Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 28

Dworzec

Nieprzyjazd mój do miasta N.odbył się punktualnie.Zostałeś uprzedzonyniewysłanym listem.Zdążyłeś nie przyjśćw przewidzianej porze.Pociąg wjechał na peron trzeci.Wysiadło dużo ludzi.Uchodził w tłumie do wyjściabrak mojej osoby.Kilka kobiet zastąpiło mniepośpieszniew tym pośpiechu.Do jednej podbiegłktoś nie znany mi,ale ona rozpoznała gonatychmiast.Oboje wymienilinie nasz pocałunek,podczas czego zginęłanie moja walizka.Dworzec w mieście N.dobrze zdał egzaminz istnienia obiektywnego.Całość stała na swoim miejscu.Szczegóły poruszały siępo wyznaczonych torach.Odbyło się nawetumówione spotkanie.Poza zasięgiemnaszej obecności.W raju utraconymprawdopodobieństwa.Gdzie indziej.Gdzie indziej.Jak te słówka dźwięczą.

Żywy

Już tylko obejmujemy.Obejmujemy żywego.Susem już tylko sercaumiejąc go dopaść.Ku zgorszeniu pajęczycy,krewnej naszej po kądzieli,on nie zostanie pożarty.Pozwalamy jego głowie,od wieków ułaskawionej,spocząć na naszym ramieniu.Z tysiąca bardzo splątanych powodówmamy w zwyczajusłuchać, jak oddycha.Wygwizdane z misterium.Rozbrojone ze zbrodni.Wydziedziczone z żeńskiej grozy.Czasem tylko paznokciebłysną, drasną, zgasną.Czy wiedzą,czy choć mogą się domyślić,jakiej fortuny są ostatnim srebrem?On już zapomniałuciekać przed nami.Nie zna, co to na karkuwielooki strach.Wygląda, jakby ledwie zdołał się urodzić.Cały z nas.Cały nasz.Z błagalnym cieniem rzęsyna policzku.Z rzewnym strumykiem potumiędzy łopatkami.Taki nam teraz jesti taki zaśnie.Ufny.W uścisku przedawnionej śmierci.

Urodzony

Więc to jest jego matka.Ta mała kobieta.Szarooka sprawczyni.Łódka, w której przed latyprzypłynął do brzegu.To z niej się wydobywałna świat,na niewieczność.Rodzicielka mężczyzny,z którym skaczę przez ogień.Więc to ona, ta jedyna,co go sobie nie wybrałagotowego, zupełnego.Sama go pochwyciław znajomą mi skórę,przywiązała do kościukrytych przede mną.Sama mu wypatrzyłajego szare oczy,jakimi spojrzał na mnie.Więc to ona, alfa jego.Dlaczego mi ją pokazał.Urodzony.Więc jednak i on urodzony.Urodzony jak wszyscy.Jak ja, która umrę.Syn prawdziwej kobiety.Przybysz z głębin ciała.Wędrowiec do omegi.Narażonyna nieobecność swojązewsząd,w każdej chwili.A jego głowato jest głowa w murustępliwy do czasu.A jego ruchyto są uchyleniaod powszechnego wyroku.Zrozumiałam,że uszedł już połowę drogi.Ale mi tego nie powiedział,nie.– To moja matka –powiedział mi tylko.

Spis ludności

Na wzgórzu, gdzie stała Troja,odkopano siedem miast.Siedem miast, o sześć za dużojak na jedną epopeję.Co z nimi zrobić, co zrobić?Pękają heksametry,afabularna cegła wyziera ze szczelin,w ciszy filmu niemego obalone mury,zwęglone belki, zerwane ogniwa,dzbanki wypite do utraty dna,amulety płodności, pestki sadówi czaszki dotykalne jak jutrzejszy księżyc.Przybywa nam dawności,robi się w niej tłoczno,rozpychają się w dziejach dzicy lokatorzy,zastępy mięsa mieczowego,resztki orła-Hektora dorównujące mu męstwem,tysiące i tysiące poszczególnych twarzy,a każda pierwsza i ostatnia w czasie,a w każdej dwoje niebywałych oczu.Tak lekko było nic o tym nie wiedzieć,tak rzewnie, tak przestro

ie.Co z nimi robić, co im dać?Jakiś wiek mało zaludniony do tej pory?Trochę uznania dla sztuki złotniczej?Za późno przecież na sąd ostateczny.My, trzy miliardy sędziów,mamy swoje sprawy,własne nieartykułowane rojowiska,dworce, trybuny sportowe, pochody,liczebne zagranice ulic, pięter, ścian.Mijamy się na wieczność w domach towarowychkupując nowy dzbanek.Homer pracuje w biurze statystycznym.Nikt nie wie, co robi w domu.