Страница 108 из 111
Diakon skończył wysoką, triumfującą nutą.
Z ołtarza wyszedł kapłan z krzyżem i świecą płonącą w rękach.
Głosem, w którym drżały łzy, zawołał:
– Bracia i siostry! Chrystus zmartwychwstał, Alleluja! Hosa
– Zaiste zmartwychwstał Pan! Alleluja! Alleluja!
Chór i modlące się rzesze pobożnych śpiewały budzący wzruszenie hymn:
„Chrystus powstał z martwych
„Śmiercią swoją zwyciężył śmierć
„I ludziom dobrej woli
„Żywot wieczny w niebie dał. Ustał śpiew. Młody kapłan, pobłogosławiwszy zebranych krzyżem i wodą święconą, przemówił:
– Słowami listu powszechnego błogosławionego Jakóba Apostoła zaklinam was, bracia moi i siostry! Albowiem mówi Apostoł Chrystusa Pana, Zbawiciela i Nauczyciela naszego: „Niech wszelki człowiek będzie prędki ku słuchaniu, a leniwy ku mówieniu i leniwy ku gniewowi. Albowiem gniew męża nie sprawuje sprawiedliwości Bożej. Przeto, odrzuciwszy wszelakie plugastwo i obfitość złości, przyjmijcie w cichości słowo wszczepione, które może zbawić dusze wasze. A bądźcie czynicielami słowa, a nie słuchaczami tylko, oszukiwającymi samych siebie. Bo jeśli kto jest słuchaczem Słowa, a nie czynicielem, ten podobny będzie mężowi, przypatrującemu się obliczu narodzenia swego we zwierciadle; bo się obejrzał i odszedł i wnet zapomniał, jakowy był. Lecz ktoby pilniej wejrzał w zakon doskonałej wolności i wytrwał w nim, nie stawszy się słuchaczem, ale czynicielem uczynku, ten błogosławiony będzie w sprawie swojej" .
Umilknął na chwilę i, łzy ocierając, rzekł cicho:
– Kara Boża dosięgła nas ciężka, bracia i siostry, lecz błogosławicie ją, bo oto staliśmy się czynicielami Słowa, a uczynki nasze stały się Słowem wcielonem. Nic was zwalczyć nie może i potęgi piekielne, nieprawości nie dosięgną bramy duszy naszej! Podnieście serca wasze ku Niebu, a oto zstąpi wśród nas nauczyciel i błogosławi dziatki swoje…
W tej chwili szmer przeszedł po świątyni i wszystkie spojrzenia pobiegły ponad głową stojącego przed rozwartą bramą kapłana; oczy, rozpromienione błyskiem zachwytu, patrzyły gdzieś wyżej.
Obrócił się zdumiony pop i z cichym okrzykiem padł na kolana.
Na najwyższym stopniu ołtarza, stał człowiek wysoki, chudy i rękę wznosi do błogosławieństwa.
Jasne, miękkie włosy falami spadały na ramiona, broda spływała na wyszarzałą suta
– Biskup Nekodyn, więziony i męczony przez bolszewików w lochach klasztoru Sołowiec-kiego… powrócił! – biegł szept radosny.
Od ołtarza padły ciche, przenikliwe słowa, pełne wiary gorącej i siły niezłomnej:
– Pokój wam!
Z placu, gdzie stał tłum pobożnych, w chwili tej przedarł się do świątyni przeraźliwy głos kobiecy:
– Żołnierze zbliżają się! Ratunku!
Biskup Nekodym dźwięcznym i silnym głosem, brzmiącym rozkazem namiętnym, powtórzył:
– Pokój wam!
Zeszedł ze stopni ołtarza, trzymając krzyż żelazny w ręku, i ruszył przez tłum; za nim szedł pop z diakonem i rzesze wiernych.
Mrowie ludzkie, śpiewając hymn Zmartwychwstania, wyległo na krużganek i na plac.
Tłum szedł zwartą ciżbą. Tuż obok biskupa kroczyli Piotr i Grzegorz Bołdyrewy, skupieni, przejęci, na nic niepomni.
O niczem nie myśleli. Ktoś i
Wszystkie myśli i uczucia utonęły w świadomości niezbędnego, wspólnego ruchu, bezimie
Od wylotu ulicy kroczyły dwa oddziały wojska.
Rozwinęły się szeregi i stanęły.
Rozległy się słowa komendy. Szczęknęły karabiny, przerzucane na rękę.
– Rozchodzić się, bo będziemy strzelali! – sepleniąc, krzyknął oficer-Łotysz, dowodzący oddziałem czerwonej gwardji.
Zbity w jedno ciało tłum rozmodlony nie drgnął, nie zawahał się, nie zatrzymał ani na chwilę. Zwartym, niewzruszonym murem sunął wprost na Łotyszów.
– Raz!… dwa!… – krzyknął oficer przeraźliwie.
Zgrzytnęły zamki karabinów. Już się pochyliły głowy do kolb, już oficer podniósł szablę do sygnału, gdy z szeregów drugiego oddziału wyrwał się krzyk rozpaczliwy:
– Towarzysze, brońmy naszych braci przed Łotyszami! My tu na swojej ziemi, nie te przybłędy!
Znowu szczęknęły karabiny, zgrzytnęły zamki i błysnęły lufy, wymierzone w czerwonych gwardzistów.
– Opuść strzelby! – skomenderował oficer-Łotysz. – Na lewo zwrot, marsz! Łotysze, oglądając się nieufnie, szybko odeszli.
Rosyjscy żołnierze zdjęli czapki i, zarzuciwszy karabiny na ramię, szli przed pochodem. Głosy ich łączyły się z chorem pobożnych, śpiewających: „Chrystus powstał z martwych, „Śmiercią swoją zwyciężył śmierć „I ludziom dobrej woli „Żywot wieczny w niebie dał… " Pochód płynął ulicami umęczonej Moskwy, przecinał palce, wchłaniał nowe tłumy przejętych uroczystością chwili ludzi, łączył się z i
Biskup Nekodym, wysoki, natchniony, podniósł się, błogosławił zatopionych w modlitwie i rzekł:
– Pokój wam!
Tłum zaczął rozpraszać się, znikając w bocznych ulicach. W kilka minut później plac opustoszał. Rozlegały się tylko kroki żołnierzy, stojących na warcie. Dwuch szyldwachów zbliżyło się do siebie.
– Śmiały nasz lud, gdy o wiarę chodzi!… – mruknął jeden. – Przecież kulomiotami mogli go spotkać Łotysze, Fi
Drugi uśmiechnął się tajemniczo i odparł:
– Nie mieli odwagi… stchórzyli…
Pierwszy żołnierz zamyślił się, patrząc bacznie w oczy towarzysza.
– Chrystus zmartwychwstał, bracie… – szepnął po chwili, zdejmując czapkę.
– Zaiste zmartwychwstał! – odpowiedział drugi.
Podali sobie ręce i potrzykroć na krzyż się ucałowali tak, jak nauczyła ich w dzieciństwie matka.
ROZDZIAŁ XXXV.
Lenin przed chwilą wysłuchał raportu profesora instytutu weterynaryjnego. Myślał o tem i szeptał:
– To straszne! Rękawica – rzucona całemu światu cywilizowanemu! Natura wydaje na świat przerażające potwory!
Zaczął przypominać sobie opowiadanie profesora:
– Wynalazł nowe bakterją. Wyhodował je… „Czeka" dała mu „żywy materjał",…osiemdziesięciu aresztantów politycznych. Sprawdził na nich działanie swoich bakteryj. Wywołują paraliż i zabijają w ciągu kilu minut. Ma zamiar umieszczać je w pociskach, rzucanych z samolotów. Niezawodna, skuteczna bron! Osiemdziesięciu ludzi już uśmiercił. Potwór nauki! Kat, jak Dzierżyński…
– Jak ty sam… rozległ się nieuchwytny uchem szept. Rzucił się na fotel.
Cierpienie wykrzywiło mu twarz. Skośne oczy mongolskie wyszły z orbit.
Porwał go doznawany coraz częściej dręczący ból głowy. Zdawało mu się, że była wykuta z kamienia ciężkiego i z jednego tylko miejsca płonącym potokiem wyrywały się myśli bezładne, pogmatwane, męczące.
– Stalin, marzący o trwaniu Rosji e chaosie rewolucji, – mimo ostatecznej zguby… Rykow, zawsze pijany, krytykujący dyktaturę proletarjatu… Chłopi oporni, łączący się coraz bardziej… Profesor z bakterjami, zębami wyrywający serca osiemdziesięciu politycznych aresztantów… Bunt w więzieniu Sołowieckiemu klasztoru i wymordowanie zamkniętych w niem ludzi… Nieruchome fabryki… Głód… Socjalizm po dwuch miesiącach!…
[9] List św. Jakóba, I, 19-25.