Страница 11 из 24
ROZDZIAŁ 9. Nieoczekiwany atak
Czarny koń stanął dęba, wierzgając dziko kopytami wysoko ponad głowami osłupiałych chłopców.
Jeździec zamachał pistoletem i krzyknął “Viva Fiesta!”, po czym ściągnął chustkę, ukazując chłopięcą, figlarną twarz.
– Chodźcie na Fiestę! – zawołał, zawrócił konia w powietrzu i pogalopował w dół, w stronę Santa Carla. Chłopcy patrzyli za nim jak urzeczeni.
– Kostium na paradę – jęknął Pete.
Spojrzeli na siebie i wybuchnęli śmiechem. Przestraszyć się chłopca w przebraniu!
– Założę się, że będzie z dziesięciu El Diablo na Fieście – powiedział Pete.
– Mam nadzieję, że nie wpadniemy na żadnego z nich w ciemnej uliczce – odpowiedział Pete.
Wsiedli na rowery i pojechali w dół długą, krętą drogą. Wkrótce góry zostały za nimi, wjechali w przedmieścia Santa Carla. Minęli pole golfowe, kilka centrów handlowych i pierwsze domy, położone na skraju kipiącego życiem ośrodka wypoczynkowego.
W śródmieściu zostawili rowery w stojaku za biblioteką i poszli ulicą Unii, główną arterią Santa Carla. Wzdłuż jezdni stały policyjne kordony dla ochrony parady, która miała się niebawem rozpocząć. Gromadzili się widzowie, większość w barwnych strojach z dawnych hiszpańskich czasów. Panowało ożywienie, czuło się odświętny nastrój.
Bob i Pete szybko załatwili wszystko w małym sklepiku z pamiątkami. Kupili tuzin grubych, białych świec i trzy słomkowe sombrera. Następnie znaleźli sobie miejsce przy krawężniku, właśnie w chwili, gdy przemaszerowała otwierająca pochód orkiestra, dmąc w trąbki i waląc siarczyście w bębny.
Za orkiestrą jechały przybrane kwiatami platformy, na których dziewczęta i chłopcy w kostiumach odtwarzali w żywych obrazach najważniejsze zdarzenia z historii Kalifornii. Jeden przedstawiał ojca Junipero Serra, franciszkanina i misjonarza, założyciela większości pięknych, starych misji wzdłuż wybrzeża Kalifornii. I
– Popatrz na te konie! – wykrzyknął Bob.
– Chciałbym umieć tak jeździć – Pete patrzył z zachwytem na wyczyny młodych ludzi na koniach.
Obaj chłopcy byli dobrymi jeźdźcami, ale nie tak doskonałymi, jak uczestnicy parady. Niektóre konie wykonywały zawiłe, taneczne kroki. Nadjechali ranczerzy w hiszpańskich strojach oraz oddziały policji ko
– Patrz! – zawołał, wskazując dwu mężczyzn idących obok platformy. Prowadzili osła obładowanego prowiantem, łopatami, szpadlami i kilofami. W jednym z nich rozpoznali brodatego, starego człowieka z jaskini – Bena Jacksona.
– Ten drugi to pewnie jego partner, Waldo Turner – powiedział Bob.
Obaj starzy panowie zdawali się budzić zachwyt wśród obserwującego tłumu. Wyglądali jak prawdziwi poszukiwacze, aż po kurz i błoto pokrywające ich górnicze ubrania. Stary Ben był wyraźnie uszczęśliwiony. Jego biała broda powiewała na wietrze, gdy kuśtykał dumnie, prowadząc osła. Za nim szedł Waldo Turner, wyższy i szczuplejszy, bez brody, lecz z białym wąsem.
Wciąż nadjeżdżały nowe platformy, maszerowały orkiestry i chłopcy omal nie zapomnieli o swej misji w bibliotece. Wtem Pete dostrzegł kogoś w tłumie widzów.
– Bob – szepnął nagląco.
Bob spojrzał we wskazanym kierunku. Zobaczył wysokiego mężczyznę ze szramą na twarzy i przepaską na oku. Nie interesował się zupełnie paradą. Przeszedł ulicą i zniknął w tłumie.
– Chodźmy – powiedział Bob i ruszyli w tę samą stronę.
