Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 40 из 46

– Robercie, ale nawet jeśli stąd uciekniemy…

– Cicho! – Kerans przystanął kilka stóp przed zasłoną patrząc, jak jej paciorki najpierw wzdymają się, a potem wyrównują pion. Przez chwilę usiłował sobie przypomnieć, czy w przedpokoju był otwarty bulaj. – Zbudowałem małą tratwę, która powi

Podszedł nieco bliżej do zasłony, gdy nagle dwa pasma jej paciorków rozstąpiły się nieznacznie, coś poruszyło się z szybkością węża i powietrze rozszczepiła wirująca srebrna klinga długości trzech stóp, która poszybowała w kierunku głowy Keransa jak olbrzymia kosa. Skrzywił się z bólu i poczuł, że ostrze ociera się o jego prawe ramię, pozostawiając na nim smugę grubości trzech cali. Potem nóż ze stalowym drżeniem wbił się w dębową boazerię na ścianie za jego plecami. Głos zamarł Beatrice w gardle. W jej oczach widać było przerażenie. Chciała się cofnąć i wpadła na jeden ze stolików, zrzucając na podłogę kasetkę z klejnotami.

Zanim Kerans zdołał dosięgnąć dziewczyny, zasłonę zmiotła czyjaś potężna dłoń i po chwili wejście przesłoniła ogromna, garbata postać, której jednooka głowa, przypominająca byczy łeb, pochylała się nisko pod framugą. Po ogromnej, muskularnej piersi Wielkiego Cezara spływał pot, znaczący plamami jego zielone szorty. W prawej ręce trzymał dwunastocalowy hak ze lśniącej stali, który miał właśnie wbić Keransowi w brzuch.

Kerans uskoczył w bok, ściskając oburącz rewolwer, a potężny Negr śledził go bacznie swoim cyklopowym spojrzeniem. Kerans przypadkiem nadepnął na otwartą zapinkę naszyjnika i potknął się o kanapę.

Gdy stracił równowagę. Wielki Cezar rzucił się na niego. Nóż krótkim łukiem przeszył powietrze niczym czubek śruby okrętowej. Beatrice krzyknęła przeraźliwie, ale jej głos utonął nagle w potężnym huku rewolwerowego wystrzału. Szarpnięty siłą odrzutu, Kerans usiadł na kanapie patrząc, jak Mulat pada niezgrabnie na progu, wypuszczając nóż z ręki. Z gardła Wielkiego Cezara wydobył się zduszony, jękliwy bulgot. Rozpaczliwym chwytem, w którym zawarł cały swój ból i żal, zerwał zasłonę paciorków znad framugi drzwi. Wiązki mięśni na jego piersi napięły się po raz ostatni. Ściągnąwszy na siebie zasłonę, upadł twarzą na ziemię, rozrzucając szeroko potężne ramiona i nogi niczym powalony olbrzym. Wokoło po podłodze toczyły się tysiące szklanych paciorków.

– Beatrice! Chodź! – Kerans chwycił ją za ramię i pociągnął do przedpokoju obok rozciągniętego na podłodze ciała. Prawa ręka i przedramię zdrętwiały mu od szarpnięcia odrzutu colta. Wybiegli z drzwi niszy i pobiegli do opuszczonego baru. Na mostku rozległ się jakiś okrzyk, a po chwili usłyszeli na pokładzie tupot kroków, zbliżających się do relingu.

Kerans przystanął, spojrzał na rozłożyste fałdy sukni Beatrice i porzucił plan ucieczki tą samą drogą, którą przyszedł, czyli po rufowym kole łopatkowym.

– Musimy spróbować po schodach. – Wskazał dziewczynie nie strzeżone wejście na prawej burcie.

Po obu stronach stopni stały tańczące figurki barowych kupidynów, trzymające przy rubinowych ustach flety i gestem zapraszające gości na dół.

– Może to zbyt oczywiste, ale właściwie nie mamy gdzie uciekać.

Byli już w połowie drogi, kiedy pręty schodków zadrżały, a z mostka dobiegł ich szczekliwy głos Admirała. W chwilę później rozległy się strzały. Kule przecięły deski pokładu ponad ich głowami. Kerans wychylił się, wyjrzał w górę na mostek i dokładnie nad głową zobaczył długą lufę karabinu, którym wywijał Admirał, kręcący się po mostku.

Kerans zeskoczył na plac, chwycił Beatrice w pasie i pomógł jej zejść na ziemię. Przycupnęli na moment w cieniu kadłuba statku zaopatrzeniowego, a potem rzucili się biegiem ku najbliższej ulicy.

