Страница 46 из 57
– Jak to miło, że obie macie się dobrze. Wiecie, El-wood jest w opałach. Robił takie wspaniałe prochy i go przymknęli. To dla nas wszystkich prawdziwy cios.
Oczy Elwooda były nieprawdopodobnie rozbiegane.
– Czy w końcu puszczą te filmy? – zapytał. – Właściwie przyszedłem tutaj na filmy. Księżyc sączył drinka.
– Elwood dobrze zarabiał, oszczędzając na college, aż nagle cofnęli mu zgodę na prowadzenie interesu. Cholernie szkoda. Cholernie szkoda.
Elwood nieśmiało się uśmiechnął.
– W zasadzie to nie miałem żadnej zgody.
– Jesteś szczęściarzem, że znasz Stef – powiedział Księżyc. – Nie wiem, co zrobilibyśmy z Dougiem bez Stef. I
Elwood wyglądał tak, jakby ktoś przywalił mu pałką w głowę.
– Łowca nagród!
– I to najlepszy – zapewnił Księżyc. Pochyliłam się do przodu, żeby Elwood słyszał to, co powiedziałam do niego po cichu.
– Może lepiej wyszlibyśmy przed dom i pogadali. Cofnął się.
– Nie! Nigdzie nie idę! Zostaw mnie w spokoju.
Zrobiłam krok do przodu, żeby założyć mu kajdanki, ale mnie odepchnął.
Lula wyciągnęła paralizator, Elwood schował się za Księżycem, a Księżyc osunął się na ziemię jak domek z kart.
– Hop – powiedziała Lula. – Zdaje się, że złapałam naszego małego wojownika.
– Zabiłaś go! – wrzasnął Elwood.
– Dość tego – zaprotestowała Lula. – Przestań mi wrzeszczeć prosto do ucha.
Chwyciłam go za rękę i wsunęłam na nią kajdanki.
– Zabiłaś go. Zastrzeliłaś go – powtórzył Elwood. Lula wzięła się pod boki.
– Słyszałeś jakiś strzał? Chyba nie. Nawet nie mam przy sobie broni, bo nasza przeciwniczka przemocy kazała mi zostawić spluwę w samochodzie. To chyba dobrze, bo inaczej mogłabym cię zastrzelić tylko za to, że jesteś takim małym wkurzającym karaluchem.
Nadal usiłowałam zapiąć kajdanki na jego drugiej ręce, a ludzie pchali się na nas.
– O co chodzi? – pytali. – Co robisz kapitanowi Kir-kowi?
– Zabieramy jego bezwartościowy blady tyłek do ciupy – wyjaśniła Lula. – Odsunąć się.
Kątem oka dostrzegłam, że coś przeleciało obok i uderzyło Lulę w głowę.
– Hej! – krzyknęła Lula. – Co jest grane? – Pomacała się po głowie. – To jedna z tych smrodliwych kulek serowych na zakąskę. Kto rzuca kulkami serowymi?
– Wolność dla kapitana Kirka! – krzyknął ktoś.
– Już my go uwolnimy – obiecała Lula. Pac. Dostała w czoło pasztecikiem z krabów.
– Zaraz, zaraz – powiedziała. Pac. Pac. Pac. Bułeczki z jajkiem. Cały pokój zgodnie skandował:
– Wolność dla kapitana Kirka! Wolność dla kapitana Kirka!
– Spadam stąd – oznajmiła Lula. – To banda czubków. Kiedyś za bardzo przygrzało im w głowy.
Zaciągnęłam Elwooda w kierunku drzwi, obrywając pecyną gorącego sosu do bułeczek z jajkiem plus paroma kulkami serowymi.
– Brać je! – krzyknął ktoś. – Uprowadzają kapitana Kirka.
Schyliłyśmy z Lula głowy i torowałyśmy sobie drogę przez grad ukradzionych zakąsek i niewybrednych gróźb.Dotarłyśmy do drzwi, wypadłyśmy na zewnątrz i biegiem rzuciłyśmy się w stronę chodnika, niemal ciągnąc za sobą Elwooda. Wrzuciłyśmy go na tylne siedzenie, po czym nacisnęłam pedał gazu aż do podłogi. Każdy i
– Wiesz, jak się nad tym zastanowić, to ci gwiezdni wojownicy są kupą mięczaków – zauważyła Lula. – Gdyby coś takiego przydarzyło się w mojej okolicy, w tych kulkach serowych byłyby naboje.
Elwood siedział markotny na tylnym siedzeniu i nie odzywał się. Zainkasował przez przypadek parę ciosów kulkami serowymi i bułeczkami z jajkiem, a jego kostium Kirka już nie spełniał standardów stowarzyszenia.
Wysadziłam Lulę i pojechałam na posterunek. Dyżur miał Jimmy Neeley.
– Rany! – zdumiał się. – Co to za smród?
– Kulki serowe – wyjaśniłam. – I bułki z jajkiem.
– Wyglądasz, jakbyś uczestniczyła w bitwie na żarcie.
