Страница 8 из 59
– To gwałt! – znowu wrzasnął Grek.
– Piękny mi gwałt, skoro pan o nim mówi przy szklance whisky! – zaśmiał się sztorman,
pykając fajkę.
Nilsen, oparłszy na stole potężne ramiona, trząsł się ze śmiechu. W tej chwili zahuczała maszyna „Witezia". Statek drgnął i dygocąc, nabierał coraz większego rozpędu. Z pokładu doniosła się komenda bosmana:
– Strychuj żagle! Zapalić sygnały! Westa na wodę! Pełny bieg!
– Płyniemy jak się należy! – wrzasnął kapitan.
– I ja… płynę… – jęknął Grek.
– Pan odbędzie przyjemną podróż w miłym towarzystwie – uspokoił go Pitt. – Ludzie pana powiadomią jutro firmę „Pireus", że pan postanowił osobiście doprowadzić ładunek do miejsca przeznaczenia. Zabierze to panu jakieś dziesięć dni… Po prostu – sielankowa wycieczka!
Grek błyskał na sztormana złymi oczami, lecz milczał. Kapitan zataczał się ze śmiechu i pił szklankę po szklance whisky.
O czwartej z rana wypadła waruga Pitta. Gdy stanął na mostku, zjawił się przy nim Nilsen.
– Sam będę uczył was, mister Siwir! – rzekł.
– Doskonale! – rzekł Pitt. – Dziękuję, bo dobra to będzie szkoła dla mnie. Ale chciałem powiedzieć kapitanowi, że to, co zrobiłem, nie jest zupełnie… po dżentelmeńsku. Chciałem tylko pokazać wam, co mogę i co umiem. Nie chcę więcej robić transakcyj z towarami, do których nie warto dopuszczać urzędników celnych!
– No, no! – rzekł pojednawczym głosem Nilsen. – Jakoś tam będzie!
– Więcej tego nie będzie nigdy, mój kapitanie! – zawołał Pitt. – Nie chcę tego ani dla siebie, ani dla was, ani dla „Witezia".
– Cóż ja wtedy będę robił? – zamruczał kapitan i groźnie podniósł głowę. – Pszenicę woził luzem, holował krypy w portach?
– Co macie w projekcie po tej rucie? – zapytał sztorman. Nilsen zawahał się przez chwilę, lecz odpowiedział:
– Popłyniemy na północ, do Oceanu Lodowatego. Powieziemy tam alkohol dla dzikich rybaków i zmienimy go na kość morsów, fiszbin, mrożone jesiotry, które sprzedamy w portach norweskich.
– Dobrze, pomyślę o tym! – rzekł Pitt, patrząc na kompas i kręcąc sztorwał, aby nadać „Witeziowi" wskazany przez kapitana kierunek.
, Wkrótce kapitan poszedł na dek, aby się przekonać, czy ułożone w rumie skrzynie z bronią dobrze przykryto towarami, leżącymi przedtem na rufie.
O dziesiątej rano na mostku kapitańskim stanął Otto Lowe i dźwięcznym głosem rzekł:
– Wydzwonię sygnał trzeciej warugi. To moja zmiana, sztormanie!
Pitt przyjrzał mu się uważnie. Był to młody człowiek, wysoki, wiotki, o małych rękach i dużych, spokojnych oczach. Delikatny zarys ust i brak śladów zarostu nadawały mu wygląd kobiety. Jednak miał opaloną na brąz skórę, a muskularne ręce i nogi zdradzały niepospolitą siłę.
Pitt pokazał mu kierunek ruty i odszedł.
Gdy schodził z mostku, spostrzegł majtka. Udo Ikonena, ukrytego za zwojem lin i stosem beczek. Z ciekawością wyciągał szyję, przypatrywał się temu, co się dzieje na mostku, i obracając głowę ostrożnie, podsłuchiwał.
Spostrzegłszy sztormana, udał obojętnego i zaczął nabijać fajkę tytoniem, gwiżdżąc jakąś piosenkę.
