Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 28

Film – lata sześćdziesiąte

Ten dorosły mężczyzna. Ten człowiek na ziemi.Dziesięć miliardów komórek nerwowych.Pięć litrów krwi na trzysta gramów serca.Taki przedmiot powstawał trzy miliardy lat.Z początku zjawił się w formie chłopczyka.Chłopczyk kładł główkę na kolanach cioci.Gdzie jest ten chłopczyk. Gdzie są te kolana.Chłopczyk zrobił się duży. Ach to już nie to.Te lustra są okrutne i gładkie jak jezdnia.Wczoraj przejechał kota. Tak, to była myśl.Kot został wyzwolony z piekła tej epoki.Dziewczyna w samochodzie spojrzała spod rzęs.Nie, nie miała tych kolan, o które mu chodzi.Właściwie to by sobie dyszał leżąc w piasku.On i świat nic nie mają ze sobą wspólnego.Czuje się uchem urwanym od dzbana,choć dzban nic o tym nie wie i wciąż nosi wodę.To jest zdumiewające. Ktoś jeszcze się trudzi.Ten dom jest zbudowany. Ta klamka rzeźbiona.To drzewo zaszczepione. Ten cyrk będzie grał.Ta całość chce się trzymać, chociaż jest z kawałków.Jak klej ciężkie i gęste sunt lacrimae rerum.Ale to wszystko w tle i tylko obok.W nim jest ciemność okropna, a w ciemności chłopczyk.Boże humoru, zrób z nim coś koniecznie.Boże humoru, zrób z nim coś nareszcie.

Relacja ze szpitala

Ciągnęliśmy zapałki, kto ma pójść do niego.Wypadło na mnie. Wstałem od stolika.Zbliżała się już pora odwiedzin w szpitalu.Nie odpowiedział nic na powitanie.Chciałem go wziąć za rękę – cofnął jąjak głodny pies, co nie da kości.Wyglądał, jakby się wstydził umierać.Nie wiem, o czym się mówi takiemu jak on.Mijaliśmy się wzrokiem jak w fotomontażu.Nie prosił ani zostań, ani odejdź.Nie pytał o nikogo z naszego stolika.Ani o ciebie, Bolku. Ani o ciebie, Tolku. Ani o ciebie, Lolku.Rozbolała mnie głowa. Kto komu umiera?Chwaliłem medycynę i trzy fiołki w szklance.Opowiadałem o słońcu i gasłem.Jak dobrze, że są schody, którymi się zbiega.Jak dobrze, że jest brama, którą się otwiera.Jak dobrze, że czekacie na mnie przy stoliku.Szpitalna woń przyprawia mnie o mdłości.

Przylot

Tej wiosny znowu ptaki wróciły za wcześnie.Ciesz się, rozumie, instynkt też się myli.Zagapi się, przeoczy – i spadają w śnieg,i giną licho, giną nie na miarębudowy swojej krtani i arcypazurków,rzetelnych chrząstek i sumie

ych błon,dorzecza serca, labiryntu jelit,nawy żeber i kręgów w świetnej amfiladzie,piór godnych pawilonu w muzeum wszechrzemiosłi dzioba mniszej cierpliwości.To nie jest lament, to tylko zgorszenie,że anioł z prawdziwego białka,latawiec o gruczołach z pieśni nad pieśniami,pojedynczy w powietrzu, nieprzeliczony w ręce,tkanka po tkance związany we wspólnośćmiejsca i czasu jak sztuka klasycznaw barwach skrzydeł –spada i kładzie się obok kamienia,który w swój archaiczny i prostacki sposóbpatrzy na życie jak na odrzucane próby.

Tomasz Ma

Drogie syreny, tak musiało być,kochane fauny, wielmożne anioły,ewolucja stanowczo wyparła się was.Nie brak jej wyobraźni, ale wy i waszepłetwy z głębi dewonu, a piersi z aluwium,wasze dłonie palczaste, a u nóg kopytka,te ramiona nie zamiast, ale oprócz skrzydeł,te wasze, strach pomyśleć, szkieletki-dwutworkinie w porę ogoniaste, rogate z przekoryalbo na gapę ptasie, te zlepki, te zrostki,te składanki-cacanki, te dystychyrymujące człowieka z czaplą tak kunsztownie,że fruwa i nieśmiertelny jest, i wszystko wie– przyznacie chyba same, że byłby to żarti nadmiar wiekuisty, i kłopoty,których przyroda mieć nie chce i nie ma.Dobrze, że choć pozwala pewnej rybie lataćz wyzywającą wprawą. Każdy taki wzlotto pociecha w regule, to ułaskawieniez powszechnej konieczności, darhojniejszy niż potrzeba, żeby świat był światem.Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.Mogłaby się sprzeciwić – i któż by z nas odkrył,że jest obrabowany?A najlepsze to,że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssakz cudownie upierzoną watermanem ręką.