Kerans obejrzał się. Po drugiej stronie placu pojawiła się grupka ludzi Strangmana. Przekrzykiwali się na przemian z Admirałem, i dopiero potem zauważyli Keransa i Beatrice, stojących sto jardów dalej.

Kerans chciał uciekać, ściskając wciąż w dłoni rewolwer, ale Beatrice powstrzymała go.

– Nie, Robercie! Patrz!

Zajmując całą szerokość ulicy, zmierzała wprost na nich i

Kerans zmienił zamiar i pociągnął Beatrice za sobą, chcąc uciekać raczej w poprzek placu, ale pierwsza grupa marynarzy rozsypała się tymczasem w tyralierę, odcinając im odwrót. Z pokładu statku wystrzeliła w górę raca, oświetlając plac różanym światłem.

Beatrice przystanęła zdyszana, bezradnie trzymając w rękach połamany obcas swego złotego pantofelka. Patrzyła niepewnie na otaczających ich ludzi.

– Robert… Kochanie… A statek? Spróbuj uciekać sam.

Kerans wziął ją za rękę. Wycofali się w cień pod dziobowym kołem łopatkowym, które osłaniało ich przed strzałami z mostka. Uciążliwa wspinaczka na, statek, a potem męcząca bieganina po placu tak wyczerpały Keransa, że płuca pulsowały mu teraz bolesnymi skurczami. Ledwie mógł utrzymać rewolwer w dłoni.

– Kerans… – rozległ się nad placem chłodny, ironiczny głos Strangmana. Podchodził spokojnym krokiem, był już w zasięgu strzału, ale zasłaniali go ludzie idący po bokach. Trzymali w dłoniach maczety i noże o szerokich ostrzach, a na ich twarzach nie było widać pośpiechu, lecz sympatię.

– To koniec, Kerans… Finis. – Strangman stanął w odległości dwudziestu stóp od niego, wykrzywiając swoje sardoniczne wargi w łagodnym uśmiechu i przyglądając mu się dobrotliwie, nieledwie ze współczuciem. – Przykro mi, Kerans, ale stałeś się ostatnio dosyć dokuczliwy. Rzuć broń, inaczej zabijemy także pa

Kerans odzyskał głos.

– Strangman…

– Nie pora teraz na metafizyczne dyskusje. -W głosie Strangmana pojawiła się nuta zniecierpliwienia, jak gdyby miał do czynienia z niesfornym dzieckiem. – Wierz mi, nie ma czasu na modlitwy. Na nic nie ma już czasu. Powiedziałem, żebyś rzucił broń. Potem podejdziesz bliżej. Moi ludzie sądzą, że pa

Krztusząc się zalegającą mu w gardle flegmą, Kerans odwrócił się i podał rewolwer Beatrice, zaciskając na kolbie drobne dłonie dziewczyny. Zanim spotkały się ich spojrzenia, Kerans spuścił oczy, wdychając po raz ostatni piżmowy zapach jej piersi, a potem wyszedł na plac, tak jak kazał mu Strangman, przyglądający się doktorowi ze złym, wymuszonym uśmiechem. Nagle rzucił się do przodu z warknięciem, nakazując swoim ludziom szarżować.

Widząc wymierzone w siebie długie noże, Kerans zawrócił i rzucił się do ucieczki, chcąc ukryć się po drugiej strome statku. Poślizgnął się jednak w jednej z cuchnących kałuż i upadł ciężko, zanim zdołał odzyskać równowagę. Dźwignął się na kolana, podnosząc bezradnie rękę, żeby zasłonić się przed kręgiem wzniesionych maczet, i wtedy poczuł, że ktoś chwyta go niespodzianie z tym i przewraca na ziemię.

Kiedy stanął znów na nogi na wilgotnym bruku, doszedł go pełen zdumienia krzyk Strangmana. Z mroku za statkiem zaopatrzeniowym wybiegła grupa ludzi w brązowych mundurach z gotowymi do strzału karabinami. Prowadził ich szczupły, sprężysty pułkownik Riggs. Dwaj żołnierze, biegnący na czele, nieśli lekki karabin maszynowy, trzeci dwa pudła pełne taśm z nabojami. Szybko ustawili karabin na trójnogu dziesięć stóp przed Keransem, a potem wycelowali perforowaną, chłodzoną powietrzem lufę w cofającą się teraz bezładnie tłuszczę. Pozostali żołnierze ruszyli naprzód szerokim wachlarzem, popychając bagnetami ociągających się maruderów z załogi Strangmana.