Страница 18 из 46
W bazie położył Wilsona do szpitala, a potem odszukał doktora Bodkina i opowiedział mu o wszystkim, co stało się rano, wspominając także na koniec o iguanach. Bodkin pokiwał zagadkowo głową, u potem powiedział:
– Ostrzegam cię, Robercie, jeszcze je kiedyś usłyszysz.
Ucieczki Hardmana nie skomentował wcale.
Katamaran Keransa stał ciągle przycumowany po drugiej stronie laguny, toteż doktor postanowił przenocować w kabinie na stacji badawczej. Spędził w niej spokojne popołudnie, leżąc na koi w lekkiej gorączce. Rozmyślał o Hardmanie i jego dziwacznej odysei, wiodącej go na południe, a potem o mulastych wałach, błyszczących jak złoto w zenicie, groźnych, a zarazem gości
Rozdział V. Podróż w otchłań czasu
Jeszcze tej samej nocy, kiedy Kerans zasnął w swojej koi na stacji badawczej, a ciemne wody laguny sunęły przez zatopione miasto, przyśnił mu się jego pierwszy sen. Śniło mu się, że wyszedł z kabiny na pokład, przechylił się przez reling i wpatrywał się w czarny, lśniący dysk laguny. Zaledwie kilkaset stóp nad jego głową wirowały gęste całuny mętnych gazów, przez które dostrzegał słabe, błyszczące zarysy gigantycznego słońca. Dudniąc z oddali, gwiazda pulsowała w lagunie tępymi rozbłyskami, zapalając długie wapie
Odbijająca się w tych rytmicznych błyskach głęboka misa wody skrzyła się opalizującą plamą. Wyładowania świetlne miriadów fosforyzujących drobnoustrojów, zbitych w gęste ławice, układały się w szeregi podwodnych aureoli. Nieco niżej roiły się tysiące splątanych z sobą węży i węgorzy, wijących się szalonymi ruchami, rozrywającymi powierzchnię laguny.
Ogromne słońce dudniło coraz głośniej, wypełniając sobą niemal całe niebo, a wtedy gęsta rośli
Zbudził się w dusznym, blaszanym pudle kabiny, z początku zbyt zmęczony, żeby otworzyć oczy. Głowa pękała mu jak rozpłatana dynia. Siedząc na łóżku i opłukując twarz letnią wodą z dzbana, widział wciąż rozognioną tarczę widmowego słońca i słyszał jego ciężkie, rytmiczne pulsowanie. Obliczył częstotliwość uderzeń i okazało się, że była równa częstotliwości bicia jego serca, ale dźwięki w jakiś obłąkany sposób przekraczały próg słyszalności, odbijając się mgliście od metalowych ścian i sufitu niczym szepczący szmer ślepego prądu pelagicznego, uderzającego o kadłub łodzi podwodnej.
Keransowi zdawało się, że rytmiczne dudnienie ściga go jeszcze, kiedy otworzył drzwi kabiny i ruszył korytarzem w stronę kuchni. Było kilka minut po szóstej rano i stacja badawcza drżała wątłą, pustą ciszą. Pierwsze błyski fałszywego świtu oświetlały zakurzone stoły laboratoryjne, pełne odczy
Po chwili Kerans przypomniał sobie, że Beatrice Dahl przyśnił się ten sam sen, i w końcu udało mu się opanować. Wyszedł na pokład i ponad gnuśnymi wodami laguny spojrzał w kierunku wieży bloku mieszkalnego dziewczyny. Zastanawiał się, czy nie pożyczyć jednej z łodzi wiosłowych, uwiązanych u nabrzeża, i nie popłynąć do Beatrice. Dopiero teraz, kiedy i on wyśnił ten sam sen, zdał sobie sprawę, ile odwagi i samodzielności wykazała Beatrice, nie przyjmując od niego nawet najskromniejszych wyrazów współczucia.
A jednak Kerans wiedział, że z jakiegoś powodu właściwie wcale nie zamierzał okazywać jej prawdziwej litości. Pytania na temat koszmarów nocnych Beatrice ograniczył bowiem do minimum i nie zaoferował jej ani żadnego antidotum, ani środka uspokajającego. Nie próbował też rozwijać niewyraźnych aluzji Bodkina i Riggsa do tych tajemniczych snów oraz do niebezpieczeństw, jakie z sobą niosą, jak gdyby dobrze wiedział, że i on będzie je wkrótce śnił, jak gdyby akceptował je, niby nieunikniony element swego życia, jak wizja własnej śmierci, którą każdy nosi z sobą w najtajniejszych zakamarkach serca. (Logicznie rzecz biorąc – bo czyż istnieje zjawisko obciążone bardziej ponurą prognozą końca niż życie? – powi
Kiedy Kerans wszedł do kuchni, Bodkin już siedział przy stole, popijając spokojnie kawę, którą zaparzył w dużym, poobijanym rondlu, stojącym na piecu. Jego. przenikliwe, bystre oczy przyglądały się dyskretnie Keransowi, który usiadł na krześle i zaczął powoli masować sobie dłonią trawione gorączką czoło.
– A więc stałeś się jednym z tych, których nawiedzają sny, Robercie. Oglądałeś miraże morderczej laguny. Wyglądasz na zmęczonego. Czy sen był głęboki?
Keransowi udało się roześmiać posępnym śmiechem.
– Chcesz mnie przestraszyć, Alan? Na razie trudno mi to ocenić, ale był chyba głęboki. Boże, żałuję, że spędziłem tu wczorajszą noc. W hotelu Ritz nie miewam żadnych snów. – Kerans w zamyśleniu popijał gorącą kawę. – Więc o to chodziło Riggsowi, kiedy pytał mnie, czy dobrze sypiam. Ilu z jego ludzi nawiedzają te sny?
– Riggs ich nie miewa, ale śni przynajmniej połowa żołnierzy. No i oczywiście Beatrice Dahl. Mnie nawiedzają już od trzech miesięcy. Właściwie we wszystkich przypadkach chodzi o ten sam, nieusta
Kerans skinął głową i spojrzał przez okno na zaokrąglony korpus pływającej bazy, przycumowanej teraz obok stacji. Wysoko na górnym pokładzie stał nieruchomo wsparty o reling sierżant Daley, drugi pilot helikoptera, wpatrując się w chłodną wodę wczesnego poranka. Być może i on zbudził się właśnie z tego samego, wspólnego wszystkim snu, i chciał nasycić oczy oliwkowozieloną zjawą laguny w pło