– To Romulan wszystko zaczął – powiedziałam. -Cholerni Romulanie.
– Tak – przyznał Neeley. – Tym Romulanom nie można ufać.
Wzięłam pokwitowanie i odebrałam swoje kajdanki od kapitana Kirka, a potem wyszłam z posterunku na wieczorne powietrze. Parking policyjny był aż nienaturalnie jasny, oświetlony halogenami. Ponad halogenami niebo było ciemne i bezgwiezdne. Zaczął padać drobny deszcz. To mogłaby być przyjemna noc, gdybym spędziła ją z Morellim i z Bobem. A tymczasem stałam samotnie w deszczu, śmierdząc jak jeden wielki pasztet z krabów i martwiąc się trochę, że ktoś wykończył Cynthię Lotte, a ja mogę być następna. Jedyną zaletą zamordowania Cynthii było to, że ten fakt na pewien czas odsunął moje myśli od Artura Stolle'a.
Nie czułam się zbyt atrakcyjna seksualnie w koszuli oblepionej sosem i z włosami upapranymi kulkami serowymi, więc pojechałam do domu, żeby się przebrać przed spotkaniem z Morellim.
Zaparkowałam buicka obok cadillaca pana Weinsteina, zamknęłam drzwi i ruszyłam w stronę domu, zanim zauważyłam, że przede mną stoi Komandos, oparty o samochód.
– Musisz być ostrożniejsza, kochanie – powiedział. -Powi
– Jestem rozkojarzona.
– Kula w głowie rozproszyłaby twoją uwagę na stałe. Wykrzywiłam się i pokazałam mu język. Komandos uśmiechnął się.
– Próbujesz mnie podniecić? – Zdjął z moich włosów kęs jedzenia. – Bułka z jajkiem?
– To była długa noc.
– Dowiedziałaś się czegoś od Ramosa?
– Powiedział, że mają problem w Trenton. Prawdopodobnie chodziło mu o Macaroniego. Ale potem powiedział, że już wszystko załatwił i że ten problem odpłynie statkiem w przyszłym tygodniu. A przy odrobinie szczęścia statek zatonie. Później przyszło dwóch zbirów, żeby zabrać ładunek, i powiedzieli, że nie mogą go znaleźć. Wiesz, o co w tym wszystkim chodzi?
– Tak.
– Powiesz mi?
– Nie. Kurczę.
– Jesteś prawdziwym skurczybykiem. Nie mam zamiaru więcej dla ciebie pracować.
– Za późno. Już cię zwolniłem.
– Chciałam powiedzieć nigdy więcej!
– Gdzie jest Bob?
– Z Morellim.
– Więc muszę się martwić tylko o twoje bezpieczeństwo – zauważył Komandos.
– To było słodkie, ale niepotrzebne.
– Żarty sobie ze mnie stroisz czy co? Kazałem ci się wycofać i uważać na siebie, a w dwie godziny później siedziałaś w samochodzie z Ramosem.- Szukałam cię, a on wskoczył mi do auta.
– Słyszałaś kiedyś o zamkach u drzwi? Zadarłam nos w górę, udając oburzenie.
– Idę do domu. I zamknę się na klucz tylko po to, żeby cię uszczęśliwić.
– Błąd. Jedziesz ze mną, i to ja cię zamknę.
– To miała być groźba?
– Nie. Kategoryczny rozkaz.
– Posłuchaj, panie i władco – powiedziałam. – Mamy dwudziesty pierwszy wiek. Kobiety nie są niczyją własnością. Nie można nas tak po prostu zamykać. Jeśli chcę zrobić coś wyjątkowo głupiego i narazić się na niebezpieczeństwo, mam do tego prawo.
Komandos błyskawicznie zapiął mi kajdanki.
– Nie sądzę.
– Hej!
– Tylko na parę dni.
– Nie mogę w to uwierzyć! Naprawdę zamierzasz mnie zamknąć?
Chciał mnie chwycić za drugi nadgarstek, ale wyrwałam mu kajdanki z ręki i odskoczyłam.
– Chodź tutaj – powiedział.
Między nami był samochód. Kajdanki dyndały mi u jednej ręki i w jakiś przedziwny sposób – chociaż nie chciałam tak myśleć – podniecało mnie to. A zaraz potem zaczęło mnie to doprowadzać do białej gorączki. Sięgnęłam do torebki i wyciągnęłam sprej.
– Złap mnie – wyzwałam Komandosa. Położył ręce na samochodzie.
– Nie idzie nam zbyt dobrze, prawda?
– A czego się spodziewałeś?
– Masz rację. Powinienem był to przewidzieć. Z tobą nic nie jest proste. Faceci dostają szału. Samochody są zgniatane przez śmieciarki. Wszystkie akcje, w których uczestniczyłem, były mniej męczące niż umówienie się z tobą na kawę. – Podniósł do góry kluczyk, tak abym mogła go zobaczyć. – Chcesz, żebym zdjął ci kajdanki?