Zobaczyli go znowu na rogu ulicy. Szedł szybko, parę metrów przed nimi. Od czasu do czasu zwalniał i jakby wypatrywał czegoś przed sobą.
– Myślę, że on kogoś śledzi – powiedział Bob.
– Kto to może być? Widzisz kogoś przed nim? – spytał Pete.
– Nie, ty jesteś wyższy.
Pete wyciągnął się, jak mógł najwyżej, ale nie był w stanie zobaczyć nikogo ani niczego, co stanowiłoby obiekt zainteresowania mężczyzny z blizną. Spostrzegł natomiast coś i
– Wchodzi do budynku! – zawołał.
– To biblioteka! – wykrzyknął Bob.
Pobiegli ku podwójnym, wysokim drzwiom biblioteki, za którymi właśnie znikł mężczyzna. Stanęli w holu, rozglądając się uważnie. Przy odbywającej się Fieście, biblioteka była niemal opustoszała, ale wysokiego człowieka nie mogli nigdzie dostrzec.
Główna sala była duża, mieściła liczne półki wypełnione książkami. Wiodły z niej przejścia do i
– Zgubiliśmy go – powiedział Pete z zawodem w głosie.
– Powi
– Trudno, stało się – Pete wzruszył ramionami. – Jak już tu jesteśmy, weźmy się do zebrania tych wiadomości, które chciał mieć Jupe.
Zaczerpnęli informacji u miłego bibliotekarza, który skierował ich do niewielkiej salki zawierającej książki historyczne. Właśnie podchodzili do kontuaru, gdy ciężka dłoń spoczęła na ramieniu Pete'a.
– Proszę, proszę, nasi młodzi detektywi!
Za nimi stał profesor Walsh, patrząc na nich przenikliwie zza grubych szkieł okularów.
– Szukacie, chłopcy, czegoś? – zapytał.
– Tak, proszę pana – odparł Bob. – Chcemy dowiedzieć się jak najwięcej o Jęczącej Dolinie.
– Dobrze, bardzo dobrze – profesor pokiwał głową. – Sam jestem tym zainteresowany. Nie miałem jednak wiele szczęścia. Zdaje się, że nie mają tu nic, poza wątpliwymi legendami. Czy byliście na Fieście?
– O tak! – wykrzyknął Pete entuzjastycznie. – Ale konie! A co za wspaniali jeźdźcy!
– To piękne obchody. Myślę, że pójdę popatrzeć trochę na paradę, skoro już tu mi się nie powiodło. Jak wrócicie na ranczo, chłopcy?
– Mamy rowery – odpowiedział Bob.
– Dobrze, do zobaczenia więc – profesor zwrócił się powoli ku wyjściu. Bob zawahał się, po czym zapytał:
– Czy będąc tu, nie widział pan przypadkiem wysokiego mężczyzny z przepaską na oku?
– Masz na myśli tego samego człowieka, którego widzieliście zeszłego wieczoru?
– Tak, proszę pana.
– Tu, w mieście? – profesor zdawał się być zamyślony. – Nie, nie widziałem go.
Po wyjściu profesora Bob i Pete zabrali się do pracy. Znaleźli trzy książki, w których były wzmianki o Jęczącej Dolinie, ale żadna z nich nie mówiła nic nowego ponad to, co już wiedzieli. Wtem Bob natknął się przypadkowo na książkę o pożółkłych, pomarszczonych kartkach, która stanowiła kompletną historię Doliny aż po rok 1941. Stała na niewłaściwej półce i zapewne dlatego nie znalazł jej profesor Walsh.
Pożyczyli książkę na kartę pani Dalton i opuścili bibliotekę. Na dworze było wciąż gorąco i słonecznie. Parada właśnie się kończyła. Z centrum wylewał się tłum ludzi, wielu w kostiumach. Chłopcy przymocowali pakunki do bagażników rowerów i ruszyli w powrotną drogę. Wkrótce wspinali się po długim stoku ku przełęczy San Mateo. Jechali, jak długo było to możliwe, po czym zsiedli z rowerów i szli dalej piechotą.
Zatrzymali się dla odpoczynku. Stojąc na poboczu szosy, patrzyli na Cha
– Chciałbym kiedyś pojechać na te wyspy – powiedział Pete.
– Na niektórych z nich hoduje się bydło i oczywiście są kowboje – odrzekł Bob.