Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 26 из 111

Myśli te krok po kroku doprowadziły go do określonych wniosków. Był przekonany, że na pomoc towarzyszy zagranicznych liczyć nie może, raczej spodziewał się sprzeciwu, ciosu

w plecy. Uśmiechnął się prawie wesoło i, widząc wchodzącego do pokoju towarzysza partyjnego, zawołał, ściskając mu rękę:

– Piotr Wielki przerąbał okno od zachodu i wpuścił do stęchłej Rosji powiew świeżego powietrza, teraz my otworzymy do Europy okno od wschodu, a przez nie wyrwie się niszczący huragan, towarzyszu!

Robotnik spojrzał ze zdumieniem na Uljanowa. Ten poklepał go po ramieniu i rzekł z uśmiechem:

– To nic! Odpowiedziałem głośno na własne swe myśli!

Usiedli i zaczęli konferować o drukowaniu nowych ulotek, które miały być rozrzucone po fabrykach w związku z oczekiwanym strajkiem. Znowu zaczęła się potajemna praca agitacyjna.

Policja dowiedziała się wkrótce o powrocie niebezpiecznego rewolucjonisty, umiejącego wywijać się z rąk ścigających go szpiclów.

Uljanow był spokojny, jak zwykle, i z pedantyczną dokładnością wykonywał swoje czy

Pracował, jak maszyna, zimna, sprawna, dokładna. Żywił się byle czem, spał zaledwie parę godzin, ustawicznie ukrywając się w różnych, dobrze mu znanych i bezpiecznych miejscach.

Idąc pewnej nocy przez wyspę Bazylijską, spostrzegł człowieka, który go ani na krok nie odstępował.

Uljanow zatrzymał się, udając, że czyta naklejony na ścianie komunikat rządu w sprawie poborowych, i czekał spokojnie.

Idący za nim nieznajomy, mijając go, mruknął:

– Towarzyszu, dzielnica otoczona jest policją. Ratujcie się! Włodzimierz przyjrzał się nieznajomemu. Nigdy go nie widział.

– Może jakiś szpicel? – pomyślał i szedł dalej, baczny i gotów w każdej chwili ukryć się w dziedzińcu pobliskiej kamienicy, wychodzącej na trzy ulice.

Wkrótce przekonał się, że na wszystkich rogach tkwiły tajemnicze postacie cywilów i patrole policji.

– Obława… – domyślił się. – Czekają, aż noc zapadnie.

Spojrzał na zegarek. Dochodziła godzina siódma. Wszedł do najbliższej bramy i ukrył się w klatce schodowej. Przesiedział, czytając demonstracyjnie arcy-konserwatywnego „Obywatela", aż do 9-ej. Wyjrzał przez bramę. Szpicle i policjanci pozostawali na swoich placówkach.

Uljanow przeszedł na drugą stronę ulicy i zapuścił się do ciemnej czeluści wąskiego zaułka. Ujrzał tu żółtą, odrapaną, brudną kamienicę z palącą się latarnią, na której czerniał napół starty napis: „Przytułek nocny".

Wszedł do sieni i wyciągnął do dozorcy pięć kopiejek, prosząc o miejsce.

Jednooki człowiek, siedzący przy kantorku, oglądał go podejrzliwie. Jasne, biegające niespokojnie oko obmacywało postać klienta.

Nic podejrzanego nie dostrzegł jednak. Zwykły robotnik w wyszarzałem palcie, wykrzywionych butach z cholewami i zatłuszczonej czapce.

– Bezrobotny? – rzucił pytanie. Uljanow w milczeniu skinął głową.

– Paszport! – rzekł dozorca i wyciągnął rękę, okrytą dużemi piegami.

Przeczytał podany mu papier, wystawiony na nazwisko Bazylego Ostapienki, wieśniaka z guberni Charkowskiej, zecera.

Zapisał do księgi, schował pieniądze do pudełka i z brzękiem rzucił na stół mosiężną bla-szankę z numerem.

– Drugie piętro, trzecia izba, – mruknął i, wydobywszy z pod kantorka czajnik, nalał herbaty do zatłuszczonej, dawno niemytej szklanki.

Uljanow odnalazł swoje miejsce w ciemnej, zakopconej izbie, pełnej zaduchu, bo obłoki dymu tytoniowego i trzydzieści, cuchnących potem, wódką i brudnem ubraniem postaci leżało na pryczach w pozach nieprzymuszonych i malowniczych. Niektórzy klienci przytułku leżeli zupełnie nadzy z ropiącemi się wrzodami na ciele, z ranami na spracowanych stopach. Wyłapywali na sobie wszy i klęli, złorzecząc wszystkim i bluźniąc ohydnie.

Nikt nie spał jeszcze. Gwar rozmów dolatywał też z i

Ujrzawszy nowego klienta, jakiś brodaty, półnagi drab, krzyknął:

– Hrabia raczy kroczyć! Cicho, chamy, stulcie gęby przed wysokorodnym, nieznajomym panem! Cześć panu hrabiemu!

