Страница 7 из 27
– Nie, proszę pana – odpowiedział Bob.
– W każdym razie jeszcze nie! – uśmiechnął się Pete.
– Panie profesorze, gdzie możemy znaleźć informacje o tym, co dokładnie stało się z don Sebastianem w 1846 roku? – zapytał Jupiter. – Gdzie znajdują się relacje także z i
– Zdaje się, że Towarzystwo Historyczne w Rocky Beach posiada wszystkie dokumenty rodziny Alvarów – powiedział profesor. – Mają tam również kopie niektórych dokumentów armii Stanów Zjednoczonych z okresu wojny amerykańsko-meksykańskiej. Dokumentów związanych z tym rejonem. Towarzystwo Historyczne to na pewno miejsce, gdzie znajdziecie najbardziej kompletne archiwa miejscowej historii.
Chłopcy podziękowali i zbierali się do wyjścia.
– Zobaczycie, że studia nad 1846 rokiem będą interesujące – powiedział jeszcze profesor. – Wojna amerykańsko-meksykańska była dość dziwnym epizodem w historii Kalifornii… i Ameryki.
– Dlaczego? – zapytał Bob.
– Rząd Stanów Zjednoczonych wypowiedział wojnę Meksykowi w maju 1846 roku, co, jak się uważa, było próbą zagarnięcia Meksyku wraz z Kalifornią. Wielu Kalifornijczyków nie czuło się dobrze pod rządami meksykańskimi. Przeważnie byli to osiedleni tu jankesi, ale również niektórzy starzy hiszpańscy rancheros. Tak więc, gdy amerykańskie okręty woje
– Tak, uczyliśmy się w szkole o majorze Fremoncie – wtrącił Bob.
– Jak więc mówiłem, porty nie stawiały oporu i wszystko odbyło się spokojnie. Oczywiście byli i tacy ranczerzy, którym nie podobała się nowa sytuacja, ale nie stworzyli oni zorganizowanej opozycji. Potem dowódca jankesów, ustanowiony przez Fremonta komendantem Los Angeles, zaczął postępować bezprawnie, aresztując miejscowych ranczerów i upokarzając ich bez potrzeby. Wkrótce społeczeństwo zbrojnie powstało. Przypuszczam, że don Sebastian Alvaro był ofiarą niefortu
– Rany, to musiały być emocjonujące czasy – powiedział Pete. – Pomyślcie, prawdziwa wojna na naszym własnym podwórzu!
Profesor Moriarty surowo spojrzał na Pete’a.
– Wojna być może jest przeżyciem ekscytującym, ale na pewno nie jest przyjemnością. Dziękuj Bogu, że żyjesz w spokojnych czasach.
Pete zawstydził się i profesor powiedział już łagodniej:
– Przypuszczam, że doznacie, chłopcy, i tak wielu emocji. Jeśli dobrze zrozumiałem, macie powody sądzić, że miecz Cortesa jest wciąż w Rocky Beach, i szukacie go?
– Nie, proszę pana, to tylko przypuszczenie oparte na przeczuciu – powiedział Jupiter.
– Ach, tak. Myślałem zawsze, że skoro tak długo nie widziano miecza, jest to jedynie legenda. W każdym razie będzie dla mnie bardzo interesujące wszystko, co uda wam się odkryć.
– Z przyjemnością o wszystkim pana zawiadomimy – powiedział Jupiter i raz jeszcze podziękował profesorowi za pomoc.
Gdy wyszli na dwór, padał lekki deszcz. Musieli zaczekać na Hansa, który pojechał załatwić jakąś sprawę dla wujka Tytusa. Schronili się pod drzewem;
– Profesora Moriarty’ego nieźle podekscytował ten miecz – powiedział Pete. – Pewnie wielu by się podnieciło.
– Tak – Jupiter zmarszczył czoło. – Wiecie, chłopaki, w miarę możności nie wspominajmy lepiej nikomu o mieczu Cortesa. Obawiam się, że wzbudziłoby to u różnych ludzi chęć odszukania go. Mamy teraz niemal pewność, że pokrowiec należy do miecza Cortesa. Są więc całkiem realne szansę znalezienia go w okolicach Rocky Beach.
– Idziemy teraz do Towarzystwa Historycznego? – zapytał Bob.
– Tak, myślę, że to nasz następny krok.
