Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 58

Haboku spojrzał na niego karcącym wzrokiem i odparł cierpkoŕ- Nie ciesz się, senhor, przedwcześnie. Na atak Yahuan odpowiedzielibyśmy kulami z karabinów. Walka nigdy nie przeraża Cubeów. Pamiętaj jednak, że wycie małp zawsze zwiastuje jakieś nieszczęście!

– To prawda – przytaknął Metys. – Na pewno ktoś z nas zginie. Małpy wyczuwają to nieomylnie!

– Wobec tego miej się na baczności – rzekł Smuga zaglądając Metysowi w oczy. – Złe wróżby przeważnie spełniają się ludziom, którzy mają nieczyste sumienie…

Mateo spochmurniał. Jakiś przesądny strach przed Smugą zaczął wkradać się w jego serce. Może ten biały posiadał nadnaturalną moc? Bo czyż w i

Cubeowie ciekawie zerkali na zasępionego Matea. Zastanawiali się, dlaczego ten niezwykły biały człowiek mówił, że wyjce wróżyły śmierć właśnie Metysowi? Może naprawdę wiedział…? Cubeowie wierzyli we wróżby, tajemne moce i złe leśne duchy. Ci nieustraszeni w boju wojownicy drżeli zawsze na samą myśl o czarach, czarownicach i truciznach. Każdy zgon spowodowany jakąkolwiek chorobą przypisywali czarom rzuconym przez złego człowieka. Za naturalną śmierć uważali tylko utratę życia podczas walki, wskutek nagłego wypadku lub z powodu starości. Skoro ten biały mówił, że wyjce przepowiadały Mateowi śmierć, to na pewno tak się stanie.

Łowcy glów

Było parne, wczesne popołudnie. Mateo w skupieniu coraz uważniej rozglądał się po brzegach rzeki. Wkrótce też rzekł półgłosemŕ- Już niedaleko do wioski Yahuan, poznaję okolicę!

Za załomem rzeki podróżnicy ujrzeli pień olbrzymiego drzewa ogołocony z gałęzi, który przerzucony w poprzek ponad wodą łączył przeciwległe brzegi. Przy obydwóch końcach tego prymitywnego mostu widniały ścieżki wydeptane przez ludzi. Ginęły one w nadbrzeżnych chaszczach.

– Przybijaj do lewego brzegu! – powiedział Mateo, a odwróciwszy się do Smugi, dodał: – To już tutaj, senhor!

Łódź zbliżyła się do stromego wybrzeża. Cubeo, który siedział najbliżej dzioba wyskoczył na brzeg, po czym wciągnął za sobą przód łodzi.

– Stąd już blisko do wioski Yahuan, teraz musimy iść pieszo – oznajmił Mateo.

– Dobrze, najpierw tylko ty pódziesz ze mną – odparł Smuga rozglądając się po okolicy.

Mateo skinął głową. Smuga przewiesił przez ramię podręczną torbę, a następnie z karabinem w dłoni wysiadł na brzeg. Odwrócił się do towarzyszy i powiedziałŕ- Wilson, pan i Cubeo wie pozostaniecie w łodzi. Dwa strzały rewolwerowe z mojej lub waszej strony będą oznaczały wezwanie o pomoc.

– Będę miał oczy i uszy otwarte na wszystko, może pan być spokojny – zapewnił Wilson.

Smuga z Mateem wspięli się na brzeg dość stromo w tym miejscu opadający ku rzece. Weszli w dżunglę. Smuga zachowywał ostrożność, gdyż kręta ścieżka co chwila niknęła w gąszczu. Nagle tuż za ostrym zakrętem natknęli się na samotnego Indianina. Zapewne podążał na polowanie, w rękach trzymał bowiem długą świstułę, a do pasa miał przytroczoną podłużną plecionkę na strzały. Ubrany był w sutą spódnicę z rafii, zwisającą z bioder niemal aż do ziemi, oraz w dużą perukę na głowie, która niby peleryna, luźno opadała na ramiona i plecy. Na samym czubku głowy nosił przypięty do peruki, okrągły, wyplatany z rafii, płaski wieniec, przypominający aureolę, jaką widuje się u świętych na obrazach.

Na widok obcych Indianin znieruchomiał w pozornie biernej postawie, lecz doświadczony Smuga doskonale się orientował, że było to pełne skupionej uwagi napięcie, które mogło nagle rozładować się w przyjazny lub wrogi sposób. W takiej sytuacji czasem nawet jakiś mało znaczący bądź niezręczny ruch ze strony przybyszów mógł spowodować zgubne następstwa.

Smuga uśmiechnął się przyjaźnie i powoli ruszył ku Indianinowi. Ten zaś szybko cofnął się i uniósł do góry ręce odwracając ku obcym otwarte dłonie, jakby usiłował ich powstrzymać lub odepchnąć od siebie.

