Страница 11 из 55
Siedziałem sobie w fotelu drzemiąc na słońcu. Myślałem o myślistwie, które jest szlachetną sztuką, i nie dawałem wiele za życie M'Bumby.
– Uprzedzam cię, że będę odpoczywał!
Tymi słowami Paulo powitał mnie po swoim przebudzeniu, i w ten sposób zostało postanowione, że dzień będzie świąteczny i że nie ma nic i
Powierzyliśmy więc nasze brudne rzeczy Małej, która wszystko razem zamoczyła w rzece; umyliśmy się i ogoliliśmy w zatoczce, odpowiednio do naszego obrazu wielkich myśliwych na postoju, poczym przeszliśmy się po obozowisku w charakterze nowych właścicieli i ustaliliśmy, co należy w nim zrobić, gdybyśmy mieli tu pozostać; pograliśmy w kule na skraju sawa
Groziło nam, że Montaignes pogrąży się w lekturze. Paulo odbył małą poobiednią drzemkę, a po przebudzeniu ogłosił, że będziemy grali w karty,
Rozpoczęła się długa i se
– Grasz, czy nie? O czym ty myślisz? Czekamy na ciebie!
Paulo irytował się i słusznie zarzucał mi, że nie myślę o grze. Pierwszy raz zdarzyło się, żeby Mała przyciągnęła mój wzrok, przynajmniej w takim sensie. Była dla mnie dzieckiem i tak ją traktowałem, a tu nagle odkrywałem w niej kobiece wdzięki i powaby, których dotąd nie spostrzegłem.
Byłem oczarowany. Jest taki krótki okres, kiedy wiek dojrzewania osiąga w przyrodzie szczyt piękna i kobiecości, otwierając dopiero okres uwodzicielski. Wdzięki są już dojrzałe, ale nigdy jeszcze nikt ich nie dotknął. Są do wzięcia. Mała osiągnęła właśnie ten stan kwitnienia.
Wyczuła, że ją obserwuję, i z obojętną miną śledziła, mnie teraz kątem oka. Jej ruchy stały się bardziej zamaszyste. Dodawała coś do nich, było ledwo wyczuwalne, lecz zauważyłem to.
– Małej się tak przyglądasz? Co ci jest? Nie podoba ci się, jak pierze? A może ma jakieś atuty? Nie? Dobra, a ty masz jakieś atuty? No to wyłóż je, marzycielu!
Posłałem Małej uśmiech, machnąłem do niej przyjaźnie i usiłowałem zająć się grą. Aby przepędzić z pamięci jej obraz, starałem się przekonać samego siebie, że mój podziw miał charakter czysto estetyczny, tak jak spojrzenie malarza. Ale nie mogłem nic poradzić, że gdzieś w głębi duszy jakiś głos krzyczał, że jestem zwykłą świnią.
Paulo po raz ostatni smarował swój ukochany Weatherby 478, w zachwycie wsłuchując się w szczęk doskonale naoliwionego kurka. Montaignes, nie w pełni jeszcze rozbudzony, ziewając słuchał jego kazania na temat najlepszych sposobów zabijania.
– Jest już nasz – mówił Paulo ryglując zamek. – Jest w tej okolicy. Dziś po południu wytropimy, gdzie się ukrywa, a wtedy…
– Dziś po południu… – powątpiewał Montaignes, rozbawiony jego przechwałkami, nieomylnym znakiem dobrego nastroju Starego. – Czy nie przeceniasz trochę…
– Nic podobnego! Zrozumiesz, jak staniesz się prawdziwym myśliwym. Powiesz sobie: "Stary Paulo nigdy nie rzucał słów na wiatr". Jak ci mówię, że go załatwimy, to go załatwimy!
Ostatni kubek kawy. Paulo nie przechwalał się. Wszystkie atuty myśliwego były w naszych rękach. Zwierzę łaziło po okolicy, do której mogliśmy dotrzeć przed końcem dnia. M'Bumba, podobnie jak każdy i
Wyruszyliśmy o świcie, w momencie kiedy budzi się przyroda. Najpierw był długi spokojny marsz przez sawa
Sawa
Trzy kilometry od obozu M'Bumba rozgniewał się na termitierę, taki wielki czerwony kopiec zbudowany przez miliony owadów. Rozwalił ją w pył. Pośrodku tego, co z niej zostało, widniało szerokie nacięcie o zaokrąglonych brzegach, które uradowało Paula.
– Kieł! Zdajesz sobie sprawę, jaki jest.wielki? Wyobrażasz sobie jego wagę?
Dookoła w promieniu piętnastu metrów ziemia została wściekle rozorana wielkimi uderzeniami jego ogromnych nóg. Ślady zagłębiały się niekiedy na piętnaście centymetrów w grunt. Wyobraźcie sobie tę głębokość przy osiemdziesięciocentymetrowej średnicy śladu!
Nad tym miejscem, podobnie jak wszędzie tam, gdzie M'Bumba dał upust atakowi wściekłości, unosiło się coś nieprzyjemnego. Było tu zbyt wiele szkód. Wynikało stąd zbyt wiele zaciekłości, zbyt wiele furii. Wydawało się, że zwierzę czuje się dobrze tylko wśród zgliszcz.
– To barbarzyńca – powiedział Montaignes.
Początkowo zadanie było łatwe. Ślady przejścia słonia przez sawa
Wkrótce brzeg zrobił się wyższy. Przeprawiliśmy się przez liczne małe dopływy, łączące się z głównym nurtem. Rośli
Zmieniliśmy taktykę. Małe Ludziki poszły przodem w las, jako zwiadowcy, podczas gdy my podążaliśmy za nimi, niekiedy w zasięgu wzroku, lecz najczęściej o jakieś osiemset metrów w tyle. W regularnych odstępach czasu czekały na nas, po czym, kiedy my odpoczywaliśmy, ruszały dalej.
Słoń to zwierzę o nadzwyczaj wyostrzonych zmysłach. Ma doskonały węch, świetnie słyszy i wyczuwa intruza natychmiast. Paulo i ja nie byliśmy w dżungli nowicjuszami. Przeżyłem wiele przygód w takim środowisku. W Azji Południowo-Wschodniej, w Ameryce Łacińskiej, w Amazonii… Paulo miał jeszcze dwa razy większe doświadczenie. A jednak nie było mowy, by równać się z Małymi Ludzikami, znajdującymi się w nieusta
W tej dżungli, gdzie słoń w niektórych miejscach mógłby stać o dziesięć metrów od nas, ukryty w gęstwie krzaków, a my nawet nie podejrzewalibyśmy jego obecności, oni jedni mieli jakiekolwiek szansę, by wykryć go nie wzbudzając jego podejrzeń.
My szliśmy ostrożnie, bez słowa, z karabinami przy biodrach, wśród ciszy przeszywanej krzykami ptaków, które w ciągu tych długich godzin działały nam na nerwy. Późnym popołudniem natknęliśmy się na strumień o kryształowo czystej wodzie, płynący korytem szerokości około pięciu metrów. Wypływał z potężnego masywu rośli