Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 35

– Przykro słuchać, przykro słuchać – pan Trąba mówił z rozdzierającym serce smutkiem. -Niechże pan, panie Komendancie, nie czyni ze mnie pogrobowca prekursorów egzystencjali-zmu. Ani mi w głowie zabijać kogokolwiek. Nie mam najmniejszego zamiaru dołączać do bezbożnego prądu filozoficznego, mam zamiar dołączyć do mrocznego kręgu wielkich tyra-nobójców ludzkości: Piotra Pahlena, Gavrilo Principa, Francois Ravaillaca, Jeronimo Caserio, Józef Trąba… Nawet nieźle się komponuje – rozmarzył się na moment, ale natychmiast znów ożywił.

– A poza tym, co to znaczy „kogokolwiek"? Tu nie ma kogokolwiek, kogo mam zabić? Małgosię Snajperek? Arcymajstra Swaczynę? Panią Rychterową? Może na księdza pastora Potraffke mam świętokradczą dłoń podnieść albo na pana zawiadowcę Ujejskiego? Na kościelnego Messerschmidta? Tu nie ma kogokolwiek, tu nie ma przypadkowych przechodniów, tu się wszyscy znają i to znają tak blisko, jak nie przymierzając ja i pan, panie Komendancie…

– W takim razie niech pan kogoś wylosuje albo jeszcze lepiej – nuta nagłej desperacji i gotowości poniesienia najwyższych ofiar brzmiała w głosie komendanta nieomal prawdziwie

– albo jeszcze lepiej, właśnie mnie, mnie, tak, mnie niech pan zabije.

– Pana w żadnym wypadku.

– Dlaczego? Dlaczego mnie w żadnym wypadku? – komendant nie był w stanie poskromić odruchu rozczarowania i prawie urażonej ambicji. – Dlaczego mnie w żadnym wypadku?

– Ponieważ nie jest moim zamiarem pozyskanie na stare lata miana antysemity.

– Panie Trąba… – głos komendanta nagle załamał się. Wszystko już było jasne, jak na dłoni widać było, kto zostanie, kto już jest zwycięzcą w tym pozornie wyrównanym pojedynku, wszystko było tak nieubłagane, iż nie chciało mi się nawet zapisywać ostatniego słowa, które lada chwila zostanie wypowiedziane, odmieniałem je jedynie w myślach.

– Panie Trąba, ja jestem ateistą – komendant był blady jak ściana, krople tłustego i lodowatego potu wystąpiły mu na czoło.

– Doskonale – pan Trąba z morderczą lekkością triumfującego boksera wagi ciężkiej tańczył wokół słaniającego się rywala – doskonale, niech pan wypowie pełną frazę śmiało, niech pan powie: nie jestem Żydem, jestem ateistą, niech pan to powie, a gdy pan sypnie tą stylistyczną perłą, to ja panu, niczym niekiedy pan naczelnik mnie – pan Trąba skłonił się w stronę ojca – to ja panu odpowiem: piękna fraza i nagrody godna.

Ojciec niczym uruchomiony magicznym zaklęciem golem wstał zza stołu, podszedł do kredensu i uczynił to, co zawsze: wydobył butelkę i kieliszki; matka niosła wazę pełną placków w śmietanie, rozległ się grzmot i czarne deszcze runęły z podwójną siłą, pan Trąba złagodniał i dziękczy

– W gruncie rzeczy – ciągnął teraz pojednawczym i niemal przyjacielskim tonem pan Trąba – w gruncie rzeczy nie idzie o to, czy pan się zaparł, panie Komendancie, czy nie, niech pan się nie gniewa, ale, i

Pan Trąba nagle jął przeszukiwać kieszenie i po chwili wydobył zza pazuchy stara

– Panie Naczelniku, panie Komendancie, panowie. Nie może chrześcijanin wobec takich rzeczy stać obojętnie. Joga, tak jest, wiedzie do zbawienia, ale u mojżeszowych proroków o jodze ani mrumru. – Pan Trąba zamilkł na chwilę, a potem ryknął znienacka strasznym głosem: – Nawracać! Ewangelizować! Wskazywać drogę do zbawienia!

– Prozelityzm – mruknął pogardliwie komendant Jeremiasz – ordynarny prozelityzm.

– Jaki prozelityzm, panie Komendancie, jaki prozelityzm! – powiedział nieoczekiwanie spokojnie pan Trąba – klnę się na moich dziewięć przedwoje

Matka postawiła na stole dymiącą wazę, wyjmowała z kredensu talerze, noże i widelce, siedzący obok mnie komendant Jeremiasz, w którego oddechu, niespokojnych gestach i nerwowym posapywaniu wyczuwałem niezłomną wolę natychmiastowego odejścia, nagle skapitulował i rozpogodził się, ojciec uniósł w górę pusty kieliszek, wyglądało to tak, jakby chciał demonstrować pantomimę pod tytułem „lot kieliszka ku światłu", ale komendant cesarskim ruchem przerwał przedstawienie, schował do kieszeni wciąż leżący przed nim kalendarzyk i wskazał święte miejsce na ceracie, na którym wi

– Gdyby zdarzył się cud, gdyby rozstąpiły się niebiosa – perorował pan Trąba – i gdyby Pan zastępów wejrzał w mój upadek i zapytał: co mogę dla ciebie zrobić, Józefie Trąbo, gdyby tak się stało, moja śmierć niechybna mi świadkiem, iż powiedziałbym: Panie, wskrześ mojego przyjaciela Jakuba Lełlicha, na powrót ulep go z prochu, w który został obrócony, tchnij weń życie i spraw, abyśmy choć raz jeszcze mogli pomówić o wyższości sojuszu ży-dowsko-luterskiego nad i

Pan Trąba gadał niestrudzenie, ale ani matka, ani ojciec, ani komendant Jeremiasz prawie w ogóle go nie słuchali, musieli zapewne, tak jak większość jego opowieści i tę opowieść słyszeć po wielokroć, do mnie wszakże wielkie idee biblijnego planu zbawienia docierały po raz pierwszy.

– Niezbicie, niezbicie powstanie Izraela było spełnieniem proroctwa Zachariasza i i

Pan Trąba przerwał na chwilę, przełknął znaczny kęs obficie umaczanego w śmietanie placka i z zapałem dowodzącym, iż znajduje się w samym sednie rozumowania kontynuował:

– To się ma dziać, ale nie wiedzie do tego pogańska ścieżka joginów, jeno ścieżka ortodoksji żydowskiej. Żydzi przyszli do Jeruzalem nie po to, by tam stawać na głowie, ale by utwierdzać się tam w żydostwie swoim, dopiero wszakże utwierdzeni w żydostwie swoim Żydzi mogą dostąpić zbawienia. Jak powiada Pismo: Izraelita, by stał się chrześcijaninem, musi wpierw do syta najeść się izraelityzmu swego.

– Nie ma czegoś takiego w Piśmie – komendant Jeremiasz wierzchem dłoni otarł usta -nigdzie tak nie jest powiedziane.

– Wprost nie jest – zniecierpliwił się pan Trąba – wprost nie jest, ale w podtekście czy raczej w niezliczonych podtekstach jest. Niechże pan, panie Komendancie, dobrze przypomni sobie listy apostoła Pawła do Rzymian, do Efezów, o Hebrajczykach nie wspominając. A prorok Izajasz rozdział jedenasty, wiersz dwunasty, a pański imie