Страница 13 из 21
– Co to? – zezłościł się, wymiatając resztki trawy z uszu. Gadający grobowiec? Film z czasów, gdy powstawały pierwsze horrory w rodzaju doktora Mabuse? – Opanował się i przykucnął, przykładając ucho do szpary. – Gadają? Czy to nieboszczycy? – poczuł podmuch zimna. Z grobowca wiało. Nie tylko grozą. Wstał i cichutko, na czworakach, obszedł budowlę ze wszystkich stron. Od frontu, na czarnej wypolerowanej płycie widniał złoty, zatarty napis: grobowiec rodziny Whitehouse’ów. I data: 1902 rok. Żelazna krata przylegała ciasno. Nie dała się odsunąć. Ale, co zauważył, gdy tylko dłonią dotknął prętów – głosy umilkły. Ucichł także wentylator. Wokół zapanowała doprawdy grobowa cisza. Jeśli nie liczyć cichych kroków w alejce. Bob błyskawicznie odskoczył w gęste krzaki. Poczuł zapach gorzkich ziół łaskoczących mu usta i kark. Zatkał palcami nos, żeby nie kichnąć. Bał się wysunąć głowę. Drżącymi palcami ustawiał ostrość w lornetce. Kroki zbliżały się. Zza gipsowej figury ze złotą niegdyś lirą, z której zostały tylko dwie nogi i fałda szaty, wyszedł młody, wybrylantowany mężczyzna podobny do Ala Capone’a z czasów prohibicji.
– Roberto Montalban! -zaszemrał Bob, czując ciarki przebiegające mu po grzbiecie. – Co on tu robi? Czyżby szykował się czyjś pogrzeb? Najpierw Juanita, a teraz Roberto?
Mężczyzna wyjął przedmiot przypominający telefon komórkowy. Wcisnął kilka guzików, odczekał i powiedział w pustą przestrzeń.
– Montalban.
Zgrzytnęła krata. A raczej, mówiąc dokładniej, zaszemrała. Przesunęła się o dwa metry, odsłaniając wejście.
– Hasło? – zabrzmiał głuchy głos niczym ze środka trumny.
– Baretta.
Krata, tym razem bezszelestnie, zajęła pierwotne miejsce. Jakby nikt nie wszedł do tajemniczej szkockiej warowni, gdzie składowano zacne zwłoki ludzi z rodu Whitehouse’ów. Od stu lat!
Bob wyjął z kieszonki zieloną kredę i wyrysował wyraźną koniczynkę oraz znak +. Plus oznaczał obiekt końcowy. Ten poszukiwany. I znaleziony. Gdy się podnosił, poczuł na plecach złowróżbne dotknięcie. Takie, jakie czują ofiary, gdy im się przytknie lufę pistoletu. To BYŁ pistolet. Padając, poczuł silną woń macierzanki i piołunu.
Crenshaw tkwił już od godziny przed hotelem “Grazia Piena”. Signora Pergola wystawiała twarz i grube, opuchnięte stopy na ostatnie promienie październikowego słońca. Jej małe, wyplatane krzesełko skrzypiało przy każdym ruchu. Ulicą z rzadka przejeżdżały samochody, pędzili mali chłopcy na rolkach, a dwie dziewczyny o pięknych oczach tęsknie oglądały się za młodzieńcami. Było pustawo, nudno i potwornie duszno. Pete wściekał się w duchu na zadanie, które sam sobie wymyślił.
– Niech się coś dzieje! – szeptał, drepcząc tam i z powrotem po skwerku. – Zwariuję tu!
Autobus o brudnych, zabazgranych oknach zatrzymał się na wprost hotelu. Siedzący za kierownicą człowiek wrzasnął w kierunku pani Grazielli.
– Presto! Pardone!
Pete przystanął. Nie zrozumiał okrzyków, ale coś w wyglądzie autobusu go uderzyło. Te okna z zamalowanymi szybami. Niby nic. Zwykłe graffiti z biednej dzielnicy, reklama mydła w płynie i naga, biała dziewczyna pod palmą. Rysunki dość paskudne, w niewybrednym kolorze. I nikt nie wysiadał.
Crenshaw postanowił przyjrzeć się zjawisku z bliska. Zdążył akurat, gdy z holu hotelowego wyjrzał signor Vincenzo Pergola. Grubas skinął kierowcy. A potem zaczął się ruch. Otwarto jedno wyjście, ale Pete’owi nikogo nie udało się dostrzec. Obsługa z hotelu rozpostarła w poprzek chodnika coś na kształt parawanów. Co wynoszono lub kto wysiadał, pozostało tajemnicą. Ludzie uwijali się, stary milcząco oblizywał wargi, a pani Graziella nerwowo biegała z prawa na lewo. I z powrotem. Pete żałował, że oddał lornetkę Bobowi. Nie pozostało mu nic i
– O, do diabła! – zaklął Pete, kryjąc się za pniem akacji. – Przyszedł tu, by śledzić poczynania rodziny Pergola, czy też… by coś sobie przypomnieć?
