Страница 23 из 59
– Brasuj reje na półwiatr! Wesia topżagiel! Nadaj gary! Hysuj bezan! Halzować grot! Obciągnij gorcyl na fokżaglach. Porwą! Porwą!
Nareszcie stojący na bocianim gnieździe bosman krzyknął w tubę:
– Dryf!
Nilsen zdjął kapelusz i otarł czoło… Przybiegł pracujący przy bezanmaszcie Pitt.
– Co będziemy robili teraz? – spytał.
– Tymczasem stoimy pod dryfem i kołyszemy się na kipieli. Trzeba tylko ciągle uważać na żagle. O! Patrzcie, mister Siwir! Kliwer teraz zbyteczny!
– Hej tam który od sztaby! Zwiń kliwer i gorcyl zwiąż na lorę! – krzyknął, przechylając się przez poręcz mostku. – All right! A teraz, sztormanie, musimy coś obmyśleć ze sterem, bo manewrując żaglami płynąć będziemy bardzo długo, a wtedy może nas gdzieś lód przyłapać i zatrzeć…
Zbiegli z mostku i oglądali złamany ster, od którego pozostała tylko gruba, żelazna oś.
– Źle, do kroćset piorunów! – zaklął kapitan. – Takiej awarii tylko w doku mogą zaradzić, a nie podczas pływanki, i do tego w ruchawę!
Jednak złamanemu sterowi uważnie przyglądał się też ra
– Sztormanie, zapytajcie kapitana, czy ma w magazynach proszek Goldsmitha?
– Mamy, na wypadek lutowania blatów burtowych, stalowych tros i łańcuchów! – odparł Nilsen.
– Naprawimy rudel! – oznajmił „inżynier" i zawoławszy do pomocy dwóch swoich towarzyszy i mechanika „Witezia", długo coś majstrował w hali maszynowej, aż późną nocą wynieśli nowy plusk o dziwnych kształtach.
Spuszczono go z rufy na blokach, a zwi
– Maszyna wara! – zatelefonował kapitan. – Mały chód naprzód! Zwracając się do rudlowego, rzucił:
– Rudel na sztymbork! Pełny obrót!
„Witeź" usłuchał sztorwału. Ster trzymał się mocno. Kapitan uścisnął rękę Rynce i zawołał:
– Dojdziemy do Vardó, a w najgorszym razie do Archangielska, jeżeli znowu nie spotkamy pływających drzew!
– Może nie spotkamy więcej! – odparł chory majtek i znużony powlókł się do kajuty.
– Straciliśmy na tę przygodę pól dnia, a przeszedł jak jedna godzina! – uśmiechnął się Nilsen do Pitta. – Biegnijcie, sztormanie, i każcie, aby zwinięto żagle. Dość tej zabawy!
Morze jednak wciąż jeszcze walczyło z ludźmi. Bałwany podrzucały statkiem i z rozmachem ciskały go na dno rozstępujących się nagle przepaści, pełnych piany wirów, mknących strug zielonej wody i porwanych prądem kawałów lodu.
Gdy Pitt stał na wzniesionej przedniej części szonera śledząc zwijanie żagli, na pokładzie koło wejścia do biesiadni rozległ się przeraźliwy krzyk i głuchy łoskot padających ciężkich przedmiotów. Sztorman zajrzał na dół i wszystko od razu zrozumiał.
Koło podstawy grotmasztu stały wyjęte z rumu beczki z rybą, uwiązane linami. Od ciągłego szustania sznury się przetarły, stos ciężkich beczek rozsypał się po pokładzie.
Przy wantach stali w tej chwili, obciągając rozluźnione liny, Polak Menger i Otto Lowe.
Silnym uderzeniem ciężkich beczek Menger został zbity z nóg i przyciśnięty do żelaznych słupków balkonu. Pitt widział, jak majtkowi ciężka beczka rozgniotła głowę i zmiażdżyła pierś. Statek przechylił się na drugą burtę i beczki odbiegły, z siłą uderzając w drewnianą ścianę biesiadni i wyłamując z niej kilka desek. Po chwili potoczyły się z powrotem, wyrwały poręcze i wraz z nieruchomym ciałem zgniecionego człowieka runęły do morza.
Pitt krzyczał, lecz wycie wiatru i łoskot rozbijających się fal zagłuszył jego wołanie.
