Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 59

Słowa te zmusiły Elzę i Nilsena do głębokiego, ciężkiego westchnienia. Dla nich życie zawierało się w czymś i

Był jak pustelnik w górach. Przychodzących do niego ludzi z dolin pocieszał i pouczał, lecz sam pozostawał daleki i obojętny sercem dla trosk i radości ludzkich, gdyż dusza jego wyrwała się z więzów życia, a myśl przebywała tam, dokąd nie dochodzą jęki umęczonych i łkania braci miotających się w rozpaczy.

Pitt był bliski i daleki, prosty i tajemniczy, wyrozumiały dla wszystkich i surowy dla siebie.

Olaf Nilsen rozumiał dobrze, że najstraszliwszy gniew jego nie mógłby mieć większego wpływu na załogę niż jedno słowo Białego Kapitana, wymówione spokojnym, niemal obojętnym głosem.

Pewnego razu odbywający wartę Crew przybiegł do Nilsena i zawołał:

– Cała armia wali na nas!

Istotnie na niskim południowym brzegu czerniło się od tubylców. Jechali całymi rodzinami na lekkich „nartach" ciągnionych przez renifery lub psy, jechali na oklep na pięknych, rogatych północnych jeleniach, szli piechotą z całym swoim dobytkiem.

Po pewnym czasie starszyzna samojedzka była już na pokładzie „Witezia". W biesiadni po obfitym poczęstunku zaczęła się narada z obydwoma kapitanami i poszukiwaczami złota.

Gdy starszyznę odwieziono na brzeg, tubylcy zaczęli urządzać obozowisko. Na znacznej przestrzeni ustawiano długie drągi, tworzące stożkowate szkielety przyszłych czumów -namiotów, szczelnie okrytych reniferowymi skórami. Skóry pokrywały wewnętrzne ściany czumów do połowy i ziemię za wyjątkiem niewielkiej przestrzeni w środku, gdzie leżała gruba blacha lub płaski kamień z płonącym ogniskiem. Nad płomieniem wisiał zakopcony kocioł dla gotowania strawy i przyrządzania herbaty. Ryczały renifery, poszukujące pod śniegiem pokarmu, szczekały i gryzły się psy, walczące o odpadki ryb, płakały niemowlęta i krzyczały uganiające się dokoła dzieci.

Trzystu ludzi mieścił obóz powstający na południowym brzegu Tajmyrskiego Jeziora. Zgromadziły się tu rodziny samojedzkie oraz kilka czumów tubylców Tawga i Tunguzów. Obok skórzanych namiotów z wychodzącym przez ich spiczaste wierzchołki dymem układano stosy futer, worki z kłami morsów i stara

Pitt zacierał ręce z radości.

– Mamy teraz robotnika pod dostatkiem! – mówił do Nilsena. – Damy im towary na kredyt, a za to będą pracowali w kopalni złota. Towary kupimy od nich później, gdy „Witeź" odbędzie latem nową ryzę do Europy.

Tubylcy byli uszczęśliwieni dostawszy potrzebne im przedmioty i zapasy tylko za pracę.

Wiosna się zbliżała. Przemknęły Tajmyrem ostatnie tafle kry i zerwane drzewa; ryby weszły do rzek i potoków, zniknęły białe niedźwiedzie i foki.

O świcie, po zachodzie słońca i przez całą noc zewsząd rozlegały się głuche krzyki, basowe trąbienie lub cienkie dzwonienie.

Wysoko pod obłokami leciały klucze żurawi, falujące w powietrzu niby nici pajęczyny, wyciągnięte w dwa rozchodzące się pod ostrym kątem sznury dzikich gęsi, długie łańcuchy łabędzi i niezliczone gromady kaczek. Ptactwo przybywało na północ, aby w surowym kraju, obfitującym w pokarm, wychować najsilniejsze i najzdrowsze pokolenie.

