Страница 23 из 28
Fotografia tłumu
Na fotografii tłumumoja głowa siódma z kraja,a może czwarta na lewoalbo dwudziesta od dołu;moja głowa nie wiem która,już nie jedna, nie jedyna,już podobna do podobnych,ni to kobieca, ni męska;znaki, które mi daje,to znaki szczególne żadne;może widzi ją Duch Czasu,ale się jej nie przygląda:moja głowa statystyczna,co spożywa stal i kablenajspokojniej, najglobalniej;bez wstydu, że jakakolwiek,bez rozpaczy, że wymiea;jakbym wcale jej nie miałapo swojemu i z osobna;jakby cmentarz odkopanopełen bezimieych czaszeko niezłej zachowalnościpomimo umieralności;jakby ona już tam była,moja głowa wszelka, cudza –gdzie, jeżeli coś wspomina,to chyba przyszłość głęboką.Odkrycie
Wierzę w wielkie odkrycie.Wierzę w człowieka, który dokona odkrycia.Wierzę w przestrach człowieka, który dokona odkrycia.Wierzę w bladość jego twarzy,w mdłości, w zimny pot na wardze.Wierzę w spalenie notatek,w spalenie ich na popiół,w spalenie co do jednej.Wierzę w rozsypanie liczb,w rozsypanie ich bez żalu.Wierzę w pośpiech człowieka,w dokładność jego ruchów,w nieprzymuszoną wolę.Wierzę w stłuczenie tablic,w wylanie płynów,w zgaszenie promienia.Twierdzę, że to się udai że nie będzie za późno,i rzecz rozegra się w nieobecności świadków.Nikt się nie dowie, jestem tego pewna,ani żona, ani ściana,nawet ptak, bo nuż wyśpiewa.Wierzę w nieprzyłożoną rękę,wierzę w złamaną karierę,wierzę w zaprzepaszczoną pracę wielu lat.Wierzę w sekret zabrany do grobu.Szybują mi te słowa ponad regułami.Nie szukają oparcia w jakichkolwiek przykładach.Moja wiara jest silna, ślepa i bez podstaw.Szkielet jaszczura
Kochani Bracia,widzimy tutaj przykład złych proporcji:oto szkielet jaszczura piętrzy się przed nami –Drodzy Przyjaciele,na lewo ogon w jedną nieskończoność,na prawo szyja w drugą –Szanowni Towarzysze,pośrodku cztery łapy, co ugrzęzły w mólepod pagórem tułowia –Łaskawi Obywatele,przyroda się nie myli, ale lubi żarty:proszę zwrócić uwagę na tę śmieszną główkę –Panie, Panowie,taka główka niczego nie mogła przewidzieći dlatego jest główką wymarłego gada –Czcigodni Zgromadzeni,za mało mózgu, za duży apetyt,więcej głupiego snu niż mądrej trwogi –Dostojni Goście,pod tym względem jesteśmy w dużo lepszej formie,życie jest piękne i ziemia jest nasza –Wyborni Delegaci,niebo gwiaździste nad myślącą trzciną,prawo moralne w niej –Prześwietna Komisjo,udało się razi może tylko pod tym jednym słońcem –Naczelna Rado,jakie zręczne ręce,jakie wymowne usta,ile głowy na karku –Najwyższa Instancjo,cóż za odpowiedzialność na miejsce ogona –Pogoń
Wiem, że powita mnie cisza, a jednak.Nie wrzawa, nie fanfary, nie poklask, a jednak.Ani dzwony na trwogę, ani sama trwoga.Nie liczę nawet na listeczek suchy,cóż mówić o pałacach srebrnych i ogrodach,czcigodnych starcach, sprawiedliwych prawach,mądrości w kulach z kryształu, a jednak.Rozumiem, że nie po to chodzę po Księżycu,żeby szukać pierścionków, pogubionych wstążek.Oni wszystko zawczasu zabierają z sobą.Niczego, co by mogło świadczyć, że.Śmieci, gratów, obierków, szpargałów, okruszyn,odłamków, wiórków, stłuczków, ochłapów, rupieci.Ja, naturalnie, schylam się tylko po kamyk,z którego nie odczytam, dokąd się udali.Nie lubią mi zostawiać znaku.Są niezrównani w sztuce zacierania śladów.Od wieków znam ich talent do znikania w porę,ich boską nieuchwytność za rogi, za ogon,za rąbek szatki rozdętej w odlocie.Nigdy im włos nie spadnie z głowy, abym miał.Wszędzie o myśl chytrzejsi niż ja sam,zawsze o krok przede mną, nim dobiegnąć zdążę,wystawiany szyderczo na trudy pierwszeństwa.Nie ma ich, nigdy nie było, a jednakmuszę to sobie raz po raz powtarzać,starać się nie być dzieckiem, któremu się zdaje.A to, co mi spod stóp tak nagle uskoczyło,nie uskoczyło daleko, bo przydeptane upadło,i choć wyrywa się jeszczei wydaje ze siebie przeciągłe milczenie,to cień – nazbyt mój własny, bym czuł się u celu.