Страница 2 из 59
Miguel przy tych słowach poruszył się nerwowo i wybuchając śmiechem, wyrecytował:
– Wtedy zaproszono by z pewnością księdza Minstera, aby on z ostatnią pociechą chrześcijańską przyszedł do pana dyrektora, nim czarno ubrany kat Strengler zarzuciłby dobrze namydlony stryczek na dostojną szyję czcigodnego pana Swena!
– W tym właśnie kryje się przyczyna, dlaczego poczciwy Numer 253 nie zrozumiał ani słowa z przyjaznego przemówienia pana dyrektora – ciągnął Numer 13. – Wszystko jest warunkowe i stosunkowe. Car rosyjski zabijał bolszewików, i nikt się temu nie dziwił. Bolszewicy zabili cara, i to oburzyło wszystkich. Królowie mordują niepokornych poddanych, rewolucjoniści podcinają gardła ludziom, którzy są oddani królom, a przy okazji i samym królom. Papieże palili na stosach tych, którzy chcieli zgłębić naukę Chrystusa-Boga i głosili wiarę miłości bliźniego. Skazani przez wszechwładnych papieży na śmierć ludzie walczyli o prawdę wiary, lecz nie chcieli śmierci namiestnika Chrystusowego. Niedoszli skazańcy na spalenie stawali się nieraz Prometeuszami wiedzy ludzkiej, a z ust ich, uznanych za bezbożne, nigdy nie padły słowa zemsty i nienawiści. Rzymscy cezarowie zatopili krwią chrześcijan wszystkie areny cyrków, a skazańcy umierali ze słowami miłości. Zwyciężywszy, chrześcijaństwo nie zażądało głów oprawców. W jednym okresie wychwalano papieży i cezarów, w drugim – buntowników i niedawno pogardzanych chrześcijan. Dziwne to są rzeczy, panowie, niezrozumiałe dla Numeru 253!
– A dla cię… dla pana? – rzucił pogardliwie pytanie pan Swen.
– Ja to -zrozumiałem tu, w więzieniu, panie dyrektorze! – odpowiedział Numer 13 i urwał nagle. Zapanowało przykre milczenie. Przerwał je pan Swen.
– Widzę, że więzienie nie zmiękczyło waszych serc – rzekł trochę niepewnym głosem -więc nic nie mam do powiedzenia wam. W kancelarii otrzymacie wasze ubrania i dokumenty. Starszy dozorca odprowadzi Miguela i Stefana do kancelarii!
Dozorcy otworzyli drzwi gabinetu, lecz jeden z nich upuścił plikę papierów, i grupa wychodzących ludzi na chwilę się zatrzymała.
Dyrektor więzienia nie zauważył tego. Zwracając się do Pinka, rzekł pogardliwie:
– To Stefan tak wyszkolił Miguela, a może i i
Tyradę tę usłyszał Stefan. Krew uderzyła mu do głowy, w oczach kołować zaczęły jakieś piekące ogniki, na czoło wystąpił zimny pot. Od razu przyłapał siebie na tym wzruszeniu i mimo woli się zdziwił. Z szybkością błyskawicy zaczęły się miotać myśli:
Swen mówił prawdę. Stefan pochodził z rodziny arystokratycznej, a stał się jej „zgniłą latoroślą". Czyż nie tak? Otrzymał stara
Służąca zauważyła Stefana w momencie dokonywanej kradzieży i w obawie, że na nią padnie oskarżenie, zawiadomiła policję. Rewizja, znalezione poszlaki, wstyd, areszt, sąd i -dwa lata więzienia… To wszystko prawda. „Zgniła latorośl"… W więzieniu za to mówiono do niego „ty, Stefan"; lada dozorca nakazywał mu zamiatać podłogi, prać bieliznę, czyścić ohydne, cuchnące lokale. Stefan milczał i wszystko znosił bez skargi i protestu.
Lecz wtedy byłem aresztantem numer 13 tylko! – mignęła mu myśl. – A teraz? Jakim prawem ten naczelny dozorca śmie tak odzywać się o nim, gdy jest wolnym człowiekiem. Sąd wyznacza karę na odpokutowanie za wszystkie błędy. Po dokonaniu wymiaru sprawiedliwości nikt nie ma prawa pogardliwie odzywać się o byłym aresztancie! Jeżeli zaś kara nie oczyszcza zbrodniarza w oczach społeczeństwa, wtedy precz z sądem! Bo to zbrodnia, znęcanie się nad duszą ludzką, tortury najstraszniejsze! Anarchiczny pomysł! Znowu Swen miał rację! Jednak…
Myśli te przeniknęły przez mózg Stefana, nim dozorca zdążył schylić się i podnieść papiery rozsypane po posadzce.
