Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 5 из 56

Chwycił ręcznik wiszący na krześle, wycierał w niego nos, wypluwał nadmiar śliny, której nie zdołał przełknąć.

Nieoczekiwanie poczuł gęstą słodycz rozlewającą się po jamie ustnej, pęczniejącą między dziąsłami, zatykającą przełyk. Miał wrażenie, jakby szorstki i obrzmiały język pływał w kleistym roztworze sacharyny, tężejącej mazi, ciągle zwiększającej objętość, dławiącej, szturmującej nos i zaciśnięte wargi.

Ponownie musiał użyć ręcznika.

W stanie obrzydzenia przyprawiającego o nowe mdłości nie zauważył nawet, że wielki ból zaczyna z wolna zanikać. Jakby ktoś dusił niezliczone ogniska rozsiane po wszystkich członkach, wygładzał zaciśnięte węzły, przebijał wzdęte bąble.

Ciało znalazło nareszcie dla siebie miejsce. Mógł w tej wszechogarniającej słodkości zasnąć prawdziwym, choć wymuszonym snem.

Nie spał długo. Dwie godziny, może trzy. Kiedy otworzył oczy, słońce przesunęło się gdzieś poza taflę okna, skwar na sali nieco zelżał.

Nie było Bartka – Babilona ani Żebujki. Trzech pozostałych współtowarzyszy zajmowały najzupełniej prywatne sprawy. Jeden rozmawiał z kimś szeptem, zakrywając poduszką głowę i modem, drugi, odwrócony tyłem, jadł kawałek chleba, wyciskając nań co chwila jakąś papkę z pstrokatej tuby, opatrzonej napisem: Extra Exquisite Dish. Byli podobni do siebie, starzy, ale o wiele młodsi od niego. Mieli mięsiste policzki, odstające uszy, do skóry ostrzyżone czaszki. Tak wyglądał również i ten trzeci, unieruchomiony w „bezpiecznym” łóżku z przewodami odprowadzającymi mocz, sprawiający wrażenie martwego, gdyby nie słuchawki brzęczące pod zsuniętą na koniec nosa bejsbolówką, niezdejmowane dzień i noc – jeden z tych murów, które każdy wznosi wokół siebie w godzinie próby.

Ból zginął. Przypominało o nim tylko lekkie odrętwienie w okolicach kości krzyżowej i mostka.

Powstrzymując strach, nie rozważając także żadnych „za” ani „przeciw”, zdecydowanym ruchem przerzucił nogi przez krawędź materaca. Po chwili już siedział na łóżku. Wewnątrz nic się nie działo, trochę mu się tylko zakołowało w głowie.

Nie namyślając się wiele, sprężył siły i wstał. Zgarnął zielony szlafrok z wieszaka, a potem wyszedł. Każdy krok dawał coraz większą pewność, serce łomotało z wrażenia, ale na wszelki wypadek pozostawał cały czas blisko dającej poczucie bezpieczeństwa ściany.

Po korytarzu snuli się bez celu chorzy tacy sami jak on – kilka kobiet rozmawiających półgłosem o zabiegach

i cierpieniach, przygaszeni mężczyźni z rękami założonymi do tyłu, których odbicia w połyskujących kafelkach przypominały karykatury z krzywych zwierciadeł. Muzyka brzmiała leniwie, wyrażając niegłośnym pluskiem, do którego zdążył już przywyknąć, zwolniony rytm życia popołudniowej pory. Klimatyzacja nie była w stanie zneutralizować szpitalnych zapachów. Mijały dziesięciolecia, cywilizacja wkraczała w coraz to nowe fazy, a tu panował zawsze ten sam ciężki mikroklimat, złożony z woni środków antyseptycznych, odgrzewanego jedzenia i przepoconych skarpet.

Dotarł do szklanych drzwi przy końcu korytarza. Przekroczywszy zaporę chłodnego powietrza, tłoczonego od posadzki, znalazł się na zalanym słonecznym żarem tarasie. Nie było tu żywego ducha, ale jemu nie przeszkadzał ani upał, ani samotność. Oparty łokciami o balustradę, mógł z daleka patrzeć na miasto.

Martwa przestrzeń drżała w potokach gorąca. Niebo od paru tygodni traciło wiose

Dalej spomiędzy gęstwiny zakurzonych drzew prześwitywały zarysy stłoczonych byle jak domków dawnego podmiejskiego osiedla. Kiedyś była to oaza bogatych ginekologów, obrotnych dyrektorów i pułkowników, adwokatów i właścicieli straganów, oddających swoje najlepsze lata morderczej sprawie wykończenia rodzi

Nad pustą linią kolejową, zamarłym wiaduktem, nad kępami zieleni między domkami wypiętrzały się niezliczone estakady autostrady zachodniej. Podobne do dziesiątek ustawionych rzędem kaczych łap, wiodły od środka miasta, od czerwieniejących na horyzoncie wież zamku i katedry; malejąc, znikały po przeciwległej stronie, poniżej słońca stojącego nad siną linią lasów. To był jedyny element niepokoju w zastygłym ze spiekoty krajobrazie. Kawalkady wydłużonych od szybkości aut gnały we wszystkie strony jak psy wyciągnięte w gonitwie, prężąc grzbiety srebrzyste, ciemnofioletowe, rude. Wydawany przez nie syk to rósł, to opadał; przypominał nigdy nie zamierający grzmot. Trzeba się było do niego przyzwyczaić, jak do muzyki na szpitalnych korytarzach.

Jedna z kilku odnóg autostrady spływała ślimakiem w dół i ginęła za drzewami, dochodząc do zlokalizowanego tam III Rejonu Socjalnego. Przez świerkowe gałęzie przebijała jaskrawa biel kontenerów mieszkalnych, których półtora tysiąca ustawiono na terenie dawnego lotniska.

Nareszcie mógł jako tako pozbierać myśli.

Mimo ataków bólu, kilkukrotnych omdleń, pamiętał wszystko doskonale. Miał dziewięćdziesiąt jeden lat, był samotny, ale samotnością otwartą i pogodną.

Żył zupełnie normalnie. Już od dawna, od śmierci żony, nie zaszło w jego życiu nic szczególnego.

Jesienią i zimą rzadko wychodził z mieszkania. Sypiał długo, z przyjemnością podobno zupełnie niewłaściwą dla wieku, potem parzył kawę, oglądał newsy, czytał dzie

Swoje odkrycia utrwalał i kolekcjonował. Przechowywał kilka płyt z zapisami, przeglądał je nieusta

Później lipce i sierpnie spędzał na własnym balkonie, drzemiąc w cieniu pnącego groszku i nemezji, słuchając muzyki, którą wybierał wieczorem i programował na cały następny dzień. Przygotowywał sobie także jedzenie, robił kilkudniowe zapasy, choć zauważył, że ciało zaczyna stawiać coraz mniejsze wymagania, gaśnie rozkosz smaku, a łaknienie można opędzić byle czym.