Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 64 из 72

“Sally!” – przemknęła myśl. – Prawie jakbym był we śnie Sally… – zaczął mówić Nowicki, ale i on znieruchomiał, dostrzegłszy tuż za “faraonem” człowieka z korbaczem. Na końcu wprowadzono jeńca, którego tym razem mogli zobaczyć dokładnie w świetle białego dnia.

Nagły skurcz w gardle, sprawił, że marynarzowi wypadła z rąk lornetka. Wilmowski spazmatycznie chwycił ustami powietrze jakby chronił się przed uduszeniem i tak, z ustami rozwartymi jak do krzyku, znieruchomiał. Zapomnieli o Madżidzie i o jego wyjaśnieniach. Zapomnieli o całym bożym świecie. Przed sobą mieli bowiem Tomka. Tomka wynędzniałego, wychudzonego, ale przecież żywego! Żywego Tomka!

Niełatwo przychodziło im w to uwierzyć po tych wszystkich dniach i tygodniach poszukiwań, rozdarcia między rozpaczą a nadzieją. Ale w dzień widzieli z tej skały wszystko wyraźnie jak na dłoni. To był Tomek! W niezrozumiałej na razie i jak się wydawało niebezpiecznej sytuacji. Ale naprawdę Tomek zdrowy i cały.

– Jezus, Maria! – wyszeptał Nowicki. – Zostałem wysłuchany! Zostałem wysłuchany!

Po twarzy Wilmowskiego powoli toczyły się łzy.

*

Fakt ponownego spotkania Tomka “faraon” uznał za niezwykłe zrządzenie losu. Wydał go wszak na pastwę pustyni. A oto pustynia oddała swego zakładnika. Przeznaczenie zaś z powrotem postawiło go na jego drodze. Nie mógł tego pojmować inaczej niż jako nadprzyrodzony znak, nieznany obowiązek nałożony nań przez Boga.

“Wola Allacha! Insz Allah” – myślał. “Skoro sam Bóg odmienił wydany przeze mnie wyrok, zapragnął w ten sposób do mnie przemówić”.

Najpierw w jego chorym umyśle zrodził się pomysł, by Tomasza… zatrudnić! Był przekonany, że to się to uda. Znał wielu Europejczyków i ich nieprawdopodobną chciwość. Zawsze czegoś pożądali: pieniędzy, sławy, znaczenia, władzy czy choćby antycznych przedmiotów i zwykłych, niewiele wartych pamiątek… Tomek odrzucał jednak wszystkie propozycje. Zdziwiło to “faraona”, a potem rozczarowało i zdenerwowało tak, że zawsze stawał się bliski załamania lub wybuchu gniewu w jego obecności.

Z czasem zaczął traktować opór Tomka jako jedyną przyczynę wszelkich swoich niepowodzeń, symbol fatum, jakie nad nim zawisło.

W panice musiał wszak opuścić Teby, a jego interesy na północy kraju należało uznać za całkowicie zawieszone. Postanowił przeciąć wewnętrzne rozdarcie, wywoływane “złą” obecnością tego więźnia. Ale jak, skoro miał do czynienia z zastanawiającym znakiem bożym? Wybrał… sąd.

Tomek zajął więc miejsce oskarżonego naprzeciw “tronu”. Obaj młodzi ludzie długo mierzyli się wzrokiem. W gorejących oczach sądzącego płonęła udręka i nienawiść. W oczach sądzonego nikt nie mógłby dostrzec niczego i

Rozpoczęła się rozprawa. Sędzia sam, nienaga

Za każdym razem odpowiadało mu milczenie. Tomek zachowywał się tak, jakby to wszystko nie tylko go nie dotyczyło, ale i w ogóle do niego nie docierało. Patrzył ponad pokład statku, na otaczający go, jakże piękny świat. Uniósł głowę ku pobliskim skałom i uśmiechnął się do siebie.

Zapadła cisza. Tomasz, wciąż jeszcze z cieniem uśmiechu na ustach, spojrzał z ironią i pogardą w oczy “faraona”. Ten jednak choć zaskoczony postawą Tomka – na co dzień napotykał jedynie lęk swych podwładnych – poważnie traktował swoją rozprawę. Wprowadzono świadków. Najpierw dwu Arabów. Ich zeznania tłumaczono oskarżonemu. Wynikało z nich, że dowodząc daabiją, Tomek znęcał się nad arabską załogą, że pobił i wyrzucił na brzeg arabskich współpasażerów, aby przywłaszczyć sobie wynajęty stateczek.

– Wszystkich? – spytał sędzia.

– Nie – odrzekli świadkowie. – Niektórych zakuł w kajdany i chciał oddać do brytyjskiego więzienia.