Stefan postąpił kilka kroków naprzód i stanąwszy przed dyrektorem więzienia, na pozór spokojnym głosem rzekł:
– Panie Swen! Mówię do pana w tej chwili nie jako Numer 13, lecz jako Eryk Stefan. Niech pan mnie uważnie wysłucha… Nie zawsze wracają do więzienia „zgniłe latorośle" i dziedziczni zbrodniarze. Co do mnie – obiecuję panu, że się spotkamy z panem, lecz nie w tych murach, a przy i
Zdumiony dyrektor, który już zapomniał o zajściu z Numerem 253 i Numerem 13, podniósł na mówiącego oczy i zakląwszy z przyzwyczajenia więzie
– Do kata! Wyobrażam sobie, jaką znalazłbym u ciebie protekcję, przyjacielu!
– Panie Swen, niech pan mówi do mnie zawsze „panie Stefan", bo inaczej nie lubię. Nie piliśmy przecież z panem na „ty"? Co zaś do protekcji mojej dla pana, panie Swen, to w obecnej chwili nie mogę panu nic przyrzekać. Może każę powiesić pana, a może naprawdę pomogę. Będzie to zależało od tego, jakie wspomnienia zachowam z powodu „zgniłej latorośli", jak pan, panie Swen, raczyłeś nazwać mnie – Eryka Stefana. Do widzenia, panie Alwin Swen!
Powiedziawszy to, Stefan opuścił gabinet dyrektora więzie
– Wariat! – mruknął Pink. – Milczał przez dwa lata, teraz nagle zachciało mu się mówić elokwentnie…
– Mógłbym posadzić go jeszcze do ciemnej celi na parę dni za harde gadanie! – wrzasnął
Swen, uderzając pięścią w biurko.
– A za co? – spytał ksiądz, mrużąc chytre oczka. – Mówił bardzo przyzwoicie, a chociaż w jego stówach było dużo przykrych i zjadliwych rzeczy, zawierały one sporo prawdy… prawdy życiowej.
– Wsadzę go wraz z jego prawdą do ciemnej celi! – upierał się rozjuszony Swen. – Jakiś tam aresztant żeby śmiał tak do mnie gadać?
– Już on nie jest aresztantem, panie Swen! – mitygował go ksiądz.
– A ja księdzu dowiodę, że go wsadzę! – krzyczał dyrektor. Ten wypuszczony z więzienia nicpoń będzie mnie wieszał lub okazywał mi pomoc! No wiecie, to przechodzi wszelką wyobraźnię!
– Panie dyrektorze, nie warto go ruszać… – zaczął Pink.
– To pan go broni, Pink? – oburzył się Swen.
– Bo widzi pan, taki to pójdzie do swoich wpływowych krewniaków, wyleje potoki łez, oni wszystko przebaczą mu, a gdy pan go wsadzi teraz, bronić go będą, wnosić na nas skargi do prokuratora, ba, nawet do ministra. Same tylko przykrości mogą z tego wyniknąć.
– Masz rację, panie Pink! – uspokoił się od razu dyrektor. – Pal go licho! Niech jak najprędzej trafi na szubienicę, czego z całej duszy mu życzę! No, a teraz pomówmy o tym sympatycznym obiadku, księże Minster! Więc kiedyż to mamy się stawić?
Tak się zakończyło małe zajście w gabinecie dyrektora więzienia, lecz dalszy ciąg miał miejsce tuż za żelazną furtką więzie
Gdy brama ze zgrzytem zamknęła się za Miguelem i Stefanem, obaj zwolnieni więźniowie wparli wzrok w długą ulicę, biegnącą ku środkowi miasta.
– To jest właśnie droga uczciwego życia? – zapytał spluwając rudy Miguel. – Diablo długa, psiakrew, a. ma dwa końce. Jeden wpiera się w mury pałacu prezydenta, a drugi – w tę brudną ścianę więzie
– Ja wolę iść naprzód! – odburknął Stefan. – Zmęczę się, lecz dojdę.
– Tobie dobrze tak mówić! – odparł towarzysz. – Pójdziesz do swoich i wszystko będzie po dawnemu… Jak gdyby nigdy nic… Stefan schwycił mówiącego za rękę i szepnął prawie groźnie:
– Pamiętasz starego Bozzara, tego co kilka razy powracał do więzienia?