Страница 44 из 57
Zadzwonił mój telefon komórkowy.
– Co się dzieje? – zapytał Komandos.
– Nie mogę teraz rozmawiać.
W jego głosie dało się wyczuć napięcie.
– Powiedz, że nie jesteś z Ramosem.
– Tego nie mogę powiedzieć. Dlaczego nie oddzwo-niłeś?
– Musiałem na jakiś czas wyłączyć komórkę. Właśnie wróciłem i Czołg powiedział mi, że widział, jak zabierałaś Ramosa.
– To nie moja wina! Szukałam cię wszędzie.
– Dobra, lepiej się ukryj, bo trzy samochody właśnie wyjechały z rezydencji i domyślam się, że szukają Alexandra.
Zamknęłam klapkę i wrzuciłam telefon do torebki.
– Muszę iść – powiedziałam do Ramosa.
– To był twój przyjaciel, tak? Wygląda na to, że to prawdziwy dupek. Mógłbym się nim zająć, jeśli wiesz, co mam na myśli.
Rzuciłam na stół dwudziestkę i wzięłam butelkę.
– Chodźmy – rzekłam stanowczo. – Możemy to zabrać ze sobą.
Ramos popatrzył mi przez ramię w kierunku drzwi.
– O choroba, patrz, kto idzie. Bałam się odwrócić.
– To moje niańki – oświadczył. – Nie mogę nawet podetrzeć tyłka bez świadków.
Odwróciłam się i prawie że zemdlałam z ulgi, że to nie Ha
– Potrzebują pana w domu – powiedział jeden z nich.
– Jestem ze swoją przyjaciółką – odparł Alexander.
– Tak, ale może mógłby pan się z nią umówić kiedy indziej. Nadal nie możemy znaleźć tego ładunku, który płynie statkiem.
Jeden z nich wyprowadził Alexandra za drzwi, a drugi został, żeby ze mną porozmawiać.
– Posłuchaj – rzekł. – To nieładnie tak wykorzystywać starszego człowieka. Nie masz przyjaciół w swoim wieku?- Nie wykorzystuję go. Wskoczył do mojego samochodu.
– Wiem. Czasami tak robi. – Gość wyciągnął z kieszeni plik banknotów i odliczył setkę. To rekompensata za utrudnienia.
Cofnęłam się.
– Nie zrozumieliśmy się.
– W porządku, ile? – Doliczył jeszcze dziewięćset, zwinął je i wrzucił do mojej torebki. – Nie chcę już słyszeć ani słowa. I masz obiecać, że zostawisz go w spokoju. Zrozumiano?
– Poczekaj chwilę…
Odchylił połę marynarki, żeby pokazać mi, że ma broń.
– Teraz rozumiem – powiedziałam. Odwrócił się, wyszedł i wsiadł do samochodu, który czekał przy krawężniku. Samochód odjechał.
– Życie jest dziwne – odezwałam się do barmana. I też wyszłam.
Kiedy byłam wystarczająco daleko od Deal, żeby poczuć się bezpiecznie, zadzwoniłam do Komandosa i opowiedziałam mu o Stolle'u.
– Masz natychmiast wrócić do domu i zamknąć drzwi na klucz – polecił Komandos. Wyślę Czołga, żeby cię zabrał.
– I co potem?
– Potem umieszczę cię w bezpiecznym miejscu, dopóki wszystkiego nie wyjaśnię.
– Nie sądzę.
– Nie utrudniaj – powiedział Komandos. – Mam dość problemów.
– Dobra, rozwiązuj swoje cholerne problemy. I pośpiesz się!
Wyłączyłam się. No i straciłam sprawę. To był stresujący dzień.
Kiedy wjechałam na parking, Mitchell i Habib już na mnie czekali. Pomachałam im, ale nie odwzajemnili mojego gestu. Mina mi zrzedła. Nie było żadnych docinków. To zły znak. Weszłam schodami na drugie piętro i pognałam do drzwi. Czułam niepokój w żołądku, a serce mi łomotało. Kiedy weszłam do mieszkania i Bob wpadł jak strzała do przedpokoju, poczułam, że ogarnia mnie ulga. Zamknęłam drzwi na klucz i sprawdziłam, czy u Reksa też wszystko w porządku. Na sekretarce miałam dwanaście wiadomości. Jedna była milczeniem. Czuło się, że to milczenie Komandosa. Dalsze dziesięć było dla babci. Ostatnia od mojej mamy.
Dzisiaj wieczór będzie pieczony kurczak – usłyszałam. -Babcia myślała, że może zechcesz wpaść, ponieważ kiedy sprzątała w twoich szafkach, Bob zjadł ci całe zakupy. Babcia mówi, że powi
Popatrzyłam na Boba. Węszył niespokojnie, a jego brzuch wyglądał tak, jakby pies połknął piłkę plażową.
– Niech cię kule biją, Bob! – rozzłościłam się. – Nie wyglądasz najlepiej.
Bob puścił bąka i odbiło mu się.