NA MORZU
Śródziemne Morze było spokojne i „Witeź" szybko zdążał do Gibraltaru. Warugi zmieniały się jedna po drugiej. Biły sygnały na zmianę ludzi na mostku kapitańskim. Nic nadzwyczajnego nie wrywało się do codzie
Żeby czeladź okrętowa nie wychodziła z wprawy, kapitan wydawał rozkazy szorowania pokładu, suszenia i zwijania na nowo żagli, malowania burty szonera i jego masztów.
Sam pracował na równi z i
Od Olafa Nilsena uczył się i
Toteż w kapitance, czyli małej oszklonej izdebce na mostku, nowy sztorman stara
To nie przeszkadzało mu wraz z i
Jednak Pitt był niezadowolony, gdyż wiatr się nie zrywał, żegluga była łatwa – i już prawie wszystko umiał, co było niezbędne dla służby na statku płynącym przy dobrej, cichej pogodzie.
– Kapitanie! – poskarżył się nareszcie Nilsenowi. – Gdy tak będzie zawsze, pozostanę na wieki ciurą! Przy takim morzu nawet niemowlęta nie wypuszczając smoczka z ust mogą być marynarzami.
Kapitan uśmiechnął się.
– Byliście ciurą jak się widzi – powiedział – lecz teraz, mister Siwir, już zaawansowaliście. Jesteście frycem – marynarzem, który wszystko umie… na lądzie.
– Piękny mi awans! – oburzył się Pitt. – Zresztą nawet na taki awans nie zasłużyłem, gdyż dotąd zielonego pojęcia nie mam o takielunku żaglowym. Co robić, kapitanie? Poradźcie!
– Będziecie, sztormanie, mieć jeszcze powyżej głowy wiatru, szturmów, wielkich- wałów, co niosą na sobie białe gęsie, żagli i i
– Niech tak będzie, gdy się już nauczę sam prowadzić „Witezia" i oddawać komendy i
Pitt wypowiedział te słowa z tak szczerą rozpaczą, że Olaf Nilsen parsknął głośnym śmiechem.
– Ognisty z was marynarz, mister Siwir! – zawołał.
– A jakże inaczej? – odparł Pitt. – Zechciejcie mnie zrozumieć, kapitanie, że czuję się niewymownie głupio. Noszę tytuł sztormana, a żadnego sztormu na oczy nie widziałem.
Pech!
– Płyniecie dopiero czwartą dobę! – pocieszał go Nilsen. – Zdążycie wszystkiego spróbować. Morze na te przyjemności i rozrywki nie jest skąpe dla nas – marynarzy.
Poza służbą Pitt Hardful dużo myślał o swoim życiu.
Szedł zwykle na sam koniec dziobu i oparłszy się o burtę, patrzył, jak „Witeź", pchany naprzód potężnymi uderzeniami śruby, ciął i płatał powierzchnię morza, odrzucając na obydwie strony wysokie, mieniące się w słońcu tysiącami błysków, a w nocy fosforycznymi zielonymi ognikami wodne skiby, z pluskiem i łoskotem rozpryskujące się na miliony bryzgów i ple
Pittowi zdawało się, że to morze w szalonym pędzie mknie na ostry, stalowy dziób „Witezia", a nie mogąc go skruszyć, rozstępuje się przed nim, szczerzy białe kły i biegnie dalej. Mimo woli obraz ten wywoływał porównanie. „Witeź" stawał się wielkim, potężnym pługiem, odwalającym na nieobjętej okiem ruchomej roli skibę po skibie, a one znów się łączyły z sobą, tworzyły macierzystą glebę niby nigdy nie ruszoną ostrym lemieszem.
To życie ludzkie! – myślał Pitt Hardful. – Każdy z nas tnie jego powierzchnię i odrzuca mniejsze lub większe skiby. Całe ludy czynią to samo, ryjąc i burząc olbrzymie połacie. Lecz zorana powierzchnia z biegiem wieków wyrówna się sama, zatrze ślady orki i siewu, zniesie i ukryje pod nasypami piasku i ziemi najwyższe, najdumniejsze gmachy i niby płachtą przysłoni wszystko zielskiem i drobnymi zaroślami, które z czasem mogą się zmienić w gęste, dziewicze lasy…