Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 28

Ballada

To ballada o zabitej,która nagle z krzesła wstała.Ułożona w dobrej wierze,napisana na papierze,Przy nie zasłoniętym oknie,w świetle lampy rzecz się miała.Każdy, kto chciał, widzieć mógł.Kiedy się zamknęły drzwii zabójca zbiegł ze schodów,ona wstała tak jak żywinagłą ciszą obudzeni.Ona wstała, rusza głowąi twardymi jak z pierścionkaoczami patrzy po kątach.Nie unosi się w powietrzu,ale po zwykłej podłodze,po skrzypiących deskach stąpa.Wszystkie po zabójcy śladypali w piecu. Aż do szczętufotografii, do imentusznurowadła z dna szuflady.Ona nie jest uduszona.Ona nie jest zastrzelona.Niewidoczną śmierć poniosła.Może dawać znaki życia,płakać z różnych drobnych przyczyn,nawet krzyczeć z przerażeniana widok myszy.Tak wielejest słabości i śmiesznościnietrudnych do podrobienia.Ona wstała, jak się wstaje.Ona chodzi, jak się chodzi.Nawet śpiewa czesząc włosy,które rosną.

Przy winie

Spojrzał, dodał mi urody,a ja wzięłam ją jak swoją.Szczęśliwa, połknęłam gwiazdę.Pozwoliłam się wymyślićna podobieństwo odbiciaw jego oczach. Tańczę, tańczęw zatrzęsieniu nagłych skrzydeł.Stół jest stołem, wino winemw kieliszku, co jest kieliszkiemi stoi stojąc na stole.A ja jestem urojona,urojona nie do wiary,urojona aż do krwi.Mówię mu, co chce: o mrówkachumierających z miłościpod gwiazdozbiorem dmuchawca.Przysięgam, że biała róża,pokropiona winem, śpiewa.Śmieję się, przechylam głowęostrożnie, jakbym sprawdzaławynalazek. Tańczę, tańczęw zdumionej skórze, w objęciu,które mnie stwarza.Ewa z żebra, Wenus z piany,Minerwa z głowy Jowiszabyły bardziej rzeczywiste.Kiedy on nie patrzy na mnie,szukam swojego odbiciana ścianie. I widzę tylkogwóźdź, z którego zdjęto obraz.

Kobiety Rubensa

Waligórzanki, żeńska fauna,jak łoskot beczek nagie.Gnieżdżą się w stratowanych łożach,śpią z otwartymi do piania ustami.Źrenice ich uciekły w głąbi penetrują do wnętrza gruczołów,z których się drożdże sączą w krew.Córy baroku. Tyje ciasto w dzieży,parują łaźnie, rumienią się wina,cwałują niebem prosięta obłoków,rżą trąby na fizyczny alarm.O rozdynione, o nadmiernei podwojone odrzuceniem szaty,i potrojone gwałtownością pozytłuste dania miłosne!Ich chude siostry wstały wcześniej,zanim się rozwidniło na obrazie.I nikt nie widział, jak gęsiego szłypo nie zamalowanej stronie płótna.Wygnanki stylu. Żebra przeliczone,ptasia natura stóp i dłoni.Na sterczących łopatkach próbują ulecieć.Trzynasty wiek dałby im złote tło.Dwudziesty – dałby ekran srebrny.Ten siedemnasty nic dla płaskich nie ma.Albowiem nawet niebo jest wypukłe,wypukli aniołowie i wypukły bóg –Febus wąsaty, który na spoconymrumaku wjeżdża do wrzącej alkowy.

Koloratura

Stoi pod peruczką drzewa,na wieczne rozsypanie śpiewazgłoski po włosku, po srebrzystymi cienkim jak pajęcza wydzielina.Człowieka przez wysokie Ckocha i zawsze kochać chce,dla niego w gardle ma lusterka,trzykrotnie słówek ćwiartki ćwierkai drobiąc grzanki do śmietankikarmi baranki z filiżankifilutka z filigranu.Ale czy dobrze słyszę? Biada!Czarny się fagot do niej skrada.Ciężka muzyka na kruczych brwiachporywa, łamie ją w pół ach –Basso Profondo, zmiłuj się,doremi mane thekel fares!Chcesz, żeby zmilkła? Uwieść jąw zimne kulisy świata? W krainęchronicznej chrypki? W Tartar kataru?Gdzie wiekuiste pochrząkiwanie?Gdzie poruszają się pyszczki rybiedusz nieszczęśliwych? Tam?O nie! O nie! W godzinie złejnie trzeba spadać z miny swej!Na włosie przesłyszanym w głostylko się chwilkę chwieje los,tyle, by mogła oddech wziąći echem się pod sufit wspiąć,gdzie wraca w kryształ vox humanai brzmi jak światłem zasiał.