Страница 21 из 24
Obszar, w jakim teraz się znajdowaliśmy, nazwaliśmy Lasem Cudów. Według nas, w pełni zasługiwał na to miano. Powoli rozmowy rwały się i cichły. Tym wyraźniejsze były odgłosy nocnego życia mojego niezwykłego pokoju. Meble rozmawiały ze sobą skrzypem drzwi i szuflad, potrzaskiwaniem zmęczonego drewna, westchnieniami zalegających ich wnętrza pożółkłych stosów papierzysk, szelestem ubrań, powiewaniem wypełzłych piór na kapeluszach, wojowniczym szczękiem broni, grzechotem fiszbinów w sznurowanych gorsetach, jękiem strun zbutwiałych klawikordów.
Noc była pełna szumu i rozgardiaszu. Zdawało się, że meble mówią o nas, oburzają się za krzyki, gonitwy, hałasy, za maltretowanie ich naszą sztubacką ciekawością, co wypruwała im wnętrza, wyłamywała zamki i zawiasy, za niecierpliwość, z jaką rozdzieraliśmy zagradzające nam drogę zasłony i materie, za razy i kopniaki, jakie wymierzaliśmy im w barbarzyńskim zacietrzewieniu. Nadszedł wreszcie czas ich odwetu. Na naszych oczach komody, stojące do tej pory spokojnie na swych Lwich łapach, zamieniały się w ogromne, tajemnicze i groźne sfinksy; mosiężne klamki w kształcie gryfów wyciągały po nas swe drapieżne, ostre dzioby, porcelanowe i kryształowe naczynia pobrzękiwały niczym janczary czających się hord tatarskich. Słychać było wycia dziwożon – gargantuiczne ryki starych rur i zaworów. Dopiero światło wstającego dnia obudziwszy nas przegnało nocne duchy. Zapominając o dręczących nas zmorach zjedliśmy z zapałem i apetytem śniadanie, a po zwinięciu obozu ruszyliśmy przed siebie. Krajobraz zmieniał się powoli, lecz dostrzegalnie. Można powiedzieć, że starzał się na naszych oczach. Sprzęty ze starych, lecz wykwintnych, przeistaczały się w mocne, ale zgrzebne i surowe. Coraz więcej prostych ław zagradzało nam drogę. Na podłodze walały się drewniane łyżki i talerze przemieszane z cynowymi kubkami, srebrnymi pucharami. Co i rusz można było znaleźć róg myśliwski, rząd koński gwizdek do psów zwoływania, nie dopaloną pochodnię. Marmury z podłogi przeobraziły się w drewniane dyle, niczym w mostach jakichś, co krok to święty obraz, to zapomniana ikona z wydłużonym do niemożliwości ascetycznym obliczem. Brzęczały potrącane stalowe nagole
Grozą baśniową powiało i tylko patrzeć, jak chatkę na kurzej nóżce spotkamy. A tu nowe widoki: stosy pergaminów, niby akt jurysdycznych, a kleksów w nich jak maku, skóry wołowe i ząb jakiś przeogromny, jakby ze smoczej wyjęty paszczy, a z pamięci wypływają dawno nie używane słowa, zakurzone jak wszystko tutaj, więc puklerz i pawęż, postaw sukna, snycerz, stal damasceńska, inkaust, klepsydra.
Już nie rozdokazywani idziemy, nie rozbiegamy się hurmą, nie pohukujemy na siebie zza sprzętów i obić, tylko w mrocznym milczeniu postępujemy. Myślimy nawet inaczej. To ta noc, te mebli rozmowy, ten muzealny zaduch, kurz, pajęczyny – chociaż gdzie te pająki? – nie wiadomo. Więc idziemy dalej, choć dziwno i straszno. Zegarki nawet z rąk pozdejmowaliśmy i dyskretnie po kieszeniach poczęliśmy upychać, zawstydziliśmy się konserw, kocherów, dmuchanych materaców, a najbardziej – rakiet do tenisa. Od czasu do czasu ktoś dla żartu w róg zadął, lecz gdy dźwięk przebrzmiał, robiło się jeszcze puściej i smutniej niż drzewiej. Jakaś nas niemoc naszła, niechciejstwo kosmiczne, że aby siąść i nic nie robić! Ale spocząć też niedobrze, bo otoczenie nie nastraja ku temu. Jakieś machiny zęby na nas szczerzą, koła, łańcuchy, pręgierze, rzymskie krzesła, dyby – toż to kazamaty jakieś przeklęte, katownia, a podłoga w niej kamie
A w skrzyniach proch i strzępy, co dawniej ubraniami były. Czasami błyska jakaś ozdoba złota: to kolczyk, to pierścień, zausznica, puzderko jakieś maciupcie i figlarne, cekiny, które choć tylko ozdabiać miały, to cały strój przetrwały; kądziel obok stoi, lecz zamiast przędzy tylko nić pajęcza na niej.
Zagalopowaliśmy się tak, że dopiero ciemność nas otrzeźwiła i w migotliwym świetle latarek przychodzić do siebie z wolna zaczęliśmy. Dziwny nastrój, w jakim cały dzień przepędziliśmy, począł z nas parować, ulatniać się. Już i chichot nieśmiały było słychać, ktoś huknął jak puchacz, i
Noc była cichsza niż poprzednia, za to bardziej mroczna i groźna. Wypełniona gromadami wojów wąsatych i mocarnych, Saracenów, Osmanów skośnookich, arkany śmigały w powietrzu, a bokiem wojska szły milczące, zakapturzone, z krzyżami czarnymi na płaszczach, duchowni je błogosławili – znać, że do Jerozolimy szły o Święty Grób bój toczyć. Dalej jacyś męcze
Nie tylko mnie, widać, zmory se
W dali majaczyło coś na kształt pieczar, grot i jaskiń z czarnymi plackami dawno wypalonych ognisk, i malowidła na ścianach, i maczugi krzemieniem nabijane, a ciężkie i twarde jak ze stali. Przestraszyliśmy się wtedy, dokąd to jeszcze nas może mój pokój zaprowadzić – i bez słowa zawróciliśmy. Czego do dziś żałuję.