Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 46

Stacja badawcza, dwupoziomowy kadłub o średnicy blisko pięćdziesięciu stóp, miała wyporność dwudziestu ton. Na dolnym pokładzie znajdowało się laboratorium, na górnym zaś kajuty obu biologów, kabina nawigacyjna i gabinety. Niewielka nadbudówka mieściła rejestry notowań temperatury i wilgotności, urządzenia do pomiaru wysokości opadów atmosferycznych i liczniki promieniotwórczości. Kępy suchych trzcin i czerwonych wodorostów przyczepiły się do ścianek wysmarowanego smołą pontonu. Słońce skurczyło i wypaliło rośliny, zanim zdołały dosięgnąć relingu wokół laboratorium, natomiast gęsta, pokryta rozmaitymi odpadkami warstwa gronorostów i wodorostów z rodzaju Spirogyra trzepotała miękko o wąskie nabrzeże, a potem osuwała się powoli w głębinę niczym wielka, namoknięta tratwa.

Wkroczyli w chłodną przestrzeń laboratorium i zasiedli przy biurkach, pod półkolem utworzonym przez wyblakłe już rozkłady zajęć, sięgające za podwyższeniem aż do sufitu – ponad szafkami pełnymi probówek i stołami laboratoryjnymi, zastawionymi sprzętem, wyglądały jak zapylone malowidło ście

Kerans wodził palcami po zakurzonej tarczy dużego kompasu, leżącego na biurku, i czekał, aż Bodkin wyjaśni mu cel swoich dziwnych eksperymentów z Hardmanem. Ale Bodkin usadowił się wygodnie, ukryty za stertą katalogów i pudełek na fiszki, a potem podniósł pokrywę gramofonu i zdjął z talerza płytę, obracając jaw palcach w zamyśleniu.

– Przepraszam, że wyrwała mi się wiadomość o naszym wyjeździe – zaczął Kerans. – Nie wiedziałem, że nie powiedziałeś o tym Hardmanowi.

Bodkin wzruszył ramionami, jakby chciał mu dać do zrozumienia, że to nieważne.

– Sytuacja jest złożona, Robercie. Postąpiłem kilka kroków naprzód w kierunku jej rozwikłania i nie chciałem dodawać do niej jeszcze jednego węzła.

– Ale dlaczego mu o tym nie powiedzieć? – naciskał Kerans w niewyraźnej nadziei, że zdoła uwolnić się od lekkiego poczucia winy. – Przecież perspektywa wyjazdu mogłaby go chyba wyrwać z tego letargu?

Bodkin zsunął okulary na czubek nosa i przyjrzał się figlarnie Keransowi.

– Zdaje się, że na tobie ta wiadomość nie wywarła większego wrażenia. O ile się nie mylę, wyglądasz raczej na przygnębionego. Dlaczego reakcja Hardmana miałaby być i

Kerans uśmiechnął się.

– Otóż to, Alan. Nie chcę się wtrącać, bo w końcu w pewnym sensie to ja oddałem ci Hardmana pod opiekę, ale czym wy się właściwie bawicie? Po co ci ten elektryczny piecyk i budziki?

Bodkin wsunął płytę na swoje miejsce na stojaku pełnym miniaturowych krążków, stojącym za jego plecami na półce. Spojrzał na Keransa i przez kilka chwil przyglądał mu się łagodnym, ale badawczym spojrzeniem, jak przedtem Hardmanowi, i wtedy Kerans zdał sobie sprawę, że stosunki między nimi, dotąd kolegami, darzącymi się wzajemnym zaufaniem, zmieniły się nagle w związek obserwatora i przedmiotu obserwacji. Po chwili Bodkin przeniósł wzrok na programy zajęć i wykresy, a Kerans mimo woli zachichotał. “Do diabła z nim – powiedział sobie – wpisał mnie tam pewnie razem z algami i owadami wodnymi, i tylko patrzeć, jak zacznie mi odtwarzać swoje płyty".

Bodkin wstał i wskazał trzy rzędy stołów laboratoryjnych, zastawionych wiwariami i słojami pełnymi okazów rozmaitych zwierząt i roślin. Do kapturków zapachowych przyczepione były kartki wyrwane z notesu.

– Co byś powiedział, Robercie, gdybyś miał podsumować jednym wnioskiem trzy minione lata naszej pracy?

Kerans zawahał się, a potem wykonał bezceremonialny gest.

– Nie byłoby to takie trudne. – Zorientował się jednak, że Bodkin oczekuje poważnej odpowiedzi, i starał się zebrać myśli. – Cóż, można by po prostu powiedzieć, że wskutek wzrostu poziomu temperatury, wilgotności i promieniowania flora i fauna naszej planety zaczyna przyjmować formy, które występowały na Ziemi, kiedy panowały tu ostatnio takie warunki, czyli mniej więcej w epoce triasu.

– Słusznie – Bodkin zaczął przechadzać się pomiędzy stołami. – W okresie ostatnich trzech lat ty i ja przebadaliśmy około pięciu tysięcy gatunków zwierząt i zaobserwowaliśmy dosłownie dziesiątki tysięcy nowych odmian roślin. Wszystko działo się wedle tego samego wzoru. Niezliczone mutacje całkowicie odmieniały żywe organizmy, by przystosować je do bytowania w nowym środowisku i umożliwić ich przetrwanie. Wszędzie występowała ta ' sama lawina przemian, ciągnąca życie wstecz, w przeszłość, i to tak daleko, że tych kilka organizmów złożonych, którym udało się nie stracić równowagi na zboczu metamorfoz, stanowi teraz wyraźną anomalię. Mam tu na myśli grupkę płazów, ptaki i człowieku. To zastanawiające, że chociaż tak stara

Kerans roześmiał się.

– Chętnie się w tym miejscu ukłonię, Alan. Ale co ty sugerujesz? Że Homo sapiens przekształci się wkrótce w kromanionczyka albo człowieka jawajskiego, a w końcu w sinantropusa? To z pewnością mało prawdopodobne. Czy nie byłby to zresztą tylko postawiony na głowie lamarkizm?

– Zgoda, tego nie sugeruję. – Bodkin oparł się o stół, podając kilka orzeszków małej małpce, uwięzionej w przekształconej na klatkę szafce. – Choć, oczywiście, za dwieście czy trzysta milionów lat nasz gatunek może wymrzeć całkowicie, a wtedy ten tu mały kuzynek człowieka zostanie zapewne najwyższą formą życia na Ziemi. Ale procesy biologiczne nigdy nie są całkowicie odwracalne. – Wyciągnął z kieszeni jedwabną chusteczkę i machnął nią przed nosem małpki, która umknęła w kąt, dygocząc ze strachu. – Jeśli nawet mielibyśmy powrócić do dżungli, to i tak będziemy się przebierać przed obiadem.

Podszedł do okna i wyjrzał na zewnątrz przez ochro

– Ale tak naprawdę myślę o czymś i

Ściskając w dłoni mosiężną busolę, ciążącą mu w kieszeni, Kerans powiedział: