Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 10 из 111

Ciężki cios spadł jej na pierś, aż jęknęła!

– Ty – suka, ty – nędznica, szmata, ty – nierządnica podła! – powtarzał chłop i bił, nie wybierając miejsca, kopiąc nogami i bluzgając ohydnemi słowami.

– Cóż ty robisz, zwierzu! – rzuciła się do niego z krzykiem żona. – Zabijesz dziewkę… Chłop schwycił babę za włosy, wywlókł z chaty i, porwawszy kawał drzewa, zaczął okładać ją po grzbiecie, bokach i głowie.

Wyła przeraźliwie:

– Ludzie dobrzy! Ratujcie! Zabije! Za-bi-je!…

Z sąsiednich chat wybiegły baby, a za niemi powolnym krokiem wychodzili mężowie. Otoczyli Chalinych kołem i patrzyli uważnie, spokojnie.

Żadnego wzruszenia i współczucia na ciemnych, ogorzałych twarzach chłopów nie dostrzegł mały Uljanow. Mężczyźni spoglądali raczej z zaciekawieniem i złośliwością, kobiety wzdychały i z udanem przerażeniem zasłaniały oczy rękami.

Sieriożka zaśmiał się cicho.

– Kochaj żonę, jak duszę, a trzęś, jak gruszę – szepnął słowami przysłowia. – Ten dopiero trzęsie!

– Ratujcie sąsiadkę, bo Paweł zatłucze ją na śmierć! – zawołała stara wieśniaczka.

– Nie nasza sprawa! – odparł poważnym głosem wójt. – Żona dwa razy w życiu najdroższą bywa: gdy się ją wprowadza do domu i gdy się odprowadza do grobu. Nic to! Nauczy Paweł babę i spokój będzie!

Jednak wieśniak wpadł w coraz to większą wściekłość. Klnąc, odrzucił od siebie drewno, którem bił żonę, i schylił się po ciężką kłonicę.

Wójt podszedł do niego i rzekł pojednawczym głosem:

– No, dość, dość już, sąsiedzie, Pawle Iwanowiczu! Zrobiliście swoje, patrzcie: baba pokrwawiona i już wstać nie może. Dość!

Chalin podniósł na niego ponure, oszalałe oczy, nagle się uspokoił i prawie ze łzami uskarżać się zaczął:

– Nie ustrzegła dziewki, nędznica! Co ja teraz pocznę? Będę bękarta karmił? Pięćdzie-siąciu rubli stary złodziej Milutin nie chce zapłacić… Już ja mu na jesieni, gdy spichrze będzie miał wypchane żytem, „czerwonego koguta" puszczę w jego legowisku, zaświecę panu wysokorodnemu, szlachetnemu, gorącą łuną w oczy, jak mi Bóg miły! Nie zapomni on mnie!

– Nie dobrze gadasz, sąsiedzie! – upomniał go jeden z wieśniaków. – Nie daj, Boże, do policji dojdą takie słowa! Zgnijesz w więzieniu, nie inaczej!

Chalin jeszcze się żalił i odgrażał. Skorzystała z tego leżąca na ziemi, pokrwawiona baba, z jękiem wstała i poszła do chaty.

Sąsiedzi, omawiając krzywdę dziewczyny i słuchając skarg wieśniaka, uprowadzili ze sobą chłopa.

– Pobiegnę do domu, bo trzeba bydło napoić – rzekł Sieriożka i popędził ku domowi. Wołodzia nie ruszał się z miejsca. Nadsłuchiwał co się działo w izbie.

Obydwie kobiety szlochały i zawodziły żałośnie.

Umilkły jednak i coś mówiły do siebie cicho, szeptem, niby spisek knuły.

Wkrótce z chaty wyszła dziewczyna. Pod pachą niosła grube zawiniątko płótna i żółtą chustkę w niebieskie kwiaty.

Chłopak czuł głód, lecz nie opuszczał swej skrytki.

Widział, jak powracał do domu Paweł. Szedł, słaniając się, gadał do siebie, wymachiwał rękami. Próbował nawet zaśpiewać i zatańczyć, lecz zachwiał się na nogach i ledwie nie runął na ziemię.

Wwalił się prawie nieprzytomny do domu, gdzie zbita, pokaleczona żona szybko ułożyła go na posłaniu i ściągnęła buty.

Wołodzia słyszał, jak pijany chłop chrapał i przez sen wykrzykiwał przekleństwa. Wieśniaczka wyszła przed furtkę i wyglądała kogoś niecierpliwie.

Posłyszawszy kroki od strony ogrodu, zebrała kilka kamieni, leżących na podwórku i ułożyła pod ścianą domu, dalej od okienka.

Zbliżyły się do niej dwie kobiety.

