Страница 8 из 72
– Ukrywał się w bieliźniarni – informowano się nawzajem.
Pasażerowie rozbudzeni niebywałym zdarzeniem z zainteresowaniem przyglądali się gonitwie. Żaden się jednak nie przyłączył. Chłopiec nie rezygnował. Już, już ktoś miał go w zasięgu ręki, ale następował sprytny unik, zwrot i ucieczka w drugą stronę. Przestrzeń wokół zbiega w końcu zaczęła się zacieśniać. Wydawało się, że nie ma możliwości odwrotu. Kiedy jeden z marynarzy chwycił chłopca za koszulę, ten wyrwał się, zostawiając mu ją w rękach, błyskawicznie się rozejrzał, krzyknął coś rozpaczliwie i nie widząc i
– Człowiek za burtą! Człowiek za burtą! – trzy przeciągłe sygnały dźwiękowe oznajmiły wypadek na statku.
– Maszyny stop! – padła komenda.
Smuga nie czekał, aż statek rozpocznie manewr zawracania. Jednym susem przesadził barierkę i po kilkumetrowym locie wylądował w wodzie z podkurczonymi nogami. Któryś z marynarzy rzucił w kierunku chłopca koło ratunkowe, tak by napłynęło na niego niesione falą. Smuga zauważył kątem oka, że rzut nie był precyzyjny. I
“Minie sporo czasu, zanim zawróci przy tak sporej fali” – pomyślał Smuga, silnymi ramionami rozgarniając wodę. Na szczęście mignęła mu postać chłopca. Obserwował go i patrząc na chaotyczne ruchy uznał, że nie umie pływać albo stracił głowę. Nagle mały zanurzył się i Smuga stracił go z oczu. Zanurkował, dostrzegł go i po kilku ruchach znalazł się w pobliżu. Chłopiec niespodziewanie, rozpaczliwie wczepił się z całych sił w jego szyję. Smudze udało się jeszcze głęboko wciągnąć powietrze i obaj zniknęli pod powierzchnią wody. Po chwili tonący rozluźnił konwulsyjny uchwyt i usiłował wynurzyć głowę, by zaczerpną powietrza. Wykorzystując to, Smuga przekręcił się w wodzie i nogą odepchnął go od siebie. Teraz starał się podpłynąć od tyłu. Udało się! Odwrócił topielca na plecy i chwycił za włosy, holując za sobą. Uważał przy tym, by jego głowa utrzymywała się na powierzchni. Chłopiec powoli się uspokajał. Podpłynęła łódź, spuszczona z wracającego statku, i wciągnięto ich na nią. Wkrótce znaleźli się na pokładzie. Chłopcem zaopiekował się lekarz okrętowy, a Smuga poszedł do swej kajuty. Odpoczywał, gdy ktoś delikatnie zapukał do drzwi.
– Otwarte! – zawołał. Wszedł steward.
– Kapitan prosi pana do siebie – powiedział i pochylił się w lekkim ukłonie.
Udali się więc obaj do kajuty kapitana. Na widok Smugi ogorzały wilk morski wstał i szerokim gestem zaprosił go do środka.
– Bardzo proszę. Dokonał pan niebywałej rzeczy…
– Było trochę nerwowo – uśmiechnął się nieznacznie Smuga, zasiadając przy małym stoliczku.
– Nie każdy odważyłby się na to. Przecież mógł pana po prostu wciągnąć wir wywołany przez śrubę… Widziałem już taki wypadek…
– Nie było czasu na myślenie. Zwykłem w takich chwilach reagować natychmiast.
– Znakomicie pan pływa!
– Miałem znakomitych nauczycieli – wszedł mu w słowo Smuga. Przez moment widział Nowickiego, demonstrującego różne sztuczki w wodzie, których nie wiadomo gdzie i kiedy się wyuczył. “Zapewne na swym umiłowanym Powiślu” – mignęła przelotna myśl i Smuga dodał: – Byliby ze mnie dumni…
– I my jesteśmy dumni. Pozwoli pan, nie zaszkodzi kieliszeczek marynarskiego trunku…
Steward wniósł poczęstunek.
– Wieczorem zapraszam na specjalne przyjęcie na pańską cześć – powiedział kapitan.
– To chyba przesada. Interesuje mnie przede wszystkim nasz pasażer na gapę.
– Jeśli sądzić po rudej czuprynie i akcencie, to rodowity Irlandczyk. Cóż, na razie niewiele mówi. Daliśmy mu spokój. Niech wypocznie.
– Był bardzo zdesperowany.
– Niewątpliwie. Przerażony dzieciak. Ma może dwanaście lat.
– Zaradny, skoro tyle dni tak sprytnie się ukrywał.
– Chce pan zobaczyć gdzie?
– Naturalnie!
Zeszli pod pokład. Na końcu szeregu pasażerskich kajut I klasy znajdował się skład bielizny. Tam, w kącie, za stertą brudnej pościeli, ulokował się uciekinier.
