Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 16 из 56

– Qui! – Żebujka potwierdził groźnie.

– Figur dają! – zdziwił się któryś z kibiców.

– Pion to człon.

– Uś!

– Qui.

– Matuj go!

– Sił mało…

W końcu ktoś zgarnął figury do pudełka i wszyscy zaczęli układać się na posłaniach.

– Brzuch mi napieprza, nie wiem, co jest. Dobrze było, a teraz co dzień, kurczę mać, rewelacja, coraz gorzej – skarżył się skrzywiony Babilon.

– Ja, jak mnie boli brzuch albo nawet cokolwiek i

– A ja, jak mnie bolą nogi, to wystarczy, że kapcie zmienię i, kurna, jakby ręką odjął – skwitował głos Żebujki.

Ból Irka nie był jednak ani tak wyrozumiały, ani łaskawy. W środku nocy znowu przypomniał o swoim istnieniu, l znów wszyscy udawali, że śpią, chrapali, puszczali bąki, przewracali się z chrzęstem sie

Udało mu się wreszcie obudzić Babilona; z nadludzkim wysiłkiem rzucił w niego kubkiem po jogurcie. Babilon, przerażony jękami i charczeniem, o dzwonku nawet nie pomyślał, wsadził sobie dwa palce do ust i, nabrawszy powietrza, zagwizdał tak przeraźliwie, że z sąsiednich łóżek bluznęły wyzwiska, ale w rezultacie po paru minutach na szybie zamajaczyły dwa rogate cienie pielęgniarek.

Kiedy minął szok, wywołany kolejną dawką DFR – B, ustały wymioty i ślinotok, zobaczył siedzącą obok doktor Gudrun. Długo patrzył na błyszczące szafirem i czerwienią sploty warkoczyków, jedyne światło w zalegającym naokoło półmroku, a potem dotknął jej dłoni.

– Pani jest dla mnie dobra – wyszeptał drewnianymi wargami.

– To nie jest najmądrzejsze słowo – odpowiedziała, miękko cofając rękę.

Obudziła go czerwień porażająca, o wiele ostrzejsza; natychmiast wytrąciła ze snu cienkiego jak wodnista zupka. Automatyczne żaluzje, otwierające się i zamykające według własnego uznania, część archaicznego, od dawna rozstrojonego Management Building’s Systemu szpitala, tym razem rozwarły się za wcześnie. Wschodzący, słoneczny kłąb ze zwiniętych płomieni stanął za oknem po drugiej stronie korytarza i ledwie mieścił się w uchylonych drzwiach do sali. Niewiadome, która mogła być godzina czwarta, piąta? Zgrzebał się z łóżka i ruszył prosto w ten ogień. Wszyscy wokół spali, oddychając zdecydowanie i łapczywie, jakby wykonywali ciężką pracę.

Była to jedna z krótkich chwil w ciągu dnia, kiedy w szpitalu nic się nie działo, nikt nie rozmawiał, nie człapał po posadzce, nie skrzypiały wózki i nawet terapeutyczne melodie nie płynęły z ukrytych źródeł.

Tuż za progiem musiał przysłonić oczy. Ognista czerwień pełzała po ścianach, czepiała się sufitu, przykrywała podłogę. Długa perspektywa korytarza, wypełniona grzywami wszystkich pożarów świata, zamknięta odległą, przejrzystą plamą wyjścia na taras, kusiła i ssała. Zobaczył ją jako aleję uformowaną z nieruchomych konarów płomieni i ich odbić zmniejszających się w oddali, prowadzącą do jakiegoś celu, o którym niczego nie wiadomo, poza tym, że istnieje. Przepływały przez nią majaki miast; wieżowce i bloki, ludzie i okna, bury, rozmokły śnieg albo też letnie ulice uśpione w kasztanowym cieniu, rzędy pustych aut ukrytych przed upałem. Twarze nakładały się na twarze, widma pociągów przebiegały w opętańczym tempie, pozostawiając tylko łoskot, uderzenie wiatru na twarzy i pod gardłem krótki skurcz tęsknoty. Za nimi wzlatywały wydęte płachty gazet, Jeff Beck unosił gryf gitary z miną zblazowanego demiurga, krótko błysnęły szkła Le

„Może to rzeczywiście lepiej – móc oświadczyć własnemu losowi: Dziękuję, nie jesteś mi już potrzebny!” zastanawiał się, ponownie czując przypływ se

Piętro niżej, tuż przed drzwiami gabinetu Sabina Tubiełły doszedł go wyraźny, kręcący w nosie swąd. Kiedy wszedł do środka, zastał doktora pochylonego nad mosiężnie pobłyskującym samowarem. Tubiełło nadymał policzki i nieporadnie usiłował rozżarzyć węgle w okrągłym, sterczącym kominku, z którego za każdym dmuchnięciem wywalały się kłęby szarego dymu.

