Страница 21 из 56
go ręcznika. Książki, najczęściej marne wydania z lat osiemdziesiątych, zlewały się w pożółkłą masę z kurzu i papieru, wypełniającą rozeschnięte półki anonimową treścią, bo nie można już było odcyfrować większości tytułów na grzbietach. Cztery tomy encyklopedii napęczniały i uległy odkształceniu do tego stopnia, że żadnego z nich na pewno nie udałoby się wyciągnąć z szeregu.
Taki sam pozostał również pokój Oluchy, nie z sentymentu, ale z braku potrzeby zmian. Od czasu, kiedy po maturze wyjechała na studia do Łodzi, poznała Kevina, swojego pierwszego męża, i zamieszkała na antypodach, służył mu najpierw jako miejsce do popołudniowych drzemek, a później jako samotna sypialnia. W szafie segmentu „Junior”, kiedyś z jasnego drewna, dziś wyglądem i konsystencją przypominającego zbutwiały korek, nadal wisiały krótkie czarne sukienki sprzed pół wieku, piętrzyły się sterty zapomnianych bluzek, zwinięte kłęby legginsów z lycry. Szuflady wypełniały stare zeszyty, pocztówki, skamieniałe szminki, niepiszące długopisy. Nie zaglądał tam, miał wstręt do szperania w cudzej prywatności. Tylko raz przypadkowo znalazł napoczętą paczkę suchych jak pieprz, pozbawionych zapachu papierosów, schowaną w jednej z par tych niezgrabnych, modnych wtedy butów na platformach, o które tak wykłócała się z matką. Co tydzień czyścił także z kurzu zepsutą od dawna miniwieżę, pudełka z nieużywanymi już nigdzie płytami kompaktowymi, pluszowego psa i przyczepione do obroży plastikowe serce.
Przypomniał sobie o Olce.
W dużym pokoju rozsiadł się przed terminalem, ale po chwili przerwał wprowadzanie adresu i wybiegł do łazienki.
Wolałby, tak jak bohater opowiadania Wojaczka, nie ujrzeć w lustrze nikogo. To, co zobaczył, przypominało gotowanego kurczaka.
Ciężko westchnął nad sobą.
Na głowie resztki kłaków jak strzępy siwej wełny, zdeformowane rysy, których układ dyktowało zwiotczenie mięśni, a nie obraz duszy. Blada skóra, pełna fałd i plam, wyglądająca, jakby zaraz miała odejść od ciała. Chude, wykrzywione ręce, naprawdę podobne do ptasich łap, tors o muskulaturze wypróżnionego worka.
Zaczął się gorączkowo myć, golić, czesać, nacierać kremami i wodą kolońską. Wygrzebał czystą koszulę, włożył krótkie spodnie. Dopiero wówczas ponownie połączył się z Auckland.
Przez ekran przebiegły znaki stref, mignęło złociste logo operatora półkuli południowej, następnie zielone Australii i Oceanii, sinoczarne Nowej Zelandii.
– Ach, tatuś, nareszcie! Tyle razy wchodziłam, a ty zawsze byłeś niedostępny. Widzisz, jaka tu u nas ulewa? Jesień.
Olucha przetarła zaspane oczy i uchyliła się, aby odsłonić okno. O mokre szyby tłukły smagane wiatrem gałęzie, których cienie migotały w poświacie ogrodowej latarni.
– Już teraz w porządku, można się łączyć. Tylko, wiesz, wyjeżdżam odpocząć trochę, do sanatorium, na Litwę, więc nie szukaj mojego modemu. Ja będę wchodził do ciebie stamtąd.
– Tutaj też wszystko dobrze. Naprawdę, nie martw się o mnie. Miałam tylko kłopoty z tym kościołem, mówiłam ci. Skracali spotkania, taniec był monoto
żenię, że uciekają od transcendencji. „Po co mi to?” – powiedziałam i kiedy podnieśli wpisowe, dałam sobie siana. Ale ostatnio odkryłam coś, w czym od razu się odnalazłam, jestem naprawdę bardzo szczęśliwa. Nosi nazwę Stowarzyszenie Energii Ducha Świętego. Posłuchaj: Duch Święty to energetyczna postać Najwyższego, źródło Boskiej mocy – wywodziła głosem przepojonym prawdziwą fascynacją. – Tchnąć Ducha Świętego zawsze oznaczało: uaktywnić, popchnąć ku życiu. Bez niego nie byłby możliwy akt stworzenia, on nadaje siłę rozwojowi biologicznemu, ruchowi planet, dzięki niemu płynie czas. Nam wszystkim, ludziom, powi
– To świetnie, córuś. Jeździj sobie, pedałuj, odpoczywaj. To samo zdrowie przecież.
– Bardzo mi teraz dobrze, nie masz się o co martwić. Jass na początku kręcił nosem. Trzeba było sprowadzić z Jamajki specjalny rower, uświęcony dłonią Nieocenionego Ojca. Ostatni raz jeździłam pięćdziesiąt lat temu, musiał trochę ze mną poćwiczyć na podwórku. Zupełnie tak samo, jak ty mnie kiedyś uczyłeś, z kijem od szczotki wetkniętym za siodełko, pamiętasz?
– Darłaś się wniebogłosy, gdy puszczałem ten kij. Chcesz zobaczyć to miejsce?
Wyjął z terminalu sensor obrazu, który po staremu nazywał kamerą, i wystawił za okno.
– Poznaję, poznaję… Nic się nie zmieniło. Tylko czemu takie puchy? Kiedyś tyle dzieciaków skakało po tej uliczce, samochód zawsze ktoś naprawiał…
– Wiesz… Teraz samochody trzyma się gdzie indziej. Ludzie wyjechali albo siedzą w domu, bo praży straszliwie, trzydzieści cztery stopnie.
– No właśnie, zazdroszczę. Cały jesteś zalany słońcem. Wyglądasz, jakbyś świecił. Wyszczuplałeś – bardzo dobrze. Nareszcie pewnie zmądrzałeś i jesz tylko to, czego twój organizm naprawdę potrzebuje.
Mówiła także o Lou i Bernardzie, o wnukach i o lewych rękach Jassa, który niedawno spalił instalację w garderobie, a wczoraj wylał na podjazd całe wiadro utwardzalnej farby.
Nie potrafił już się skupić, udawał tylko, że słucha – marszczył brwi, kiwał głową. Patrzył na siwe włosy swojej córki, których nie wiadomo dlaczego nie malowała, na zmarszczki i lekko przygarbione plecy. Od Tubiełły – Wszechwłogi nabrał widocznie skło
Olucha sama zakończyła rozmowę: – Patrzę na ocean i tak jak prosiłeś, myślę o tobie. Codzie
Ekran zgasł, taryfikator wydrukował należność. Nie zwracając uwagi na cyfry, ziewnął i ruszył w stronę wersalki.
Nic nie przerywało nadzwyczajnej ciszy, jak wata szklana wypychającej ogołocone piętra. Żaden głos nie docierał też zza otwartych okien, może tylko z oddali ledwo słyszalny szum miasta.
Czuł se
światła.
Nagle dostrzegł silny blask ze szpary między dwiema klepkami parkietu, blisko, tuż przy ławie, gdzie stała doniczka ze sztucznym hiacyntem. Przekręcił się na bok, żeby sięgnąć ręką, podważył paznokciem z jednej, z drugiej strony.