– Stój, senhor, stój! – pospiesznie ostrzegł Mateo. – Taki ruch oznacza: "Nie zbliżaj się do mnie!"

– Wiem – spokojnie odparł Smuga. Przystanął, po czym sięgnął ręką do torby przewieszonej przez ramię. Wydobył z niej małą paczuszkę i podając ją Indianinowi, rzekł: – Samiki [41]dla ciebie od przyjaciół!

Indianin cofnął się jeszcze o krok nie opuszczając rąk. Smuga wyjął z kieszeni fajkę, nabił ją tytoniem z paczuszki przeznaczonej dla Indianina i zapalił. Wypuścił kłąb dymu, a następnie znów podał tytoń Indianinowi, mówiącŕ- Samiki!

Indianin opuścił ręce, czającym się krokiem podszedł do Smugi i ostrożnie wziął tytoń. Nie spuszczając wzroku z obcych powąchał podarunek, a następnie wyjął z małej torby wiszącej przy plecionce na strzały pękatą fajeczkę. Nałożył do niej tytoniu. Nie okazał strachu, gdy Smuga podał mu zapaloną zapałkę. Był to znak, że stykał się już z białymi ludźmi.

Indianin i biały pykali z fajeczki stojąc naprzeciwko siebie. Naraz Indianin schował fajkę i zapytał łamaną hiszpańszczyznąŕ- Czego chcecie?

– Przybyliśmy do twojego wodza – odparł Smuga. – Przynosimy podarunki.

– Czy macie tivi [42]? – zaciekawił się Indianin.

– Sól mamy również – potwierdził Smuga.

– Nie wiem, czy wódz Tunai będzie z wami mówić.

– Czy jest w wiosce?

– Jest, ale… To nie wasza sprawa!

– Zaprowadź nas do niego, sami go zapytamy!

– Daj tivi!

Smuga wydobył woreczek i wysypał trochę soli na rękę Indianina, ten zaś dłonią dał znak, aby szli za nim.

Według zwyczaju Indian południowoamerykańskich przewodnik szedł szybkim i krótkim, elastycznym krokiem. Wkrótce znaleźli się na obszernej leśnej polanie. Na jej skraju, w cieniu wysokich drzew, stało kilka domów zbudowanych na palach.

Dwaj przybysze spowodowali wśród mieszkańców wioski duże poruszenie. Mężczyźni siedzący na pniach drzewnych przerwali pogawędki. Przenikliwym wzrokiem mierzyli białego i Metysa. Dzieciarnia z piskiem zaczęła się kryć pod podłogami domów, a kobiety również zdradzały wielką chęć do ucieczki. Z jednego domu zeskoczył na ubitą ziemię rosły Indianin, którego peruka z rafii przyozdobiona była barwnymi piórami papug, zasuszonymi ptakami i myszami. Jego prawe ramię przepasywała bransoletka z trawy, za którą zatknięte miał trzy połyskliwe pióra.

Na jego widok Mateo przytrzymał Smugę za ramię i szepnąłŕ- To właśnie jest wódz Tunai…

– Czy zna ciebie? – zapytał Smuga.

– Tak, już mnie widział…

– Więc powitaj go teraz, ale pamiętaj: jedno nieopatrzne słowo, a zastrzelę cię natychmiast!

– Pamiętam, senhor – zapewnił Mateo.

Smuga bacznie obserwował Metysa. Jego pewna mina świadczyła wymownie, że czuł się bezpieczny wśród wojowniczych łowców głów.

Tunai tymczasem przybliżył się na kilka kroków i stanął wyczekująco.

– Bom dia, compadre [43]! – odezwał się Mateo.

Tunai mierzył go przenikliwym wzrokiem. Drwiący uśmiech pojawił się na jego ustach, po czym rzekł po hiszpańskuŕ- Buenos dias! [44]Czy sami tu przybyliście?

– Buenos dias, Tunai! – odezwał się Smuga. – Nasi towarzysze czekają w łodzi nad rzeką. Chcemy z tobą pomówić. Przywieźliśmy podarki.

– Nie potrzebuję więcej niewolników – pogardliwie odparł Tunai. Słowa te zmieszały Mateo, bowiem w ten sposób wódz Yahuan potwierdził jego winę.

– Nie o napad chodzi… tym razem – odpowiedział Smuga. – Mam pewną sprawę do ciebie, wodzu, którą możemy całkowicie załatwić tutaj.

– Skoro przychodzisz z compadre Mateem, porozmawiamy… później – zgodził się Tunai.

[41] Samiki – tytoń w narzeczu Yahua.

[42] Tivi – sól w narzeczu Yahua.

[43] Dzień dobry, kumie.

[44] Dzień dobry.