Zobaczywszy Irka, uśmiechnął się tylko cierpko i nie przerywał swojego zajęcia. Samowar stał na wolnym kawał

ku stelaża podtrzymującego aparaturę. Jego pękata staroświeckość, jakby żywcem przeniesiona z Wujaszka Wani bądź Wiśniowego sadu Czechowa, osobliwie prezentowała się w sąsiedztwie trzech niewygaszonych ekranów, centralnej klawiatury, szeregów zielonych i żółtych diod kontrolnych.

– No i co pan tak patrzy, panie Ireneuszu? Co pan patrzy? – doktor zamknął pokrywkę, odwrócił się do lustra i zaczął sobie coś wyciskać spod nosa. – Czy ja już nie mam prawa choć do krzty melancholii? Śmieszy pana i dziwi, tak? – naciągał skórę nad górną wargą, przyglądał się temu miejscu, zbliżając prawe oko do lustrzanej toni, i zrzędził: – Ach, ten mój skincleaner, fuszer przebrzydły, na dodatek kokiet, moja żona go nienawidzi. Żebym ja tak uzdrawiał chorych, jak on mi czyści skórę!

Irek czekał cierpliwie. Kiedy Tubiełło wygadał się, wytrzepał, obmył ręce na sucho przez włożenie ich do pojemnika z antyseptycznym nawiewem, znalazł swoją niebieską kulkę i uspokajał się, podrzucając ją w dłoni, wtedy oznajmił mu, że przemyślał sprawę, że przystaje na overleading i jest do dyspozycji.

– Tylko logika przeze mnie przemawia – dodał. – Nic więcej. Żadnych sentymentów. Rachunek nie pozostawiał wątpliwości.

Tubiełło spojrzał na niego bystro.

– A… może pan się herbaty ze mną napije? Na pewno nie zaszkodzi, zaręczam jako lekarz. Niech pan sobie wyobrazi, że węgli drzewnych nigdzie nie mogłem dostać. Dopiero w sportowym sklepie dla kobiet, pojmuje pan? W sportowym!

Otworzył szafkę, zaczął wystawiać filiżanki, dzwonić łyżeczkami. W pewnej chwili odepchnął naczynia na bok

i podbiegł do Irka. Ujął go za ramiona, przybliżył policzki pokryte srebrnoróżowym pudrem i wyszeptał z naciskiem:

– Nawet pan nie wie, ile pan dobrego dla siebie zrobił. Za pomocą tych kilku zdań przeszedł pan ze stanu pły

Samowar zasyczał i wypuścił obłoczek pary. Po gabinecie zaczął się rozchodzić cierpki, gorzkawy aromat, przynoszący złudzenie domowego spokoju. Zupełnie taki, jak kiedyś u Kosha w akademiku. Kosh – małomówny, kościsty, długowłosy, studiujący po nocach tłumaczoną z angielskiego Jadżurwedę, brahmany i upaniszady, zamieniał parzenie herbaty w zawiły rytuał, wymagający wielu wtajemniczeń. Dolewaniem i odlewaniem wrzątku, mieszaniem zawartości kilku czajniczków przykrytych czystymi szmatkami, przestrzeganiem co do sekundy czasów nagrzewania i naciągania wyczarowywał z zeschniętych listków pospolitego madrasu, sprzedawanego w szeleszczących, krzywo zlepionych torebkach, niezwykły napój, którego każdy łyk smakował jak haust górskiego powietrza. Piło się go, paląc carmeny, przy sitarze Ravi Shankara zawodzącym z magnetofonu ZK140, zwyczajem epoki – w kucki, na rozłożonych materacach zasłanych akademikowymi kocami. Był gęsty, smolisty, drętwiały od niego dziąsła i język, ale dawał jasność w głowie, poczucie pewności siebie, mądrym ogniem doświadczał całe ciało.