Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 81 из 111

– Chcę być obecnym przy badaniu Dory Frumkin! – oznajmił Lenin, patrząc w zezujące, podejrzliwe oczy Dzierżyńskiego.

Prezes „czeki" nic nie odpowiedział. Zwierzęca czujność zaczaiła się na kurczącej się, wynędzniałej twarzy. Szarpał małą bródkę i tarł drgające, opuchnięte powieki. Lenin zrozumiał obawy Dzierżyńskiego i uśmiechał się łagodnie.

– Towarzyszu! – szepnął, obejmując go wpół. – Ciekaw jestem, co powie Frumkin. Możemy dowiedzieć się od niej rzeczy wielkiej wagi… Podejrzewam, że żydowscy socjaliści z „Bundu" przyłączyli się do wrogiego obozu. Muszę o tem wiedzieć…

Dzierżyński skinął głową w milczeniu.

Nic nie mówiąc, prowadził Lenina wewnętrznemi schodami nadół. Przechodząc koło zamkniętych drzwi jednego z pokojów parterowych, rzekł:

– Zabierzemy Fedorenkę…

Pchnął drzwi. Lenin zajrzał i stanął, jak wryty.

Zobaczył stojącą nawprost drzwi szeroką sofę, wyściełaną czerwonym aksamitem. Na ja-skrawem, gorącem tle, niby marmurowy posąg, leżała naga postać kobiety. Fala, czarnych włosów spływała na podłogę; piękne, wysmukłe biodra, rozchylone bezsilnie, nieruchomo zastygłe w bezwstydnej pozie, ręce bezwładnie odrzucone, zwisały w omdleniu; bujne strzeliste piersi groziły swoim bezruchem, niby ostrza włóczni… Śmiercią i zgrozą wiało od obnażonych, wystawionych na spojrzenia ludzkie tajemnic pięknego ciała kobiecego, świecącego w półmroku.

– Dora Frumkin… – wyrwał się Leninowi szept przenikliwy.

– To – kanalja… rozpustnik… żadnej nie przepuści!… – warknął Dzierżyński, wstrząsając ramionami.

Kryjąc się w kącie pokoju, ubierał się w pośpiechu Fedorenko.

– Wlecz ją na badania! – krzyknął Dzierżyński i zaczął się śmiać.

Po chwili żandarm, obleśnie uśmiechając się i poprawiając krawat, wyszedł na środek pokoju. Spostrzegłszy Lenina, wykrzywił twarz i rzekł błazeńskim tonem:

– Taka dziewuszka, że palce lizać! Szkoła było opuścić okazję… Podobne krasawice coraz rzadziej się spotykają… Jestem znawcą kobiet!… Gotów jestem głowę oddać, jeżeli jakikolwiek rzeźbiarz wykryje w tym cudzie piękności chociaż jedną wadę… Junona, Wenus, Diana, Terpsychora… natura wszystko dała jednej kobiecie!… Fedorenko nie taki niedołęga, żeby nie ocenił tego i nie zakosztował! O, nie! Fedorenko – chłopak zuchowaty!…

Widząc, że komisarze słuchają go spokojnie, zawołał:

– Marja Aleksandrówna!

Weszła otyła, czerwona, lśniąca od potu i tłuszczu kobieta w czarnej halce i niebieskiej bluzce. Kurczyła w uśmiechu zakłopotania i służalczości wstrętną owrzodzoną twarz i kłaniała się raz po raz.

Fedorenko zawołał:

– Marjo Aleksandrówna, potrafiliście uśpić tę boginię antyczną, musicie teraz obudzić aresztantkę i odprowadzić do dużej sali… A niech – no tam chińskie poczwary będą w pogotowiu…

Zwracając się do Lenina, rzekł z ukłonem:

– Możemy zejść do suteryn… Ruszyli w milczeniu,

Szli długim, załamującym się kurytarzem, wąskim i brudnym.

Dwie latarnie naftowe ledwie oświetlały go z dwóch końców. Kilku szyldwachów chińskich przechadzało się, szczękając karabinami, opieranemi o cementową posadzkę. Małe, niskie drzwi, zamknięte na kłódki ciągnęły się z obydwóch stron.

– niech towarzysz trzyma się z dala od tej celi – uprzedził Fedorenko, patrząc na Lenina. Ten spojrzał pytająco.

Żandarm zaśmiał się cicho i szepnął.

– Jest to cela „naturalnej" śmierci! Zarażona wszelkiemi możliwemi chorobami: głodowy i plamisty dur, gruźlica, skorbut, cholera, nosacizna, nawet, zdaje się, dżuma… Wszystko to zastępuje nam katów i oszczędza pracy. Mrą tu ludziska, jak muchy… Mieści się tam stu więźniów, a komplet zmieniamy gruntownie co tydzień…

Znowu się zaśmiał.