– Może powi
Bob zaczął sapać. Ślina kapała mu z pyska na podłogę, a w brzuchu zaczęło burczeć. Pochylił się do przodu i skurczył się.
– Nie! – krzyknęłam. – Tylko nie tutaj!
Porwałam smycz, torebkę i wyciągnęłam go z mieszkania na korytarz. Nie czekaliśmy na windę. Zbiegliśmy na dół po schodach i przecięliśmy hol. Wyprowadziłam go na zewnątrz i właśnie przechodziliśmy przez parking, kiedy nagle tuż przede mną lincoln zahamował z piskiem opon. Mitchell wyskoczył z samochodu, przewrócił mnie i porwał Boba.
Zanim się pozbierałam i wstałam, lincoln ruszył. Wrzasnęłam i pobiegłam za nim, ale wyjechał już z par-kingu w St. James Street. Nagle jednak zatrzymał się. Drzwi się otworzyły i wyskoczyli z nich Habib i Mit-chell.
– Jasna cholera! – krzyczał Mitchell. – Niech to szlag! Dziwka!
Habib zasłaniał usta ręką.
– Niedobrze mi. Nawet w Pakistanie nie widziałem czegoś takiego.
Bob dał susa z auta, machając ogonem, i podbiegł do mnie. Jego brzuch wyglądał całkiem przyzwoicie, a on sam nie ślinił się ani nie sapał.
– Już lepiej, koleś? – spytałam, drapiąc go za uchem, tak jak lubił. – Dobry chłopiec. Poczciwy Bob. Mitchell wybałuszył oczy. Miał purpurową twarz.
– Zabiję tego cholernego kundla. Zabiję go. Wesz, co on zrobił? Zrobił to grubsze w moim samochodzie. A potem zwymiotował. Czym ty go karmisz? W ogóle nie znasz się na psach? Co z ciebie za opiekunka?
– Zjadł suszone śliwki babci – wyjaśniłam. Mitchell złapał się za głowę.
– Tylko bez głupich żartów.
Zapakowałam Boba do Wielkiego Błękitu i kiedy dojechałam do domu rodziców, najpierw wyjrzałam przez szybę.
– Zawsze wiemy, że to ty – powiedziała babcia. – Ten samochód słychać na dwa kilometry. Tylko bez głupich żartów.
– Gdzie masz kurtkę? – zapytała mama. – Nie jest ci zimno?
– Nie miałam czasu, żeby zabrać kurtkę – wytłumaczyłam. – To długa historia. Na pewno nie zechcecie tego słuchać.
– Ja chcę – oświadczyła babcia. – Założę się, że jest niezła.
– Najpierw muszę zadzwonić.
– Dzwoń, a ja już podaję do stołu – powiedziała mama. – Wszystko jest gotowe.
Poszłam do kuchni i zadzwoniłam do Morellego.
– Chciałam cię o coś prosić – zaczęłam, kiedy odebrał.
– Jasne. Uwielbiam, jak masz wobec mnie długi wdzięczności.
– Chciałabym, żebyś przez jakiś czas zajął się Bobem.
– Ale nie jesteś w zmowie z Simonem?
– Nie!
– Więc o co chodzi?
– Pamiętasz o tych tajnych informacjach, których nie możesz mi powierzyć?
– Tak.
– Teraz to ja nie mogę ci tego wyjaśnić. Przynajmniej nie w kuchni mojej mamy. Babcia wpadła do kuchni.
– Czy to Joseph? Powiedz mu, że mamy dużego pieczonego kurczaka, ale musi się pośpieszyć, jeśli chce coś zjeść.
– On nie lubi pieczonego kurczaka.
– Uwielbiam pieczone kurczaki – odparł Joe. – Zaraz tam będę.
– Nie!
Za późno. Wyłączył się.
– Połóżcie dodatkowe nakrycie – poprosiłam. Babcia siedziała przy stole i wyglądała na zmieszaną.
– Czy to ma być talerz dla Boba, czy dla Joego?
– Dla Joego. Bob ma kłopoty z żołądkiem.
– Nic dziwnego – odezwała się babcia. – A te wszystkie suszone śliwki? Zjadł też opakowanie mrożonych płatów rybnych i torbę prawoślazu lekarskiego. Czekając na Louise, robiłam porządki w szafkach i wyszłam na chwilę do łazienki, a kiedy wróciłam, na blacie nie zostało nic.
Pogłaskałam Boba po łbie. Durny pies. Nie był ani trochę taki inteligentny jak Reks. Nie był nawet na tyle inteligentny, żeby zostawić w spokoju te śliwki. Jednak miał swoje zalety. Cudowne, piwne oczy. A piwne oczy mnie pociągały. Był też dobrym kompanem. Nigdy nie próbował zmieniać programów w radiu i ani razu niewspomniał o moim pryszczu. W porządku, przywiązałam się do Boba. Tak naprawdę byłam gotowa wydrzeć Mit-chellowi serce gołymi rękami, kiedy porwał tego psa. Do przytulania też był dobry.