Tymczasem pozostałe beczki toczyły się po pokładzie, zagrażając życiu Lewego. Zwi
Kapitan, stojący przy rudlowym majtku i oglądający mapę, poza hukiem maszyny, rykiem burzy i zgrzytaniem łańcucha sztorwałowego nie widział i nie słyszał nic z tego, co się działo przez krótką chwilę, która dla Pitta była wiecznością.
Sztorman wbiegł na mostek i krzyknął trwożnym głosem:
– Menger z pewnością zabity i zrzucony za burtę! Lowe ra
Olaf Nilsen chciał zbiec na dół, gdzie leżał Otto Lowe, lecz zacisnął usta i skomenderował do maszyny:
– Wolny bieg!
Schwycił sztorwałowe koło i po chwili „Witeź" zawracał, zakreślając na spienionej powierzchni morza szeroki łuk.
Dwie godziny stracono na poszukiwaniu wyrzuconego za burtę majtka, lecz nie zauważono żadnych śladów.
– W takim zwarze najlepszy, zdrowy pływak trzech minut nie utrzyma się na fali! – rzekł ze smutkiem kapitan. – Rzucić za burtę koło ratunkowe i dwie kule korkowe – na wszelki wypadek…
To powiedziawszy, Norweg zdjął kapelusz marynarski i ponuro patrzał na niknące zimne, syczące fale. Za jego przykładem obnażyli głowy Pitt i stojący przy sztorwale Hadejnen. Wtedy dopiero Nilsen schwycił Pitta za ramię i spytał:
– Co z Ottonem Lowe?
Sztorman uspokoił go i Nilsen poszedł odwiedzić potłuczonego majtka. Przy Lowem już się uwijał felczer Walicki, na którego twarzy malowało się zdumienie. Nilsen kazał przenieść majtka do biesiadni,.a sam oglądał szkody uczynione podczas wypadku i kierował łapaniem i umocowywaniem beczek, miotających się jeszcze po pokładzie.
Nareszcie wszystko było w porządku – oprócz oceanu, który kipiał, ryczał i ciskał długie hufce fal na mały statek, jak gdyby zaciął się w zamiarze zdruzgotania go i pożarcia białymi kłami bałwanów.
Jednak „Witeź" się nie dawał. Zderzał się z nadlatującymi wałami, wbijał swój dziób w ich piersi, wylatywał w górę, ciężko opadał, lecz parł naprzód, pozostawiając za sobą biały od piany kilwater i czarną smugę dymu, niby olbrzymią banderę kaperską.
Na warudze pozostał bosman, Olaf Nilsen zaś po obejściu szonera i odwiedzeniu wszystkich jego zakątków poszedł do swej kajuty, aby wypocząć przed wieczorem, gdyż o tak burzliwej porze nie chciał opuszczać mostku kapitańskiego przez całą noc.
Pitt Hardful, który też miał wolną chwilę, ulokował się na swym ulubionym miejscu na dziobie okrętu i, otulony w nieprzemakalny płaszcz, stał zadumany, zapatrzony w piętrzące się przed statkiem bałwany i w przepaściste, ciemne wiry.
– Sztormanie! – rozległ się nagle głos za Pittem. Odwrócił twarz i ujrzał stojących obok siebie felczera Walickiego i mechanika Ludę.
– Co się stało? – zapytał.
– Chcemy pomówić z wami, sztormanie! – rzekł Walicki. – Rzecz poważna…
– Albo śmieszna… – dorzucił Luda.
– Gadajcie jak się należy, bo nic nie rozumiem! – wybuchnął sztorman.
– Wiecie, sztormanie, że potłuczony majtek Lowe zemdlał – zaczął felczer. – Musiałem go cucić…
– No… – mruknął Pitt.
– Ściągnąłem z niego bluzę i koszulkę wełnianą i wiecie, co pod nią znalazłem, sztormanie? – rzekł, wciąż nie mogąc przezwyciężyć zdumienia, Walicki.
Pitt znowu zaczął patrzeć na morze i niby od niechcenia rzucił:
– Z pewnością skórę okrytą sińcami, mój panie…
– Do skóry było jeszcze daleko! – zaśmiał się Luda. – Biedak Walicki musiał się dobrze napracować, aż dotarł do niej!
– Tak, sztormanie! – zawołał felczer, oglądając się, czy ich nikt nie podsłuchuje. – Lowe miał na sobie zbroję, coś w rodzaju kolczugi z grubej, twardej skóry, przeszywanej paskami stali. Coś na kształt gorsetu, okrywającego go od szyi do bioder. Rozciąłem go, bo nie mogłem rozpiąć na opuchniętym ciele, i wtedy… wtedy…