Uther Doul, który stał trochę za Kochankami, spotkał się z nią wzrokiem. Dopiero wtedy w pełni sobie uświadomiła, na co się porwała w noc buntu, jakie ryzyko na siebie wzięła. Włamała się do pokoju Doula, ukradła egzotyczny artefakt i dostarczyła go najeźdźcom. Była jednak za bardzo zmęczona strachem, żeby go w tej chwili doznawać.
Kiedy Kochankowie zakończyli swoje przemówienie i ludzie się rozeszli, Doul podszedł do Bellis z miną, która nie wyrażała ani pretensji, ani życzliwości.
– To pani była w moim pokoju – powiedział miękko. – Zabrała pani posążek. Znalazłem w celi okruchy. I płetwę maga, która gniła. Spaliłem ją. Nie po to przybyli?
Bellis pokręciła głową.
– Po co i
Doul błysnął oczami.
Bellis ze znużonym zdenerwowaniem czekała na jego reakcję. Było wiele rzeczy, za które mógł ją ukarać. Przez nią Armada straciła figurkę grindylow, zupełnie niepotrzebnie. A może w Doulu drzemie iskra dawnej zażyłości?
Ale w jego zachowaniu nie dostrzegała niczego prócz obojętności i rezygnacji, toteż nie była zaskoczona, kiedy w końcu skinął głową, odwrócił się i odszedł. Uszło z niej powietrze, jak odprowadzała go wzrokiem. „Co Kochankowie o tym myślą?” – zastanawiała się. Nie umiała sobie wyobrazić, żeby ze spokojem przyjęli wiadomość o utratę płetwy maga. „Nie obchodzi ich to? Czy oni w ogóle wiedzą? – pomyślała nagle. „A jeśli tak, to czy wiedzą, że to przeze mnie?”
Tego wieczoru przyszedł do niej Ta
Stał w progu z takimi przekrwionymi oczami i taką szarą skórą, że wyglądał jak ćpun. Przez kilka milczących chwil patrzył na nią z niechęcią po czym podał jej plik kartek.
– Weź – powiedział. Rozpoznała entuzjastyczne pismo Szekla. Były to listy słów, które widział i które chciał zapamiętać na wypadek, gdyby trafił na nie w żarłocznie pochłanianych książeczkach dla dzieci. – Nauczyłaś chłopaka czytać i był tym zachwycony. – Ta
Bellis była zszokowana i zażenowana. Miała zupełnie i
Niewiele brakowało, a nie przyjęłaby daru Ta
Czy
Wyciągał ku niej rzeczy, które z pewnością były dla niego bardzo ce
Zawstydzona wzięła te notatki i podziękowała skinieniem głowy.
– Jeszcze jedno – powiedział Ta
– Jak? – zaczęła zaskoczona Bellis.
Armadyjczycy chowali swoich zmarłych w morzu. Ta
– Szek nie był do głębi serca morskim stworzeniem – wyjaśnił. – Był z niego raczej miejski chłopak. No i są pewne tradycje, od których mi się wydawało, że odszedłem… Chcę wiedzieć, gdzie on jest. Jak mi powiedzieli, że mi nie wolno, to ja im na to: „Spróbujcie mnie powstrzymać!”
– Dlaczego park Crooma, Ta
– Powiedziałaś mu kiedyś o nim, poszedł obejrzeć i był zachwycony. Myślę, że park przypominał mu Rudewood.
Po jego wyjściu Bellis wybuchła płaczem, nie mogła się powstrzymać. Powiedziała sobie z furią, że to ostatni raz.
Nabożeństwo było krótkie, chaotyczne i przejmujące. Skundlona teologia: crobuzońscy i armadyjscy bogowie zostali z pokorą poproszeni o opiekę nad duszą Szekla.
Nikt nie miał pewności, których bogów uznawał Szekel i czy w ogóle jakichś uznawał.
Bellis przyniosła kwiaty, skradzione z wielobarwnych gazonów w i
Miasto było ciągnięte w kierunku wschód północny wschód, stopniowo zwalniając wraz z awankiem. Nikt nie wiedział, jak ciężko ra
Tuż po wojnie, a zwłaszcza po pogrzebie Szekla, Bellis nie umiała na niczym się skupić. Sporo czasu spędzała z Carria
Jeśli niszczukowodzcy uczeni nie popełnili błędu w obliczeniach, miasto zbliżało się do celu. „Jeszcze dwa tygodnie, może jeden” – szeptano. Kilka dni i Armada dotrze do rany w tym pustym morzu. A potem uruchomione zostaną ukryte maszyny i ezoteryczna wiedza, możliwości kłębiące się wokół Blizny zaczną być eksploatowane.
W powietrzu unosiło się wyczekiwanie, strach.
Otwierając rano oczy, Bellis miała czasem wrażenie, że eter jest najeżony, jakby wokół krążyły jakieś niezrozumiałe dla niej siły. Mnożyły się dziwne pogłoski.
Najpierw o hazardzistach, szulerach grających do późna w nocy w dzielnicy Tobietwój. Podobno karty się zmieniały z chwilą, gdy zostały podniesione, barwne stroje waletów, dam i królów migotały jak w kalejdoskopie i dopiero kiedy już zostały rozdane, zastygały w jakimś konkretnym układzie.
Opowiadano o natrętnych duchach, brunatniakach albo kelkinach, które przemykały niewidoczne przez miasto i ruszały różne rzeczy. Odkładano jakiś przedmiot, aby później znaleźć go parę centymetrów dalej – w miejscu, w którym mógł być zostawiony, ale nie był. Przedmioty, które spadły i się rozbiły, później były całe albo nawet czekały tam, skąd niby zleciały.