– Całkiem nieźle się tu urządził – powiedział kapitan. – Gdy ktokolwiek zajrzał, a nawet wszedł, nie mógł go zauważyć. – Kapitan pochylił się nad legowiskiem. – Jeszcze nie zdążyli tego uporządkować. Chodźmy!
– Chwileczkę – teraz nad posłaniem pochylił się Smuga. Podniósł poduszkę. Leżała pod nią płócie
– Całe bogactwo… Hej, posprzątajcie tu! – krzyknął kapitan do stewarda, przechodzącego właśnie korytarzem.
– Ay, ay, sir – służbiście odpowiedział tamten.
Wrócili do kajuty kapitana, kontynuując rozmowę. Obu interesowało, jak też chłopiec dostał się na statek, a jeszcze bardziej, w jaki sposób dotarł z Irlandii aż do Italii.
– Zapytamy go, gdy nieco ochłonie – powiedział kapitan. Smuga raz jeszcze przejrzał torbę chłopca. Wziął do ręki fotografię i długo się w nią wpatrywał, a potem podał kapitanowi. Ten zwrócił ją z komentarzem:
– Typowa irlandzka biedna rodzina.
– Tak, tak – przyznał z zadumą Smuga. – Ale ci mężczyźni…
– Mężczyźni?! – zdziwił się kapitan.
– Właśnie. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś ich już widziałem.
Postanowili udać się do izby chorych. Młody lekarz okrętowy uspokajająco się do nich uśmiechnął.
– Chłopiec śpi. Jest dość wymizerowany, widocznie głodował, ale szybko przyjdzie do siebie.
– Rozmawiał pan z nim?
– Zamknął się w sobie, nie chciał mówić. Przez sen powtarza imię “Patryk” i słowo “mother”.
Smuga i kapitan spojrzeli po sobie jednakowo wzruszeni.
– Musiał dzieciak sporo przeżyć – powiedział podróżnik.
W tejże chwili chłopiec otworzył oczy. Przetarł je dłonią i rozejrzał się przytomniej. Gdy Smuga pochylił się nad nim, przestraszony zasłonił twarz dłońmi.
– Nie bój się. Nic ci nie grozi. Jesteśmy przyjaciółmi. Przerwał mu szloch. Spokojna twarz dziecka zmarszczyła się nagle.
Z oczu pociekły łzy. Niespodziewanie malec objął Smugę za szyję.
– No dobrze, już dobrze, synku – uspokajał podróżnik. Nienawykły do takich scen, niezdarnie tulił chłopca do siebie.
Pozostali mężczyźni milczeli, poruszeni dramatyzmem sceny.
– Jak ci na imię, chłopcze? – spytał wreszcie kapitan, by przerwać męczącą ciszę.
– Ja, to… Ja jestem Patryk.
– Patryk to bardzo piękne imię – powiedział lekarz.
– Przyznasz Patryku, że zrobiłeś nam wszystkim ogromnie, hm… miłą niespodziankę – w ten osobliwy sposób kapitan rozpoczął swoje dochodzenie.
– Na statek to ja wszedłem… Dwu panów dźwigało duży pakunek. Na tym dużym był mały. Jak ten mały spadł, to ja go podniosłem i już… Potem, zostawiłem ten pakunek i poszukałem schowka dla siebie. Szukałem kryjówki. Wszędzie było dużo ludzi… a ja chciałem się schować. Taki pan otworzył to pomieszczenie i tam się schowałem.
– I cały czas tam byłeś?
Chłopiec przestał już jednak odpowiadać.
Zostawili go na razie w spokoju. Ubranego, nakarmionego i umytego zaproszono go wkrótce do kajuty kapitana, gdzie zebrani w skupieniu wysłuchali burzliwej historii jego młodego życia.
Chłopiec urodził się w Belfaście w noc sylwestrową na przełomie wieków. Rodzina była biedna. Wielu Irlandczyków emigrowało wtedy za ocean. Ojciec i dziadek “pasażera na gapę” popłynęli do Australii, gdzie znaleźli złoto. Wrócili do ojczyzny, ale dziadek chłopca, wycieńczony i schorowany, wkrótce umarł. Ojciec zaś wplątał się w jakieś tajne związki [34] i zginął w antybrytyjskich zamieszkach. I matka została sama, w biedzie, z gromadką dzieci.
– Ja to – kontynuował mały Irlandczyk -ja to byłem najstarszy… Tata i dziadek opowiadali mi, jak znaleźli złoto. Jak znaleźli złoto, to było w domu dobrze. Jak dziadek umarł i tata, to było niedobrze.
[34] Irlandia – od 1864 r. notuje się tu odrodzenie zainteresowania celtycką przeszłością. Powoduje to ożywienie uczuć narodowych i niepodległościowych oraz związanych z tym nastrojów antybrytyjskich.