Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 45 из 56

Po paru miesiącach, tuż przed Bożym Narodzeniem, przyszedł faks, że mój program zajął drugie miejsce oraz że uroczyste wręczenie listów gratulacyjnych odbędzie się któregoś tam stycznia w warszawskiej siedzibie Izby Bankowości. Szef wręcz rozkazywał: „Jechać, jechać! Telewizja pana pokaże, a dla firmy to wydarzenie niezwykłe! Pan zobaczy, góra pana ozłoci, ja niedługo odchodzę do filii w Elblągu, pan zostaje, więc…”

Całe święta miałem spieprzone, o niczym i

W Warszawie wylądowałem koło dziesiątej rano i musiałem przełazić cały dzień, bo uroczystość zaczynała się dopiero o dziewiętnastej. Nie mogłem przyjechać inaczej, nie było i

Na uroczystość dotarłem zmęczony, cuchnący potem, z koszulą przyklejoną do pleców i smętnie zwisającym krawatem. Przemawiał minister rolnictwa, po nim prezes Izby Bankowości, stojące półkolem wygalowane towarzystwo z całej Polski biło brawo, reporterzy robili zdjęcia, raziły oczy telewizyjne lampy. Wreszcie przedstawiono zwycięzców i rozpoczęto wręczanie dyplomów. Prezes zapowiedział także niespodziankę, o której nie wspominało zaproszenie, mianowicie gratyfikację pieniężną, jako że: „Za słusznym byznesem wi

Bardziej się zdenerwowałem, niż ucieszyłem.

Co zrobić z taką forsą o wpół do dziewiątej wieczorem w środku Warszawy, kiedy wiadomo, że biją, rabują, potrafią poderżnąć gardło dla marnych dwustu tysięcy na gorzałę, jak wczoraj czytałem w „Wyborczej”! Przecież tylu ludzi przed chwilą widziało, że dostałem pieniądze!

Przed oczami miałem już sceny napadów. Łapska jak bochny chwytały za klapy i przyciskały do muru, ostrze noża błyskało w świetle latarni i dotykało mojej szyi. Albo też inaczej: bito mnie w oszalałym amoku, ciosy pięści spadały na szczęki i skronie, ledwo zdołałem zasłonić twarz, a w brzuch wbijało się kolano twarde jak taran. Potem półprzytomnego, pokrwawionego wyrzucano z samochodu przy śmietniku, na zapleczu jakiejś spelunki, gdzie w kałużach błota migały odbicia na wpół zepsutych neonów.

Miętosiłem bezradnie plik banknotów. Co robić? Co robić u czorta – diabła?! Nie mogę włóczyć się po nocy z taką forsą, ciarki mnie przechodziły na samą myśl o tej ohydnej miejskiej ciemności, w której czają się pięści i twarde glany gotowe do ciosów. Znaleźć jakąś czy

Tymczasem przed kiblem, przy popielniczkach czekali na mnie faceci z jury. „Pan pozwoli, kolego, ważne osoby się niecierpliwią, bankiet się zacznie bez pana!”

Chcąc nie chcąc, musiałem przejść do sali bankietowej. Długi stół, szynki, polędwice i ryby na liściach sałaty, baryłka piwa wareckiego, sophia czerwona i biała, szampan, naokoło kółeczka pań i panów z kieliszkami w rękach. Ktoś ciągle czegoś chciał. Poznałem osobiście ministra i przez kwadrans musiałem z nim ględzić o niczym, następnie jakiś dyrektor departamentu przekonywał co do własnych prognoz giełdowych, później, pijąc wino, rozmawiałem jeszcze z dyrektorami banków i delegatem Ministerstwa Finansów, wreszcie dzie

Tu musiałem czekać do trzeciej nad ranem. Centralny dworzec w sercu stolicy sporego europejskiego kraju ział pustką jak splądrowany sarkofag. Naprzeciw, Alejami, ciągnęły jeszcze rzędy samochodów, świeciły się reklamy i wystawy sklepowe, ale tuż obok, z ciemnych zakamarków pomiędzy zamkniętymi na noc straganami, rozlegały się pijackie nawoływania, przesuwały się punkciki zapalonych papierosów, słychać było brzęk tłuczonych butelek.

Szybko przebiegłem przez opustoszałe podziemne korytarze, bojąc się własnej sylwetki powtórzonej w szybach pozamykanych barków, sklepików, fastfoodów. Zajrzałem do podziemnej hali na bezludne perony, minąłem zalegającą pokotem kolonię bezdomnych i schroniłem się w kącie jedynej otwartej restauracji na górze. Kupiłem gazę

tę, ale nie mogłem czytać, zwitek banknotów w wewnętrznej kieszeni marynarki stawał się coraz cięższy, jakbym miał cegłę za pazuchą. Trwałem tak z duszą na ramieniu nad nietkniętym soczkiem „Aronia” aż do zbawczej zapowiedzi pociągu. Bałem się podnieść wzrok, w każdej chwili spodziewałem się, że ktoś mnie zaczepi.

Osobowy w kierunku Olsztyna wjechał wreszcie na peron. Brudny skład był prawie pusty, bez światła, za to ogrzewanie działało jak oszalałe. Wsiadłem do drugiego wagonu, szukałem miejsc, gdzie siedziałoby więcej ludzi, ale znajdowałem tylko pojedyncze, śpiące osoby. Przycupnąłem zatem w pustym, ciemnym przedziale. Nerwy miałem tak napięte, że nie czułem zmęczenia ani głodu, żołądek i pęcherz przestały pracować, nie mogłem też zmrużyć oka. Co parę minut dotykałem zawartości kieszeni. Naprawdę, strach wyzwala w człowieku zupełnie niezwykłe siły.

Przyszli, gdy pociąg ruszył z Nasielska. Pamiętam oświetloną tablicę z tą nazwą. Stanęli przy oknie naprzeciw mojego przedziału i przywarli rzędem trzech tyłków do oszklonych drzwi. Zapalili papierosy, nic sobie nie robiąc z zakazu. Zmartwiałem. Usiłowałem zrozumieć, o czym rozmawiają.

Szczekali. Rozumiałem tylko powtarzane w najprzeróżniejszych konfiguracjach słowo „kurwa”.

Pociąg nabrał pędu i stukał na spojeniach szyn. Zbliżały się czyjeś kroki, ktoś przystanął i powiedział: „Przepraszam”.

„Zwijaj, pierdzielu” – ryknęli w odpowiedzi, rozległ się głuchy odgłos, jakby mocne szturchnięcie, gruchnęła salwa śmiechu z trzech gardeł, kroki zadudniły w odwrotnym kierunku, aż ucichły gdzieś na końcu wagonu.

Jeden z facetów szarpnął gwałtownie drzwiami, wsadził łeb do mojego przedziału, ponieważ nie mógł niczego dostrzec, przyświecił sobie zapalniczką, popatrzył na mnie, nic nie mówiąc, i zasunął drzwi z powrotem.