Страница 132 из 151
Rozdział czterdziesty czwarty
Słońce zaszło, ale woda wciąż była ciepła. I prawie nieruchoma. Pod jej powierzchnią konstelacja baniek światła wydobywającego się z okien statków wyławiała z ciemności podbrzusze Armady.
Ta
– Nie podpływajmy za blisko – ostrzegał Ta
Szekel chciał zanurkować na metr lub dwa – głębiej by się nie odważył – i spojrzeć przez okulary na linę biegnącą w dół do batysfery. Ta
– Wątpię, żebyś zobaczył – mówił Ta
Morze otulało Ta
Ta
Dziewięć metrów od nich wyrastały z wody pokaźne, wzmocnione wspornikami podpory „Sorgo”. Słońce zaszło dokładnie za platformą, której zastrzały i wieże wiertnicze odcinały się od nieba kreskami.
– Nie podpływajmy za blisko – ostrzegł ponownie Ta
– Patrz! – entuzjazmował się, pokazując palcem.
Wytracił impet i na moment poszedł pod wodę, żeby wypłynąć ze śmiechem i jeszcze raz pokazać na dalszy koniec „Nosidła”. Zobaczyli gruby kabel, sztywno naprężony, schodzący do wody.
– Trzymaj się z daleka, Szek. Teraz już wystarczy. – Kabel wbijał się w wodę jak igła. – Szekel! – zawołał Ta
Ta
Kontury miasta rysowały się groźnie jak chmury burzowe. Ta
Kiedy rzucił się w górę i zaholował chłopca na powierzchnię, ten był uśmiechnięty.
– Zajebiście, Ta
Ta
Znajdowali się trzy metry pod wodą, koło obrośniętej morskimi żyjątkami burty „Nosidła”. Snop światła księżycowego z chlupotem wpadł do wody i Szekel pokazał na coś palcem. Dwanaście, piętnaście metrów dalej przez moment mignął im kabel okrętu podwodnego.
Ta
„Czas wypływać” – pomyślał. Dotknął Szekla w ramię i pokazał do góry. Szekel uśmiechnął się szeroko, obnażając zęby, choć uciekły mu w ten sposób resztki powietrza.
Coś wężowatego i bardzo szybkiego z bulgotem oscylowało w polu widzenia Ta
Zszokowany Ta
Nadal ze zdezorientowaną miną, Szekel zaczął tonąć. Ta
Wydawało się, że do powierzchni jest bardzo daleko.
W głowie Ta
Wykrzykiwał je bezgłośnie, jego opatrzone przyssawkami polipowate ramiona wczepiały się w skórę Szekla i szarpanymi ruchami ciągnęły go ku powierzchni. Wokół Ta
Powierzchnię wody przebił z wrzaskiem na ustach. Zobaczył przed sobą twarz Szekla, drgającą, chlustającą z ust morską wodą i krwią, popiskującą z cicha.
– Pomocy! – darł się Ta
Coś jest nie tak! Coś jest nie tak!
Przez wiele godzin ekipa na pokładzie „Nosidła” doglądała wielkich pomp parowych, które tłoczyły powietrze do „Meduzy”, i przygotowywała się do wyciągnięcia batysfery na powierzchnię. Jeden po drugim zapadali w rodzaj se
– Coś jest, kurwa, nie tak! – wrzasnęła i przybiegli spanikowani. Patrzyli na kabel z łomoczącymi sercami. Wielkie koło – na którym zostało ledwie parę obwodów liny – trzęsło się gwałtownie, wibrowało o pokład, wprawiało w drgania śruby mocujące. Kabel zaczął świszczeć i rozwinął się poza granicę bezpieczeństwa.
– Wyciągnąć ich! – krzyknął ktoś i ekipa podbiegła do potężnej windy.
Rozległ się huk i zgrzyt kół zębatych. Tłoki waliły w siebie jak bokserzy. Tryby silnika chciały się obracać, ale kabel stawiał im opór. Był napięty jak struna wiolinowa.
– Wyciągnąć ich, wyciągnąć ich – krzyczał ktoś bezproduktywnie, a potem z ohydnym zgrzytem ogromna winda odchyliła się gwałtownie do tyłu. Silnik dymił, buchał parą i skomlił dzieci
– Ruszyła! – zakomunikowała kobieta-kaktus, co spotkało się z entuzjastycznym aplauzem. – Idzie do góry!
Batysfera nie była jednak przystosowana do tak szybkiego wypływania na powierzchnię.
Koło nabierało prędkości z idiotycznym pośpiechem, oszałamiająco szybko nawijając kabel. Tryby rozgrzały się do czerwoności i wydzielały suchy zapach spieczonego metalu.
Spuszczenie „Meduzy” na dno zajęło trzy godziny. Tarcza nawiniętego kabla rosła w oczach i wiedzieli, że zakończenie całej operacji jest kwestią minut.
– Wypływa za szybko! Odsuńcie się!
W miejscu, gdzie kabel grubości uda był wydzierany morzu, wrzała chmura słonej wody. W burcie „Nosidła” kabel wyżłobił głęboką bruzdę, skowycząc monsunem iskier.
Inżynierowie i sztauerzy na złamanie karku uciekali od maszynerii, która siłowała się z nielicznymi ocalałymi śrubami niby przerażony człowiek.
Ta