Страница 10 из 27
Rozdział 7. Stara mapa
W niedzielę rano deszcz przeszedł w mżawkę. Diego pożyczył rower i płaszcz nieprzemakalny od Pazów i przyjechał do miasta. Koło południa spotkali się z Jupiterem przed Towarzystwem Historycznym.
– Bob szuka w bibliotece, a Pete’owi tato załatwił zezwolenie na wgląd w mapy w Urzędzie Miejskim – wyjaśnił Jupiter.
– Znajdziemy Zamek Kondora. Czuję to! – powiedział Diego.
Weszli spiesznie do środka. W cichych, wyłożonych książkami pokojach siedzieli przy stołach ludzie, czytając i studiując, dyżurny historyk był zajęty. Skierował jednak chłopców do pokoju map, mówiąc:
– Był tu ktoś jeszcze przejrzeć papiery Alvarów. Wysoki, szczupły chłopiec. Interesowało go, z których dokumentów zrobiłeś odbitki, Jupiterze. Oczywiście nie powiedziałem mu!
– Chudy! – wykrzyknął Jupiter, gdy znaleźli się z Diegiem poza zasięgiem słuchu i
– Ponieważ wie o waszych dotychczasowych sukcesach, boi się, że i dla nas znajdziecie skarb – powiedział Diego.
– Mam nadzieję, że znajdziemy. Ale nie mamy dużo czasu.
Chłopcy byli sami w pokoju map. Odszukali niemal pięćdziesiąt map z okresu około roku 1846, niektóre całego stanu, i
– To jest mapa samego rancza Alvarów – powiedział Jupiter.
– Popatrz, jakie wtedy było duże – zauważył Diego ze smutkiem.
– Ale Zamku Kondora nie ma.
– I to już wszystkie mapy z czasów don Sebastiana.
– W porządku, przejrzymy każdą mapę Rocky Beach, niezależnie od czasów, z jakich pochodzi – Jupiter nie dawał za wygraną.
Było niewiele współczesnych map i tylko kilka sprzed 1840 roku. Na żadnej z nich nie zaznaczono Zamku Kondora. Nie pozostawało im nic i
– Może Bob albo Pete coś znajdą – powiedział Jupiter z nadzieją.
Poprowadził Diega do Kwatery głównym wejściem, czyli przez wielką rurę, biegnącą pod olbrzymią stertą złomu, aż pod klapę w podłodze przyczepy kempingowej.
– Nazywamy to Tunelem Drugim – wyjaśnił, gdy czołgali się z Diegiem przez rurę. – Mamy także i
– Rany! – wykrzyknął Diego z podziwem, gdy wgramolił się do przyczepy. Obejrzał wszystko uważnie: biurko, telefon, maszynę do pisania, akta, urządzenia elektroniczne, ciemnię, klatki dla ptaków, gipsowe statuetki i wszystkie i
– To wspaniałe!
– Myślę, że jesteśmy odpowiednio wyekwipowani – powiedział Jupiter z małą przechwałką. – Wszystko to sami zebraliśmy lub zmajstrowaliśmy.
– Nic dziwnego, że z taką łatwością wyświetlacie zawiłe tajemnice!
– Nie zawsze z łatwością. Sam widzisz, jak trudno nam rozwiązać zagadkę miecza Cortesa – powiedział Jupiter zasępiony.
– Pewnie Bob albo Pete coś znajdą – pocieszył go Diego.
Czekali niecierpliwie, a Diego krążył po wnętrzu Kwatery, oglądając dokładnie każdą rzecz. Nie mógł wyjrzeć na zewnątrz, ponieważ małe okna były zawalone złomem, skrywającym przyczepę. Jupiter siedział ze zmarszczonym czołem, a wyraz jego okrągłej twarzy niewiele się różnił od ponurego popiersia Alfreda Hitchcocka, stojącego za nim na szafce. Wreszcie klapa w podłodze podniosła się i wszedł Bob.
– Nic! – oświadczył odpowiedzialny za dokumentację i analizy i opadł na krzesło, z równie jak Jupiter posępną miną. – W bibliotece przejrzałem każdą książkę o tym rejonie.
Gdy wreszcie Pete wychynął spod klapy, pozostałym wystarczyło jedynie spojrzeć na wyraz jego twarzy.
– Jeśli “Zamek Kondora” w ogóle coś znaczy, to tylko don Sebastian i Jose wiedzieli co – powiedział.
– Jesteśmy w ślepym zaułku – podsumował Bob.
Diego był bliski łez.
– Nie rezygnujcie, chłopcy! My…
Pete wyprostował się czujnie.
– Ciii! Słuchajcie!