Mortimer potarł czoło, robiąc w tył zwrot. I wtedy przy krawężniku zatrzymał się samochód. Wyskoczyło z niego dwóch mężczyzn i siłą wciągnęło go do środka. Zanim Pete przeskoczył jezdnię, zielone auto odjechało.
Trzy, dwa, litera “T” i “A” – notował Pete na świstku wyjętym z kieszeni. Bob musi sprawdzić w rejestrze wozów. Po raz pierwszy pożałował, że nie ma telefonu komórkowego. Piekielna elektronika! Zawsze jej nienawidził! Tych wszystkich komputerów, dysków, portali i Internetu! Ale brak telefonu… Spojrzał w prawo. Nic. W lewo. Też nic. Żadnej budki, żadnego publicznego aparatu. Z hotelu? – pomyślał. – Nie! Rozpoznają go! Jeszcze raz zerknął na stojący autobus, który właśnie ruszał. Zjeżdżał w dół, mijając czerwone bugatti z lat trzydziestych. Pete zapatrzył się na sportową sylwetkę wozu. Jeden z tych egzemplarzy, który powinien stać w muzeum, a nie jeździć po wybojach nędznej dzielnicy. Nawet nie zauważył, że za czerwonym czai się… stary ford Jupitera.
– Pete!
Crenshaw obudził się. Dopadł otwartych drzwiczek.
– Jupe? Co tu robisz?
– Tropię. Łysego w czerwonym bugatti. Dał mi nieźle popalić! Mój staruszek nie ma tylu koni mechanicznych. Bob zadzwonił do Kwatery Głównej, że w Palermo Travel został Solo Catalucci. Postanowiłem śledzić faceta. Ale przyjechał do naszego hotelu.
– Tu się coś działo – Pete w skrócie zrelacjonował historię dziwnego autokaru i zachowanie ludzi. – Wyglądali, jakby coś wynosili w ukryciu.
– Przemyt broni? – zastanowił się Jupiter. – Bez sensu. Robiliby to raczej nocą…
– Nocą policja jest bardziej wyczulona. Jedźmy stąd, Jupe. Zapomniałem ci powiedzieć, że porwano pana myszka! Widziałem to na własne oczy!
Jupiter pokręcił głową.
– Mam dwie teorie: myszek zadarł z Włochami z hotelu albo z mordercą Clarissy Montez. I dzie
W Kwaterze Głównej nie zastali Boba.
– Gdzie on się włóczy? – zdziwił się Pete. – Tyle rzeczy trzeba sprawdzić w komputerze. Choćby numer zielonego samochodu! Ja nie potrafię się włamać do systemu służb miejskich. A ty?
Jupiter ogryzał kurze udko.
– Zwariowałeś? Tylko Andrews to umie. Ale spójrz! Znów poczta do ciebie. Sprawdzę.
Zbliżył twarz do ekranu i zgłupiał. Pete też oddychał przez nos, jakby nagle złapał katar stulecia.
– Widzisz to samo, co ja?
Pete z rozmachem usiadł na podłodze. Nie wierzył własnym oczom.
“Mamy waszego człowieka, jeśli nie przestaniecie wścibiać nosa w nie swoje sprawy, zginie!”
Jupiter nerwowo oblizywał wargi. Udko wypadło mu z ręki i spadło pod krzesło. Nawet się nie schylił.
– Mają Boba. Kto?
– Ci z hotelu. Na pewno nie Mortimer, bo jego też porwano.
Jupiter Jones próbował odzyskać zimną krew. Teraz to już mu wleźli na najczulszy odcisk. A Pierwszy Detektyw nie da sobie dmuchać w kaszę. Nigdy! Złość sprawiła, że pięści same się zacisnęły.
– Chcecie wojny? – wrzasnął strasznym głosem. – To ją będziecie mieli!
Pete zerwał się na równe nogi.
– Jupe, ja z tobą! Jeśli coś się stanie Bobowi, rozwalę całą włoską mafię! A dzielnicę zrównam z ziemią i przekopię! Jak mi Bóg miły!
Ale Bóg nie zawsze miesza się do ziemskich spraw, toteż po długiej naradzie postanowili zawiadomić Mata Wilsona.
Niestety. Posterunek był pusty. W gabinecie “szeryfa” stała szklanka po piwie i dwie popielniczki pełne petów. W pokoju Lawsona spał kundel zwany przez policjantów Kapralem. Rozszczekał się na widok chłopców.
– Do diabła! Jak potrzeba, to ich nie ma! – syknął Jupiter, z hukiem zatrzaskując drzwi. Stał w korytarzu pomalowanym olejną farbą w kolorze duszonej wołowiny i gorączkowo myślał.