Страница 6 из 23
– To nie pa
– Oczywiście. Beefy, czy mógłbyś zaaranżować spotkanie z pa
– Nie zgodzi się. Nie widuje się z nikim. Warunki umowy uzgadnia Marvin Gray.
– Porozmawiaj więc z Grayem – napierał Jupe. – Musiał czytać rękopis.
Beefy jęknął.
– Ale ja nie chcę rozmawiać z Grayem. Będzie się dopominał o zaliczkę, a ja nie mogę mu jej dać, póki nie przeczytam tekstu. Jak się dowie, że go nie mam, dostanie ataku serca!
– Więc mu tego nie mów. Powiedz, że w razie publikacji mogą wyniknąć pewne problemy prawne i że twój adwokat musi się co do tego upewnić, nim wypłacisz zaliczkę. Zapytaj go, czy pa
– Nie mogę tego zrobić – powiedział Beefy. – Na pewno zawalę sprawę. Gray od razu się domyśli, że coś jest nie w porządku.
– Weź ze sobą Jupe'a – zaproponował Pete. – Jest mistrzem w wyciąganiu informacji z ludzi. Nawet nie wiedzą, kiedy mu ich udzielają.
Beefy popatrzył na Jupitera.
– Potrafisz to zrobić?
– Zazwyczaj mi się udaje.
– Świetnie – Beefy wyjął z kieszeni notesik i podszedł do telefonu.
– Nie dzwonisz chyba do Marvina Graya? – zapytał go wuj.
– Oczywiście, że dzwonię. Jupe i ja zamierzamy się z nim zobaczyć dzisiejszego popołudnia.
Rozdział 5. Lasek, w którym straszy
– Worthington powiedział mi, że działacie zespołowo – mówił Beefy Tremayne, gdy jechali z Jupe'em na północ autostradą Nadbrzeżną. – Bob jest podobno dobry w zbieraniu odpowiednich materiałów; Pete jest siłaczem, a ty jesteś mistrzem w wyszukiwaniu poszlak i odgadywaniu ich znaczenia. Mówił też, że jesteś kopalnią wszelkich informacji.
– Lubię czytać i na szczęście pamiętam większość tego, co przeczytałem – odparł Jupiter.
– To bardzo dobrze. Trudno o bardziej przydatne zdolności.
Samochód zwolnił i tuż za nadmorską miejscowością Malibu zjechali na boczną szosę. Beefy milczał, gdy samochód pokonywał kolejne wzgórza. Po pięciu minutach skręcili z wijącej się górskiej szosy na wąską, żwirowaną drogę. Niecały kilometr dalej wóz zatrzymał się przed wiejską bramą. Napis na niej głosił, że przybyli na ranczo Półksiężyc.
– Nie wiem, czego właściwie oczekiwałem, ale zapewne nie tego – powiedział Beefy.
– Rzeczywiście wygląda bardzo pospolicie – zgodził się Jupe. – Można się było spodziewać, że stroniąca od świata sły
Wysiadł z samochodu i przytrzymał skrzydło bramy, żeby auto mogło wjechać do środka. Wsiadł z powrotem i ruszyli drogą dojazdową, biegnącą wśród gaju cytrynowego.
– Dziwne, że kiedy Gray przyniósł wczoraj rękopis, nie wspomniał nic o sprzedaży filmów pa
– Bardzo dziwne – przyznał Beefy. – To ma duży wpływ na możliwości sprzedaży książki.
– Czy to Gray wybrał twoje wydawnictwo?
– Nie jestem pewien. Zatelefonował jakieś sześć tygodni temu i powiedział, że pa
Samochód wyjechał z gaju cytrynowego i ich oczom ukazał się biały, drewniany dom wiejski. Był duży i prosty, weranda rozciągała się wzdłuż frontowej ściany. Na stopniach werandy stał Marvin Gray, mrużąc oczy w słońcu.
– Dzień dobry – powiedział, gdy Beefy wysiadł z samochodu. – Zobaczyłem tuman kurzu, który się wzbijał za autem, kiedy pan przejeżdżał przez gaj.
Na widok Jupe'a zmarszczył lekko brwi.
– A to kto? – zapytał.
– Mój kuzyn, Jupiter Jones – Beefy poczerwieniał, recytując przygotowane wyjaśnienie. Wyraźnie nie przywykł kłamać nawet w najdrobniejszych sprawach. – Widział go pan wczoraj. Odbywa praktykę w wydawnictwie. A także uczęszcza na szkolny kurs historii kina. Sądziłem, że nie będzie miał pan nic przeciwko temu, żeby zobaczył dom Madeline Bainbridge.
– Oczywiście, że nie, ale dziwię się, że przyjechał pan tutaj dzisiaj, nazajutrz po pożarze. Sądziłem, że ma pan ważniejsze sprawy na głowie.
– Gdybym nie przyjechał tutaj, siedziałbym w domu, bolejąc nad moim spalonym wydawnictwem.
Gray skinął głową. Odwrócił się i wszedł na werandę. Następnie zamiast wprowadzić swych gości do domu, usiadł na jednym ze stojących na werandzie wiklinowych foteli i wskazał im pozostałe.
Beefy zajął miejsce.
– Proszę pana, obawiam się, że nastąpi pewna zwłoka w dostarczeniu panu czeku z zaliczką. Przejrzałem wspomnienia pa
– Adresy nie wchodzą w grę – odparł Gray. – Pa
– Więc może pan wie, jak możemy się skontaktować z niektórymi osobami? – zapytał Beefy znękanym głosem. – Jestem pewien, że czytał pan ten tekst, więc…
– Nie, nie czytałem – przerwał Gray – pa
– Może będzie mogła nam dopomóc sekretarka pa
– Klara Adams? – zdziwił się Gray. – Ona się stąd nie oddala od lat.
Beefy zdawał się przyciśnięty do muru, więc Jupe pospieszył z odsieczą. Rozejrzał się wokół i zapytał:
– Czy nie dostąpimy zaszczytu poznania pa
– Pa
– Przepraszam – Jupe wciąż rozglądał się z zaciekawieniem. – Prawdziwy odludek z pa
– Prowadzimy bardzo proste życie. Nie potrzebujemy służących.
– Widziałem pana rano w telewizji. Czy to prawda, że pa
– Prawda. Ja oglądam i przekazuję jej wiadomości, które uważam za ważne dla niej.
– Ach, więc tak wygląda jej samotne życie! Czy nie widuje absolutnie nikogo? A pan? To znaczy, czy nie męczy pana stałe przebywanie tutaj? A Klara Adams? Czy jej to nie męczy?
– Nie sądzę. Dobrze się czuję we własnym towarzystwie, a Klara Adams jest całkowicie oddana pa
Jupiter odwrócił się do Beefy'ego.
– Widzisz? Nie masz powodu się martwić.
Gray również spojrzał na Beefy'ego pytająco.
– A o co pan się martwił?
– Och, to nic poważnego. Kiedy tu jechaliśmy, Beefy mówił, że się trochę denerwuje – odpowiedział Jupe. – Pomyślał, że jeśliby ktoś się dowiedział, gdzie jest rękopis, mógłby go ukraść i żądać okupu. Gdyby pan komuś powiedział…