Przez dłuższy czas było cicho. Potem usłyszeli wszyscy – niewyraźny grzechot metalu na zewnątrz. Dobiegł ponownie z i
– Ciii – szepnął Jupiter, kładąc palec na ustach.
Grzechot dochodził teraz z jeszcze i
– Ktoś tam grzebie w złomie – powiedział Bob. – Ktoś, kto domyśla się, że tu jesteśmy.
– Czy ktoś szedł za którymś z was? – zapytał Jupiter.
– Za mną nie – szepnął Bob.
– Ja… ja nie jestem pewien. Spieszyłem się i nie sprawdziłem – powiedział Pete.
Rozgrzebywanie i opukiwanie stert złomu trwało jeszcze parę minut. Później zaległa cisza.
– Zobacz, Bob – szepnął Jupiter.
Bob podszedł cicho do wszystkowidzącego, domowej roboty peryskopu, który wystawał nad dachem przyczepy. Z zewnątrz wyglądał jak zwykły kawał starej rury, sterczącej ze sterty złomu. Bob popatrzył przez okular.
– Idzie przez plac – powiedział. – To ten rządca Cody! Wciąż się rozgląda. Teraz wychodzi ze składu. Nie ma go, chłopaki!
Bob odszedł od wszystkowidzącego.
– Musiał śledzić jednego z nas. Chciał zobaczyć, co robimy. Jupe, czy sądzisz, że to on podsłuchiwał wczoraj u Emiliana Paza?
– Tak podejrzewam – odpowiedział Jupiter w zamyśleniu. – Chudy i ten Cody zdają się bardzo interesować naszymi poczynaniami. Ciekaw jestem, czy mają jakiś i
– Może wiedzą coś o mieczu i chcą go sami znaleźć! – wykrzyknął Diego.
– To możliwe.
– Jeśli wiedzą coś, to jest to już więcej, niż my wiemy – powiedział Pete.
Jupiter kiwnął głową ze smutkiem.
– Byłem pewien, że znajdziemy starą mapę, z której dowiemy się, co to jest Zamek Kondora.
– Może potrzebna nam stara indiańska mapa i stary Indianin do odcyfrowania jej – zaśmiał się Pete.
– Szalenie zabawne – burknął Bob. – Żarty nie pomogą nam…
– Pete! – wykrzyknął Jupiter. – Myślę, że trafiłeś w sedno!
– O rany, to był tylko taki dowcip. Nie musisz…
– Nie – przerwał mu Jupiter – ja to mówię serio! To może być wyjście! Oczywiście, ale byłem głupi!
– Jakie wyjście? – Pete wciąż nie pojmował.
– Prawdziwie stara mapa! Gdyby don Sebastian użył nazwy, którą każdy w 1846 roku mógł znaleźć na mapie, Amerykanie wpadliby na to! Wiedział, że przeczytają list, umieścił więc nazwę z mapy tak starej i unikalnej, że tylko on i Jose mogli do niej dotrzeć. Nawet nie pomyślałem, żeby poprosić historyka o naprawdę stare mapy, które są zbyt ce
Przeczołgali się na łeb, na szyję przez Tunel Drugi. Na jego końcu sprawdzili uważnie, czy nie obserwuje ich Cody ani ktokolwiek i
Gdy wyjeżdżali ze składu, z drugiej strony ulicy zagrzmiało wołanie:
– Jupiter!
Na progu domu Jonesów stała ciocia Matylda, mocno rozgniewana.
– Gdzieżeś to był, łobuzie! Zapomniałeś o przyjęciu urodzinowym dziadka Mateusza? Za piętnaście minut musimy wyjść! Chodź tutaj i przebierz się w porządne ubranie! Z kolegami zobaczysz się i
– Och, nie! – jęknął Jupiter. – Zapomniałem! Dziś są osiemdziesiąte urodziny dziadka. Rodzina urządza przyjęcie na jego cześć na drugim końcu Los Angeles. Nie mogę się od tego wykręcić i na pewno wrócimy późno. Musicie popracować beze mnie.
– Jupiter! – w głosie cioci Matyldy pobrzmiewało groźne ostrzeżenie.
Jupiter pomachał smutno ręką na pożegnanie i przeszedł na drugą stronę ulicy.
– Co teraz? – spytał Pete.
– Idziemy do Towarzystwa Historycznego, oczywiście – odpowiedział Bob, przejmując dowodzenie.
Po minucie zapomnieli już zupełnie o Jupiterze, podnieceni nową perspektywą.
Dyżurny historyk zamyślił się na chwilę po wysłuchaniu ich prośby.
– Prawdziwie stara mapa? Tak, mamy jedną w naszej kolekcji unikalnych dokumentów. Jedna z najwcześniejszych, z 1790 roku. Jest tak delikatna, że rzadko przynosimy ją tu, do światła, i pokazujemy.