– Czego tam będziemy szukać, Jupe? – spytał Pete.
– Nie wiem dokładnie. Jeśli moje przeczucie jest słuszne, to trzeba nam dowodu, że zdarzenia 1846 roku nie przebiegały tak, jak ludzie myślą.
Deszcz wzmógł się właśnie, gdy zajechał Hans i Trzej Detektywi stłoczyli się w szoferce obok rosłego Bawarczyka. W Rocky Beach Hans wysadził ich przed Towarzystwem Historycznym i odjechał załatwić następną sprawę. Chłopcy weszli spiesznie do budynku.
W cichych pokojach pełnych książek, dokumentów i starych druków nie było nikogo oprócz dyżurnego historyka. Znał dobrze chłopców i sporo o nich wiedział, uśmiechnął się więc na powitanie.
– Cóż to chcą rozwikłać młodzi Sherlockowie tym razem? Ktoś tam zgubił kota czy też pracujecie nad jakąś większą sprawą?
– Tylko tak dużą, jak mie… – zaczął z przechwałką w głosie Pete.
Jupiter nadepnął mu na nogę, wywołując okrzyk bólu przyjaciela.
– Przepraszam – powiedział Jupiter jakby nigdy nici uśmiechnął się do historyka. – Nie mamy żadnej sprawy, pomagamy tylko Bobowi zebrać materiały do pracy szkolnej o rodzinie Alvarów.
– Owszem, mamy kartotekę Alvarów – poinformował historyk.
– Może ma pan również raporty armii amerykańskiej, dotyczące don Sebastiana? – zapytał Jupiter niedbale.
Historyk miał obie kartoteki. Każda z nich była dużym kartonowym pudłem, wypełnionym papierami. Chłopcy patrzyli na nie zafrasowani.
– Kartoteka armii to tylko dokumenty z 1846 roku – powiedział historyk z uśmiechem. – Ludzie w owych czasach bardzo lubili pisać raporty.
Chłopcy zataszczyli obie kartoteki w zaciszny kąt.
– Ja przewertuję kartotekę Alvarów, a wy dokumenty armii. Spisywano je po angielsku – zdecydował Jupiter.
Przez następne dwie godziny ślęczeli nad kartotekami, szukając jakiejś wzmianki o don Sebastianie Alvaro lub o mieczu Cortesa. Historyk, zajęty katalogowaniem nowych dokumentów, zostawił chłopców w spokoju. Nikt też więcej nie wchodził do cichych, pełnych książek pokojów. Jedynym dźwiękiem były westchnienia Pete’a, wydawane po przejrzeniu kolejnego nudnego raportu.
Po dwóch godzinach przejrzeli obie kartoteki do końca i mogli zastanowić się nad tym, co znaleźli. Bob i Pete mieli trzy dokumenty, a raczej współczesne kopie oryginałów z 1846 roku, Jupiter zaś jeden pożółkły list.
– Jest to list, który don Sebastian napisał do swojego syna – wyjaśnił. – To wszystko, co udało mi się znaleźć, ale chyba to jest ważne. Don Sebastian pisał ten list w domu w Rocky Beach, gdzie trzymano go w areszcie. Jego syn był oficerem armii meksykańskiej i przebywał w mieście Meksyk.
– O czym w nim mowa, Jupe? – zapytał Pete.
– To w starodawnym hiszpańskim i ciężko mi odczytać – wyznał Jupiter kwaśno. – Zdaje mi się, że pisze tylko, że go amerykańscy żołnierze aresztowali i uwięzili w domu nad oceanem. Jest tu coś o odwiedzających i że wszystko i
– O rany, Jupe, przecież był w areszcie. Może użył jakiegoś szyfru, czy czegoś w tym rodzaju – powiedział Pete.
– Tak, może tak być – przyznał Jupiter. – Lepiej poprośmy Pica, żeby nam przetłumaczył list słowo po słowie, a potem…
– Nie wiem, czy to może mieć jakieś znaczenie – przerwał Bob, potrząsając jakimś wojskowym dokumentem. – To jest list napisany przez armię amerykańską do syna don Sebastiana, Josego, po jego powrocie do domu. Rząd Stanów Zjednoczonych wyraża ubolewanie z powodu tragicznej śmierci don Sebastiana w czasie próby ucieczki 15 września 1846 roku. Stwierdza się, że żołnierze nie mieli i