Przeniknęła prędko krótka wiosna północna, stopniał do reszty śnieżny całun, pobiegły z gór potoki, zazielenił się na nowo mech, okryły się brzozy i wierzby puszystymi młodymi liśćmi, tu i ówdzie dzwonić zaczęły komary i muchy, poszybował nad zieloną tundrą żółty motyl – taki obcy surowemu i smętnemu krajobrazowi.

Pewnego dnia partia ludzi pod dowództwem Pitta Hardfula, Bezimie

Ludzie zatrzymywali się przy każdym potoku i wyschłym łożysku dawnych dopływów Tajmyru, a Puchacz i Bezimie

Nareszcie Puchacz zbliżył się do Pitta i szepnął:

– Kapitanie, złoto jest…

Mówiąc to, pokazał mu drobne odłamki białego i szarego kwarcu z wkropionymi w nim ziarnami i żyłkami metalu, drobne, gładko obtoczone kawałeczki złota – okrągłe, podłużne i powyginane, poskręcane w dziwaczne kształty.

– Znajdziemy dużo, dużo złota! – szepnął tajemniczo Puchacz. – Już blisko jesteśmy od niego. Jeszcze dzień lub dwa i dotrzemy do niego, kapitanie!

– Starajcie się! – powiedział Pitt. – Pamiętajcie, że to złoto potrzebne jest wszystkim nam nie dla używania i bezczy

– Będziemy się starali! – odpowiedział Bezimie

Znowu zaczęły się szperania w łożyskach rzek, w wąskich dolinach biegnących od spadków gór, kopanie studni, wiercenie ziemi, przemywanie piasku i ziemi…

Puchacz i Bezimie

Partia poszukiwaczy złota posuwała się w stronę grzbietu Mgoa-Moa, aż doszła do pierwszych jego uskoków i tu na rozkaz Pittą założyła obóz.

Wszyscy kopnęli się do pracy, brakowało tylko Puchacza i Bezimie

– Kapitanie Hardful! – zawołał Bezimie

– Co to znaczy „gniazdo" złota? – spytał Pitt.

– Niech kapitan patrzy na tę dolinę, leżącą wśród otaczających ją zewsząd gór! Kilka wąwozów zbiega ku niej, a woda podmywająca te góry ścieka do kotliny. Wyjścia z niej nie ma, bo granity i i

Mówiąc to. Bezimie

Pitt uścisnął ręce dzielnych poszukiwaczy, w nagrodę zwiększając ich udział w zyskach, a sam odszedł od obozu i patrząc na niebo, pokryte różnobarwnymi pasmami zorzy, westchnął z ulgą – jak człowiek po przepłynięciu wartkiej, szerokiej rzeki.

Jeszcze jeden etap życiowy został przebyty, a wytknięty cel stawał się bliższym.

Od rana wysłano Rynkę, aby obmyślił plan szybkiego osuszenia błotnistej kotliny. Zaczęły się spieszne roboty, ziemne. Kopano rowy i wysadzano części skał, aby dać ujście zebranej wodzie. Prawie wszyscy mężczyźni z tubylczego obozu przyjęli udział w pracy. Gdy zaczęły wylatywać w powietrze skały i słupy ziemi, oczom pracujących ludzi przedstawił się wspaniały widok bogactwa tej miejscowości.

Na zrytą powierzchnię doliny co chwila spadały większe i mniejsze kawałki złota, połyskiwały wśród żwiru i wilgotnej, torfowatej ziemi drobniejsze ziarenka metalu.

W północnej, znacznie suchszej części terenu wkrótce zaczęto kopanie szybu i przeprowadzanie galeryj dla robót górniczych.

Już pierwszego dnia wydobyto tak dużo złota, że nadzieja na zdobycie prawdziwego skarbu rosła z dnia na dzień.

Ludzie nie oszczędzali pracy ani zdrowia i spędzali dzień i noc w głębokich, wilgotnych rowach, wyrzucając złotodajną ziemię, którą wywożono taczkami do maszyny. Zdobyty metal upakowywano później w woreczkach ze skóry reniferowej i odstawiano na statek.