Tomasz uśmiechnął się znowu. “Oto – pomyślał – jak łatwo można przeinaczać prawdę”. Ci, którym na prośbę Nowickiego ułatwiono ucieczkę, teraz zeznawali przeciw niemu. Wtedy było ich jednak pięciu, teraz jedynie dwóch. Gdzież mogła być reszta?

– Ilu was było? – sędzia zdawał się czytać w myślach Tomka.

– Pięciu. Ale trzech zostało zastrzelonych w czasie ucieczki odparli.

– Kto jest temu winien? – padło kolejne pytanie.

– Oskarżony – odparli.

“A więc to tak” – pomyślał Tomek. “Trzech pozostałych już zginęło, a ci są tutaj, w centrum Afryki. Próżno Nowicki łudził się nadzieją, że może czeka ich lepszy los”.

Na świadka został także powołany Harry, który oskarżył Tomka o okradanie grobowców. Ten fragment zeznań przetłumaczono nawet murzyńskim niewolnikom, którzy popatrzyli na Tomka przerażonym wzrokiem. Miejsca spoczynku ich zmarłych były bardzo szanowane, a sprofanowanie tych miejsc stanowiło największą winę żyjącego.

Milczenie Tomka wobec pytań i zeznań świadków uznano za przyznanie się do winy. Zapytano go jeszcze, czy chce coś powiedzieć, a kiedy odmówił, “sąd” udał się na naradę.

“Faraon” wstał, przeszedł na rufę statku, obrócił się ku wschodowi I rozpoczął jakiś obrzęd. To wznosił ręce, zdobne insygniami władzy, to je opuszczał. Bił korne pokłony w stronę słońca to znów nieruchomiał z zamkniętymi oczyma. Odwrócony tyłem do wszystkich zamarł w bezruchu i tak trwał. Mijały minuty…

W blasku słońca, pomniejszony przez odległość, w swoim dziwacznym stroju, do złudzenia zdawał się przypominać uszebti, magiczną figurkę sprzed wieków: nieruchomy, zatrzymany w skupieniu posążek faraona. Tomek pomyślał o Sally, która marzyła by móc przenieść się w zamierzchłe czasy faraonów. Pomyślał także o ojcu, jakże samotnym. O Nowickim, pozostawionym na pustyni. O Smudze, podziwianym wzorcu swego życia. “Gdybyż oni tu byli, gdybyż byli” – myślał i żal targnął jego sercem.

Ale już “sędzia” wracał na swoje miejsce, by ogłosić wyrok.

– Oskarżony jest wielkim zbrodniarzem – mówił. – Zasłużył na śmierć. Gdybym był zwykłym sędzią, taki byłby wyrok. Ale ja jestem władcą miłosiernym i nie skazuję ludzi na śmierć. Dlatego wyrok mój brzmi: “kąpiel”! To wszystko.

Zostanie wykonany o świcie.

*

Trójka ludzi ukrytych w cieniu skały tuż nad statkiem chłonęła każde słowo.

– Byłem już raz świadkiem takiego sądu – gorączkowo szeptał Madżid; jak tylko usłyszał sentencję wyroku. – Rankiem o 200 metrów stąd przywiążą małe, puste czółno. Potem wyprowadzą skazańca i wrzucą do jeziora. Jeśli dopłynie do łódki, jest ocalony…

– Ale przecież roi się tu od krokodyli!

– Dzięki temu wyrok władzy zostanie potwierdzony przez moce nadprzyrodzone – z goryczą odparł Madżid.

– No to do roboty. Mamy przed sobą całą noc – z naciskiem powiedział Nowicki.

W pośpiechu wracali do obozu. Tu wspólnie rozważyli możliwości ataku. Nie było ich wielu. Szybko przyjęli więc jedyny możliwy plan. Smuga omawiał go właśnie z Gordonem:

– Czekajcie w czółnach. My spróbujemy dostać się na statek od góry. Obezwładnimy strażników. Jeśli się uda, będziecie mogli bezpiecznie podpłynąć. Pamiętaj: trzykrotny chichot hieny – droga wolna. Jeśli nie, sami wiecie, co robić. My nie oddamy im Tomka. Raczej zginiemy razem z nim.

Nadchodził zachód słońca. Ogromna, czerwieniejąca kula toczyła się w dół, by skryć się za górami. Na tle jej gasnącego światła wszystko wydawało się wyrazistsze. Odcinały się pagórki, las, pojedyncze drzewa. Pobłyskiwały fale jeziora. Las milkł, by później ożyć głosami nocnych zwierząt.

W małym obozie trwały gorączkowe przygotowania. Nowicki i Wilmowski zaopatrzyli Gordona w listy pożegnalne do rodziców Sally, samej Sally i do Karskich. “Na wszelki wypadek”, jak powiedział Wilmowski. Tylko Smuga nie napisał do nikogo. – Mam jedynie was – rzekł krótko.