Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 102 из 151

Uther Doul najwyraźniej czerpał jakiś pożytek z tych spotkań, ale nie miała pewności jaki. Już się go nie bała, mimo noszonych w sobie tajemnic. Na przekór jego śmiercionośnym umiejętnościom, biegłości w hermetycznych dziedzinach teologii i nauki, widziała w nim człowieka jeszcze bardziej zagubionego i zdezorientowanego niż ona, wyobcowanego społecznie, niepewnego reguł i obyczajów współżycia, schowanego za parawanem zimnej samokontroli. Dzięki temu czuła się przy nim bezpiecznie.

Coś ją w nim przyciągało jak magnes. Pragnęła go: dla jego siły i ponurej samokontroli, jego pięknego głosu. Dla jego chłodnej inteligencji. Dla oczywistego faktu, że ją lubił. Dla poczucia, że gdyby doszło między nimi do zbliżenia, to ona byłaby panem sytuacji, nie tylko ze względu na przewagę wieku. Nie kokietowała go, lecz produkowała dostatecznie dużo erotycznej energii, którą musiał przecież odbierać.

Ale nigdy jej nie dotknął. Bardzo ją to deprymowało.

Nie mogła się w tym wszystkim połapać. Jego zachowanie czytelnie sugerowało tłumione, niewprawne pożądanie, ale jednocześnie coś i

Jej erotyczne apetyty stały się dla niej dokuczliwe – a do pociągu fizycznego doszło pragnienie wyjaśnienia sprawy. „O co jemu chodzi?” – pytała się w duchu raz po raz.

Od wielu dni nie miała żadnych wiadomości od Silasa Fe

Palce jego nóg dotykają zimnej baryłki o średnicy trzydziestu centymetrów, sterczącej z leciwej kanonierki, jego oczy patrzą z wysokości większej niż główny maszt „Wielkiego Wschodniego”, mężczyzna stoi bez ruchu i umykanie fal obok statków wywołuje w nim wrażenie, że spada.

Z każdym mijającym dniem jest coraz silniejszy. Mocarniejszy, z większą kontrolą i samokontrolą, dokładniejszy w swoich machinacjach.

Jego pocałunki stają się bardziej lubieżne.

Mężczyzna trzyma w ręku posążek i koniuszkami palców pieści płat tkanki płetwowej. W ustach wciąż czuje smak krwi i soli po ostatnim pocałunku z języczkiem.

Porusza się po mieście niemożliwymi drogami, które sprezentował mu posążek. Przestrzeń i siły fizyczne rozprzęgają się, kiedy usta i język świerzbią go od zimnego, słonego nacisku kamienia. Mężczyzna stawia krok naprzód i pokonuje rów między statkami, niewidoczny, po czyn znowu stawia krok naprzód i chowa się w cieniu buta gwardzisty, tutaj, tam, znowu tutaj. Wędruje po mieście śladami pogłosek i informacji, które puścił w obieg. Obserwuje, jak skutki jego działań rozchodzą się niby antybiotyk po organizmie chorego. Wszystko, co mężczyzna mówi, jest prawdą. Poczucie sprzeciwu, rozsiewa wraz z szeptami i bibułą, jest właściwą reakcją.

Mężczyzna wślizguje się pod wodę. Morze otwiera się przed nim i mężczyzna zmierza w dół obok potężnych ogniw łańcucha, w stronę niewyobrażalnego zwierzęcia pociągowego, które rozprostowuje kończyny w morskiej toni. Kiedy mężczyzna potrzebuje wziąć oddech przyciska do ust posążek, tę zgarbioną groteskę jarzącą się w nocnym morzu nikłym biotycznym światłem, z szeroko otwartym, kpiącym, czarnym jak smoła okiem, przyciska posążek do ust, całuje go głęboko i dotyk trzepoczącego językotworu budzi w nim obrzydzenie, które do tej pory nie udało mu się zwalczyć.

I posążek wdmuchuje w niego powietrze.

Albo znowu zakrzywia przestrzeń i mimo sporej głębokości pozwala mężczyźnie wystawić usta nad powierzchnię wody i napełnić płuca.

Mężczyzna przemieszcza się w wodzie bez ruchu kończynami, porusza się tylko filigran niegdyś żywej płetwy posążka, jakby to ona byk źródłem napędu. Mężczyzna schodzi w dół pośród ogniw pięciu łańcuchów, aż w końcu ciemności, chłód i cisza budzą w nich strach, mimo że jest silny i włada potężnymi mocami, dlatego wraca na powierzchnię, aby krążyć po tajnych przegródkach miasta.

Wszystkie okręgi są dla niego dostępne. Z łatwością i bez wahania wchodzi na wszystkie okręty flagowe, poza jednym. Odwiedza okręty „Wielki Wschodni”, „Człekozwierz” w Alozowicach, „Złocień Solny” w okręgu Tobietwój i wszystkie i

Boi się Brucolaca. Mimo że naładowany pocałunkiem posążka, nie zaryzykuje spotkania z wampirem. Statek księżycowy to dla niego strefa zakazana – przyrzekł to sobie i na razie dotrzymuje słowa.

Mężczyzna ćwiczy także i

To prawda, co mówią o nawiedzanej dzielnicy: jest zamieszkana. Ale te istoty na starych statkach wiedzą, z kim mają do czynienia, i mężczyzna nie przejmuje się nimi.

Posążek go chroni. Zapewnia mu bezpieczeństwo. Mężczyzna czuje się jak jego kochanek.

Rozdział trzydziesty czwarty

Skradziona platforma „Sorgo” wierci od wielu tygodni, dzięki czemu Niszczukowody dysponują teraz ogromnymi zapasami ropy naftowej i skalnego mleka. Ale Armada jest głodna, konsumuje paliwo niemal tak żarłocznie jak Nowe Crobuzon. Przed nastaniem „Sorgo” statki Armady musiały oszczędnie gospodarować skradzionymi zasobami. Teraz, przy zwiększonej podaży, zwiększył się również popyt. Nawet jednostki podlegające Pragnieniowicom i Cieplarni otrzymują ropę naftową dostarczaną przez Niszczukowody.

Skalne mleko było zdecydowanie ce

Ta

Siedzieli razem w namiocie piwnym na „Doberze”, pod rozpiętym na tykach brezentem. „Dober” nie utrzymałby ciężaru solidniejszych budynków. Było to ciało płetwala błękitnego, wypatroszone, z usuniętą górną połową, zakonserwowane przy użyciu jakiejś dawno zapomnianej techniki. Podłoga była całkiem twarda i wytrzymała, mimo swojej nieprzyjemnej organiczności: resztki naczyń krwionośnych i trzewi lśniły pod stopami twardo jak szkło.

Ta

Angevine milczała. Szekel był troskliwy, dolewał jej piwa i mówił do niej z cicha. Wciąż była w lekkim szoku. Wyjazd Tinti

Ta

„Co ja pocznę?” – dumała Angevine. Co rusz łapała się na myśli że pójdzie sprawdzić, czy Ti