Jedna z nich – Naśćka, o wystającym z pod fartucha brzuchu, spłakana i wystraszona; druga – mała, przygarbiona staruszka, znachorka wiejska. Żółta, poorana czarnemi, głębokiemi zmarszczkami twarz miała skupiony wyraz. Czarne, okrągłe, jak u ptaka, oczy biegały niespokojnie.

– Zwolnij, ciotko, dziewczynę od dziecka! – szepnęła wieśniaczka. – Po żniwach, rubla srebrnego przyniosę! Na Chrystusa przysięgam!

– Spieszcie się, spieszcie się! – mruczała, zakasując rękawy, znachorka.

Matka pomogła Naśćce położyć się na kamieniach. Leżała tak, że brzuch wypiął się niby rozdęty kadłub konia, który padł przed trzema dniami i leżał w lesie, gdzie o gnijące ochłapy gryzły się psy.

Staruszka poszperała koło ubrania dziewczyny i mruknęła:

– Daj-no, sąsiadko, deskę…

Wieśniaczka przyniosła ciężką, szeroką deskę, na której prano bieliznę. Znachorka, wykrzyknąwszy niezrozumiałe słowa zaklęć podniosła ją i z całej siły uderzyła leżącą w brzuch. Rozległ się zduszony jęk i cichy płacz, po nim nowe ciosy. Trwało to długo. Jęki, zgrzyt zaciśniętych zębów i głuche odgłosy uderzeń… Dziewczyna przeraźliwie krzyknęła i zamilkła.

– Już… mruknęła starucha. – Przynieś teraz wody i świeczkę kościelną!

Bełkocząc zaklęcia, pryskała na nieruchomą Naśćkę wodą i chodziła dokoła ze świeczką w ręku, powtarzając bez przerwy:

– Panie, zmiłuj się! Panie, zmiłuj się!

Matka pochyliła się nad leżącą dziewczyną i nagle odbiegła, przecierając przerażone oczy, chwytając się za włosy i szepcąc:

– Ciotko A

Wesołe, wysokie nuty biegły w pośpiechu, goniąc się wzajemnie i figlując. Młody beztroski głos śpiewał:

„Wiosek trzy, osiedla dwa"

„Osiem dziewczyn, jeden ja!"

„Hu – ha"!

ROZDZIAŁ III.

Cała wieś zebrała się przed domem Chalina.

Biała trumna, naprędce zbita z desek heblowanych, stała na dwóch zydlach w prawym kącie chaty. Na półce z czarnemi, zakopconemi obrazami paliła się świeca woskowa.

Młody pop, mały, chudy, w wyszarzałej suta

Nie patrzał na stłoczonych dokoła wieśniaków. Oczy krył pod opuszczonemi powiekami.

Od czasu do czasu rzucał wzrok na umarłą Naśćkę.

Widział jej zaostrzony nos, zmarszczki bólu koło ust i jedno mętne, niedomknięte oko. Wtedy urywał pienia, ze świstem wciągnął powietrze i mocniej wpijał się chudemi palcami w metal krzyża.

Nabożeństwo dobiegło końca. Przebrzmiały straszliwe, łkające słowa:

– Ukój ją, Panie, w przybytku świętych Twoich!

Chłopi wynieśli Naśćkę, dążąc szybkim krokiem na cmentarz, gdzie pasły się krowy, pozostawione bez dozoru, biegały psy wśród chwastów, pogmatwanych zarośli wikliny i powojów.

Nad grobem dziewczyny szybko wyrósł mały kopiec żółtej gliny, a nad nim – biały krzyż drewniany bez napisu.

Pan Uljanow zaprosił popa do siebie na herbatą, mówiąc do niego:

– Zdaleka przybyliście, ojcze, znużeni jesteście. Bardzo prosimy do nas!

Chalin nie zatrzymywał kapłana; rad był, że może pozbyć się nieznajomego popa z dalekiej cerkwi parafjalnej. Obcy „uczony" człowiek popsułby ucztę pogrzebową, krępowałby wszystkich.

Marja Aleksandrówna podtrzymała prośbę męża.

Młody pop z łagodnym, wstydliwym uśmiechem w milczeniu skinął głową, zdejmując z siebie kapę żałobną i zawijając w czerwoną chustkę krzyż, kropidło i butelkę z wodą święconą. Wytrząsnął z kadzielnicy węgle i spojrzał na wieśniaków.

Jedli, palcami biorąc z małej miseczki drobne szczypty kaszy psze

Pan Uljanow, zaprosiwszy popa do stołu, protekcjonalnym tonem wypytywał go o pleban-ję, o rodzinę, o sprawy kościelne.

Pop, skromnie opuszczając oczy, odpowiadał ostrożnie, nieufnie.

– Z jakiego seminarjum jesteście, ojcze? – spytała pani Uljanowa.

– Ukończyłem seminarjum kijowskie, a później akademję duchowną w Petersburgu, – nazwisko moje – Czerniawin, Wissarjon Czerniawin… – odparł cichym głosem.