– Rozniesienie epidemję po mieście! – rzekł surowym głosem Lenin.

– To przewidziane! – zaprzeczył Fedorenko. – O, my znamy się na higjenie! Codzień rano… zresztą, uwięzieni nie wiedzą, czy to ranek, czy dzień, czy noc, bo jest to ciemnica, gdzie się pali jedyna mała lampka elektryczna, – wsuwamy skrzynię drewnianą… Więźniowie składają do niej ciała umarłych; Chińczycy zalewają odrazu wapnem, zabijają skrzynię deskami i wywożą za miasto, gdzie wrzucają do rowów, również napełnionych wapnem… Żadne niebezpieczeństwo nie grozi Białokamie

Z i

– Szaleją z rozpaczy! – uśmiechnął się Dzierżyński. – Jęczą z głodu, bo to dobry sposób na wzbudzenie szczerości w zeznaniach!

Ktoś dobijał się do zamkniętych drzwi i dzikim głosem wył:

– Kaci! Bądźcie przeklęci… Oprawcy!… Pić! Pić!…

– Ach! – zawołał Fedorenko. – To, „śledziowcy"! Lenin zwrócił ku mówiącemu bladą twarz.

– Niektórych karmimy tylko bardzo słonemi śledziami, nie dając im ani kropli wody. Dręczy ich pragnienie, więc złorzeczą! Tacy albo tracą zmysły, albo wpadają w omdlenie. Pierwszych przeznaczały „na wydatki", drugim – obiecujemy dużo zimnej, czystej wody… Cha! Cha! Niechybny to środek! Stają się pokorni jak jagnięta…

Lenin milczał, a Fedorenko, widząc w tem niemą pochwałę, prawił dalej:

– Mamy lokale, gdzie zamknięci są ludzie, którym nie pozwalamy spać i doprowadzamy tem do obłędu lub zeznań. W i

Fedorenko pobiegł naprzód i otworzył drzwi.

Weszli do sporej sali, o łukowatych sklepieniach, oświetlonej kilkoma jasnemi lampami. W kącie stało biurko i dwa taburety.

Na murach pozbawionych okien, widniały bryzgi i czarne strugi skrzepłej, wżartej w cementowy tynk krwi.

Dzierżyński usiadł przy stole, posunąwszy drugi taburet w stronę Lenina.

Chuda, zaciekła twarz, gorejąco, bezse

– Torquemada – średniowieczny inkwizytor, czy kat rewolucji paryskiej, Fouquier-Tinvil-le? – przyszła Leninowi do głowy myśl nagła i dręcząca.

Zdawało mu się, że coś nader ważnego zależy od prawidłowej odpowiedzi na to pytanie. Fedorenko krzyknął do żołnierza, stojącego przy wejściu:

– Biegnijcie po Marję Aleksandrównę! Niech się śpieszy! Lenin nagle się skrzywił prawie boleśnie.

– Nazywajcie, towarzysze, tę agentkę swoją jakoś inaczej, nie… Marją Aleksandrówną… -szepnął i nagle zmrużył oczy skośne ze wściekłością, gotową wybuchnąć z całą siłą.

– Dlaczego? – spytali ze zdziwieniem – Towarzyszka Łopatina jest akuszerką i wyświadcza nam niepospolite przysługi w sądowych procesach kobiet.

Lenin, zaciskając pięści, syknął:

– Dlatego, że:

Urwał nagle. Uświadomił sobie, że serce mu się zbuntowało przeciwko czerwonej, otyłej agentce, ośmielającej się nosić imię jego matki, zmarłej przed czterema laty, samotnej, wiecznie stroskanej staruszki.

– Dlatego, że… – powtórzył i spostrzegł w tej chwili szydercze błyski w zimnych oczach byłego żandarma. Pohamował się gwałtownie i uśmiechnął się chytrze, Strzepnął palcami i dokończył głosem beztroskim:

– Ech – drobiazg! Wprost imię to nasunęło mi pewne wspomnienia, nie licujące z tak nie-urodziwą osobą, jak obywatelka Łopatina. Ale to – bagatela! Nie zwracajcie na to uwagi, towarzysze!

Śmiał się wesoło, niewymuszenie, powtarzając:

– Jak Marja Aleksandrówna, to – niech będzie Marja Aleksandrówna!

Nie chciał, nie miał prawa pokazać nagle ogarniających go uczuć i słabości przed tymi ludźmi, trzymającymi wysoko sztandar dyktatury proletarjatu i opuszczającymi pięść jego na głowy wrogów.

Śmiał się więc, czując jednak, że spokój i równowaga nie powracają. Gdzieś głęboko w piersi podnosił się drobny dreszczyk, wzmagał się, potężniał i wstrząsał całem ciałem z taką siłą, że aż głowa drżała i kurczyły się barki szerokie.