Страница 39 из 56
Ta mitręga zaczynała powoli przynosić pieniądze. Na początku spływały wąskim strumyczkiem, potem coraz szerszą strugą. Nie przywiązywałem wagi do tego, że dostaję ich więcej niż koledzy, nie interesowałem się nawet, ile oni naprawdę zarabiają. Mówiłem: „Ja komponuję i piszę teksty. Proszę bardzo, róbcie to samo”. Dobra passa wciąż mnie nie opuszczała, umieszczałem swoje piosenki jedną po drugiej na listach przebojów, projektowałem następną płytę.
Szukałem dobrego instrumentu. Dowiedziałem się o Fenderze Stratocaster, rocznik 1966. Sprzedawał go gitarzysta od dawna nieistniejącej świetnej kapeli Odyseja, której jeszcze w liceum słuchałem z jedynej wydanej, mocno już zdartej płyty. Pojechałem do niego do Puszczykowa pod Poznaniem, gdzie produkował ceratowe obrusy. Otworzył zblazowany, zaspany facet z siwiejącą bródką. Skojarzył sobie moją twarz, pokazał instrument, a ja zapłaciłem mu, ile chciał, nawet się nie targowałem. „Fenomenalne, cudne wiosło!” – omal nie płakałem z zachwytu. „Uważaj tylko, żebyś się nie utopił!” – rzucił za mną, gdy wsiadałem do samochodu.
Kupiłem też prawie nowego, rocznego malucha, wyniosłem się wreszcie z bursy podoficerskiej i wynająłem w Bydgoszczy kawalerkę na Kapie, czyli Kapuściskach. Studia ostatecznie sobie odpuściłem, były nie do pogodzenia z nowym zajęciem.
Dziewczynom w całej Polsce jakoś nagle przestał przeszkadzać mój niewielki wzrost, odstająca dupa i facjata, której, mówiąc w skrócie, raczej było daleko na przykład do przystojnego Grześka Stróżniaka z Lombardu. Początkowo korzystałem z tego, ile wlazło – w przenośni i dosłownie. Oczywiście, to wcale nie było takie proste, a opowieści z biografii Rolling Stonesów czy Doorsów o groupies czatujących na idoli w windach, wdzierających się do sypialni, obrabiających rozporki muzyków w studiu podczas nakładania wokalu, urządzających orgie w samolotach – u nas można włożyć pomiędzy bajki. Panienki wdzięczące się po koncertach i skło
Któregoś dnia w Warszawie nieoczekiwanie zjawił się Marek Kunc. Ściskał poobklejany pacyfami futerał z Gibsonem, jakby ktoś go zaprosił na próbę. Tłumaczył mętnie, że tylko krowa nie zmienia decyzji, że przemyślał sobie niektóre rzeczy, przedtem obrał błędną drogę, a ostatnio ma mnóstwo inwencji i planów. Odpowiedziałem mu krótko: „Spadaj!”, i zawołałem ryżego Bińka, naszego ochroniarza, żeby go wyrzucił z hotelu. Nie widziałem Kunca więcej. Podobno wyjechał do Kanady, robił w tartaku. Pewnie już umarł.
Podjąłem wysiłek stabilizacji życia, ożeniłem się z Paulą, studentką muzealnictwa na uniwersytecie w Toruniu. Ślub wzięliśmy oczywiście w kościele, wtedy był to akt artystycznej niezależności, zamiast wesela Klapperstorch dał koncert bez prądu w kościelnych podziemiach, o wiele wcześniej, zanim taką formułę wylansowała MTV. Przyrzekliśmy z Paulą, że będziemy wobec siebie szczerzy i tolerancyjni oraz że będziemy respektować nasze poczucie wolności. Paulą chciała mieć galerię sztuki. Udało się to załatwić nie tyle dzięki moim zabiegom, ile przez znajomości starego w dowództwie okręgu wojskowego. Od tej pory wszystkie zarobione przeze mnie pieniądze szły w ten przegięty interes. Moja żona prowadziła życie artystki, otwarte i pozbawione konwenansów. Dzięki temu w naszym nowym, większym mieszkaniu nieusta
Pierwszy rozwód kosztował drogo. Wysoki Sąd, ma się rozumieć w osobie płci niewieściej, wyczyścił mnie na rzecz Pauli, z czego tylko mógł, łącznie z samochodem, kontem złotówkowym i dewizowym, tak że w Warszawie znalazłem się praktycznie zupełnie goły. Sprawy Klapperstorcha miały się jednak nadal nieźle, więc moja nędza nie potrwała długo.
W czasie kręcenia „suchego” koncertu dla telewizji, czyli tylko z udawaniem grania i ruszaniem gębami, poznałem na Woronicza Jagienkę Maślanko, wicedyrektor programową, wtedy jedną z najbardziej prominentnych postaci w tej instytucji. Przybiegła ze swojego biura, gdy jej powiedziano, że jesteśmy. Była starsza ode mnie o czternaście lat, lecz na zewnątrz nieustająco młoda – żywy dowód talentów osobistej kosmetyczki, dietetyka, masażysty i i
nie artystom i oryginałom, jak kiedyś Ciechan, ale reżyserom, wpływowym dzie