Страница 4 из 21
Rozdział 3. Srebrny pająk
Warania! Bob stał na kamie
Kamie
– Całkiem inaczej niż w Kalifornii – powiedział Pete, wychodząc na balkon. – Od razu widać, że to miasto jest stare.
– Zostało założone w 1335 roku – przytaknął Bob. Przeczytał oczywiście o Waranii i jej historii w ciągu gorączkowych dni poprzedzających tę emocjonującą podróż. – Było kilkakrotnie napadane i niszczone, ale zawsze je odbudowywano. W 1675 roku książę Paul rozgromił rebeliantów i stał się bohaterem narodowym jak nasz George Washington. Odtąd panuje tu pokój. Wszystko, co stąd widzimy, ma około trzystu lat. Jest także nowoczesna część miasta, ale stąd jej nie widać.
– Pięknie – powiedział Pete z zachwytem. – Jak daleko rozciąga się kraj poza tym miastem?
– Obejmuje w sumie tylko około stu kilometrów kwadratowych. To naprawdę mały kraj. Widzisz te wzgórza w oddali? Ich szczyty wytyczają granicę Waranii. Kraj rozciąga się wzdłuż rzeki Denzo, około czternastu kilometrów w górę jej biegu. Zajmują się tu uprawą winogron, produkcją tekstylną i turystyką. Malownicze widoki ściągają wielu turystów. Żeby stworzyć im odpowiednią atmosferę, obsługa wielu sklepów nosi starodawne stroje.
Jupiter zjawił się na balkonie. Zapinał guziki jasnej, sportowej koszuli, obejmując pełnym zachwytu spojrzeniem roztaczający się przed nim widok.
– Zupełnie jak sceneria filmu, tyle że to jest prawdziwe – powiedział. – Co to za kościół tam, Bob?
– To pewnie kościół Świętego Dominika. Jest największy. Jedyny, który ma złotą kopułę i dwie dzwo
– Poczciwa Dokumentacja! – roześmiał się Pete.
– Powi
– Jak już mowa o śniadaniu, przegryzłbym coś – wyznał Pete. – Ciekaw jestem, gdzie będziemy jedli.
– Poczekamy, zobaczymy – odparł Jupe. – Chodźcie sprawdzić, czy nasz ekwipunek jest w porządku. W końcu jesteśmy tu służbowo.
Chłopcy z Jupe'em na czele wrócili do pokoju. Była to wysoka komnata. Miała ściany wyłożone boazerią o atłasowym połysku. Nad szerokim łożem, w którym wszyscy trzej spali, widniał wyrzeźbiony herb rodziny Djaro.
Ich torby podróżne leżały wciąż nie rozpakowane. Po przyjeździe, poprzedniego wieczoru, otworzyli je tylko po to, żeby wyjąć piżamy i szczotki do zębów.
Podróżowali odrzutowcem, najpierw do Nowego Jorku, a stamtąd do Paryża. Nie zobaczyli jednak żadnego z tych miast, gdyż nie opuszczali nawet lotniska. W Paryżu przesiedli się na helikopter, który dowiózł ich na malutkie lotnisko w Denzo. Stąd zabrano ich do pałacu samochodem. Powitał ich szambelan królewski. Doniósł im, że Djaro odbywa właśnie ważne zebranie i nie będzie mógł widzieć się z nimi aż do następnego rana. Powiódł ich następnie do ich sypialni przez nie kończące się kamie
Tak, wyglądały jak duże, kosztowne aparaty fotograficzne i istotnie pełniły tę rolę. Zaopatrzone były w lampy błyskowe i mnóstwo dobrych urządzeń. Ale mogły także służyć jako radia. W tylną obudowę każdego aparatu wmontowane było nadzwyczaj silne walkie-talkie. Lampa błyskowa była równocześnie anteną nadawczo-odbiorczą. Zasięg odbioru dochodził do dwudziestu kilometrów, a nawet z wnętrza budynku aparat działał na odległość około czterech kilometrów. Walkie-talkie funkcjonowały tylko na dwu pasmach częstotliwości i nie mogły być odbierane przez radia czy i
Bert towarzyszył im w drodze z Los Angeles do Nowego Jorku i odbył z nimi poważną rozmowę. Między i
– Zrozumcie mnie dobrze, koledzy – mówił. – Być może wszystko pójdzie gładko i Djaro zostanie koronowany w przewidzianym terminie. Czuję jednak, że szykują się kłopoty, i mam nadzieję, że pomożecie nam je ujawnić.
Jak już mówiłem, nie zadawajcie pytań. Waranianie nie lubią, by ktoś się wtrącał w ich sprawy. Zwiedzajcie, fotografujcie widoki i miejcie oczy i uszy otwarte. Będziecie mi regularnie przekazywać sprawozdania przez radio w aparacie fotograficznym. Będę na moim stanowisku odbiorczym, prawdopodobnie w ambasadzie amerykańskiej.
To na razie wszystko. Z chwilą gdy wsiądziecie na pokład samolotu do Paryża, staniecie się samodzielni. Ja lecę do Waranii i
Bert Young zamilkł i otarł czoło. Chłopcy mieli ochotę zrobić to samo. Byli nieco przerażeni powierzonym im zadaniem. Czyniło ich wszak agentami wywiadu w służbie Stanów Zjednoczonych.
Teraz, patrząc na aparaty, przypominali sobie wszystko, co mówił Bert Young, i to ich niemal obezwładniało. Pierwszy otrząsnął się Pete. Wyjął swój aparat i otworzył jego skórzany futerał. Na dnie znajdował się jeszcze jeden przyrząd – maleńki magnetofon tranzystorowy, tak czuły, że mógł nagrać rozmowę toczącą się w drugim końcu pomieszczenia.
– Może powi
– Dobry pomysł, Drugi – przystał Jupiter. – Wyjdę na balkon i sfotografuję widok.
Wziął swój aparat i przeszedł spiesznie przez pokój. Na balkonie otworzył futerał i ustawił obiektyw na kopułę kościoła Świętego Dominika. Następnie nacisnął przycisk uruchamiający walkie-talkie. Schylił się nad aparatem, niby sprawdzając obraz w obiektywie, i powiedział cicho:
– Pierwszy się zgłasza. Tu Pierwszy, czy mnie odbierasz?
Bert Young odezwał się niemal natychmiast:
– Odbieram cię. Masz coś do zakomunikowania?
– Sprawdzam tylko urządzenie. Nie widzieliśmy się jeszcze z Djaro. Mamy się spotkać przy śniadaniu.
– Będę na miejscu. Miejcie się na baczności. Koniec odbioru.
– Zrozumiano – powiedział Jupe i wrócił do pokoju właśnie w chwili, gdy rozległo się pukanie do drzwi.
Pete otworzył, w drzwiach stał rozpromieniony książę Djaro.