– Cześć wam, generale! – odpowiedział Uljanow, śmiejąc się wesoło.

– Dlaczego myślicie, że jestem generałem? – zapytał zdumiony drab.

– Bo prędko oni tak wszyscy wyglądać będą. Myślałem, że już się zaczęło od was! – odpowiedział, zdejmując palto.

Wszyscy śmiać się zaczęli.

– To myślisz, że tak będzie? – zadał pytanie stary żebrak, owinięty w łachmany.

– Powiedz…! – podtrzymali go i

– Jakżesz może być inaczej?! – odparł. – Czyż myślicie, że na wieki starczy nam cierpliwości, aby przymierać z głodu i tułać się po tych brudnych legowiskach? Nie, braciszkowie! Dość tego! Tylko patrzeć, jak zapędzimy generałów, hrabiów i wszelkich panów do tych dziur, a sami będziemy mieszkali w ich pałacach.

– A to ci chwacki pasażer! – zachwycali się sąsiedzi. – Gada jak z książki, a co słowo, to szczere złoto! Czas już brać się do roboty i skończyć z temi psami! Za długo piją naszą krew!

– Cierpieć i milczeć potrzeba! – odezwał się nagle cichy głos z pryczy, tonącej w mroku. – Cierpieć i milczeć, aby być godnymi Chrystusa-Zbawiciela umęczonego…

To powiedziawszy, jakiś niemłody, ponury chłop zaczął hałaśliwie drapać sobie pierś, oglądać wyczochrane robactwo i dusić je na krzywym, grubym, jak kopyto, paznogciu. Uljanow zaśmiał się szyderczo i spytał:

– Wesz?

– Wesz! To – już piąta; cała prycza zarażona – odmruknął.

– Cierpieć i milczeć potrzeba! – naśladując go, rzekł Włodzimierz. – Nie możesz wytrzymać dźgnięcia wszy, a prawisz o cierpliwości, bracie miły! Albo nas chcesz oszukać, albo siebie samego, chrześcijaninie!

Słuchacze ryknęli śmiechem. „Chrześcijanin" nie odzywał się więcej.

– Ech! – zawołał nagi drab. – Gdyby tak mnie na sędziego powołali, jabym tam długo nie gadał! Nożem po gardle i – do rowu. Tyle tej nienawiści we mnie się zebrało niczem wszy i pluskiew w pryczach. Ech!

– Może doczekacie się, towarzyszu! – pocieszył go Włodzimierz.

– Oj! Chociażby jeden, jedyny taki dzionek przeżyć, to później już umrzeć nie żal! Za całą krzywdę, za nędzę!

– Może doczekacie się! – powtórzył Uljanow, kładąc się i otulając paltem. Nic nie mówił więcej.

Spędzający w przytułku noc biedacy cichemi głosami opowiadali o swoich cierpieniach, nędzy i klęskach życiowych.

Jeden po drugim milkli i zasypiali.

Uljanow nie mógł zasnąć. Oczekiwał rewizji policyjnej i nadsłuchiwał czujnie. Gdzieś niedaleko zegar wydzwonił północ.

W przytułku panowała cisza. Ludzie, zgnieceni kołem życia, spełzający się tu zewsząd, niby pokaleczone robactwo, zapadali w ciężki, niespokojny sen. Nagle Uljanow usłyszał wyraźny szmer i cichy szept:

– Wańka, chodź! Już można…

Dwóch ludzi wyślizgnęło się z półciemnej izby, oświetlonej wysoko pod sufitem zawieszoną lampką naftową, straszliwie kopcącą, i zniknęło w mroku korytarza.

Wkrótce rozległy się ostrożne, skradające się kroki i do izby ze śpiącemi postaciami miotających się i pomrukujących we śnie nędzarzy weszło dwóch mężczyzn i dwie kobiety.

Po chwili wszyscy leżeli już w szeregu i

W chwilę później doszły odgłosy pocałunków…

Z korytarza rozległy się nagle ciężkie kroki kilkunastu ludzi i głośne okrzyki:

– Rewizja we wszystkich naraz izbach! Spieszyć się!

Na progu wyrosły postacie barczystych policjantów i dozorców z latarkami.

Weszli do izby, pobudzili uśpionych ludzi, zrywali okrywające ich łachmany, przeszukiwali ubranie i oglądali paszporty, świecąc w oczy, zmrużone od światła i przerażenia.

Uljanow, nie podnosząc się z pryczy i jęcząc, wyciągnął swój paszport. Policjant obejrzał go, odnotował nazwisko w książce i zwrócił dokument. Rewizja szła dalej wśród westchnień, wystraszonych głosów nocnych mieszkańców przytułku, pogróżek policjantów, pogardliwych wyzwisk.