Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 9 из 104

Ze statku przeszliśmy do poczekalni na poziomie ulicy, gdzie otoczyła nas kolejna fala ulicznych handlarzy. Ci sprzedawcy oferowali o wiele bardziej wyszukane towary niż ludzie na łodziach: złote amulety, figurki z kości słoniowej, kacze jaja. Jakiś staruszek wyciągnął z aksamitnego woreczka maleńkiego kryształowego konia i położył mi go na dłoni. Był oszlifowany jak brylant, a jego ścianki lśniły w słońcu. Pomyślałam o lodowych rzeźbach tworzonych przez Rosjan w Harbini e, ale nie miałam pieniędzy, więc musiałam oddać figurkę handlarzowi.

Pasażerowie witali się z krewny mi, większość odjeżdżała taksówkami lub w rikszach.

Stałam samotni e w cichnącym gwarze, było mi niedobrze ze strachu, a moje spojrzenie wędrowało do każdego mężczyzny o zachodnich rysach w nadziei, że okaże się on przyjacielem Borysa.

Amerykanie zainstalowali na ulicach ekrany, by puszczać kroniki filmowe z całego świata, pokazujące koniec wojny.

Przyglądałam się ludziom radośnie tańczącym na ulicach, uśmiechniętym żołnierzom wracającym do domu, do swoich apetycznych żon, słuchałam przemów zadowolonych prezydentów i premierów. Wszystkie materiały opatrzono chińskimi napisami.

Pomyślałam, że Ameryka usiłuje nas przekonać, że znowu będzie dobrze.

Kronika skończyła się prezentacją krajów, organizacji i jednostek, które pomogły wyzwolić Chiny spod japońskiej okupacji.

Brakowało jednej grupy: komunistów.

Nagle wyrósł przede mną elegancko ubrany Chińczyk. Wręczył mi wizytówkę o złotych rogach, z moim imieniem i nazwiskiem wypisanymi wąskim i, niechlujnymi literami.

Na widok mojego wahania oświadczył:

– Wszystko w porządku, przysyła mnie pan Siergiej. Spotka się z tobą u siebie w domu.

Na ulicy, z dala od wiatru znad rzeki, słońce przypiekało świat subtropikalnym skwarem. Setki Chińczyków kucało w rynsztokach, gotując pikantne rosołki albo oferując świecidełka. Między nimi uliczni handlarze popychali wózki z ryżem i drewnem.

Służący pomógł mi wsiąść do rikszy i po chwili jechaliśmy ulicą pełną rowerów, brzęczących tramwajów i lśniących amerykańskich buicków i packardów.

Odwróciłam głowę, żeby przyjrzeć się wspaniałym kolonialnym budynkom. Nigdy wcześniej nie widziałam takiego miasta jak Szanghaj. Ulice za Bundem wyglądały jak labirynty ciasnych alejek pełnych domów połączonych sznurami, z których pranie zwisało niczym flagi.

Łyse dzieci o wilgotnych oczach zerkały ciekawsko z pogrążonych w mroku progów. Na każdym rogu stała budka z jedzeniem, wydobywał się z nich smród palonej gumy. Poczułam ulgę, kiedy zjełczałe powietrze ustąpiło miejsca aromatowi świeżo upieczonego chleba.

Riksza przejechała pod łukowatym sklepieniem i wyłoniła się w oazie wybrukowanych kocimi łbami ulic, lamp art deco i sklepowych wystaw pełnych wyrobów cukierniczych i antków.

Wjechaliśmy w uliczkę porośniętą z obu stron klonami i przystanęliśmy pod wysokim błękitnym murem z betonu. Wbiłam wzrok w kawałki potłuczonego szkła zacementowanego na szczycie muru i drut kolczasty wokół gałęzi górujących nad nim drzew.

Służący pomógł mi wysiąść z rikszy i nacisnął dzwonek przy furtce, którą po chwili otworzyła starsza chińska służąca o bladej twarzy kontrastującej z czarną chińską suknią. Nie odpowiedziała na moje powitanie w dialekcie mandaryńskim Opuściła tylko wzrok i wprowadziła mnie na teren posiadłości.

Na podwórzu dominował dwupiętrowy dom o błękitnych drzwiach i oknach, z szybkami osadzonymi w szprosach. Kryte przejście łączyło go z parterowym budynkiem. Na widok wiszącej w oknie pościeli uznałam, że to kwatery służby.

Służący wręczył moją torbę pokojówce i zniknął w niskim budynku. Ruszyłam za nią przez schludny trawnik, obok grządek rozkwitających krwistoczerwonych róż. Hol był przestro

Cisza w domu sprawił a, że poczułam się dziwnie odmieniona, jakbym przeszła w stan nie będący już życiem, ale i nie śmiercią. Na końcu holu widziałam pokój o czerwonych zasłonach, wyściełany perskimi dywanami. Na jasnych ścianach wisiały dziesiątki francuskich i chińskich malowideł.

Pokojówka już miała mnie tam wprowadzić, kiedy zauważyłam kobietę na schodach. Jej bladą twarz okalały granatowoczarne włosy obcięte na modnego pazia. Musnęła przyozdobiony strusimi piórami kołnierzyk sukienki i przyglądała mi się przez chwilę ciemnymi, surowymi oczami.

– Bardzo ładne dziecko – powiedziała po angielsku do pokojówki.

– Ale takie poważne. Co ja na Boga zrobię z tą jej ponurą buzią, skoro ma mi całymi dniami towarzyszyć?

Siergiej Mikołajewicz Kiryłow był zupełnie i

Przy biurku siedział jeszcze jeden mężczyzna.

– To Ania Kozłowa – powiedział do niego Siergiej Mikołajewicz. – Sąsiadka mojego przyjaciela z Harbinu. Jej matkę wywieźli Sowieci, musimy się nią zająć. W zamian za opiekę nauczy nas manier starej arystokracji.

Drugi mężczyzna uśmiechnął się i wstał, by uścisnąć mi dłoń.

Jego oddech śmierdział zatęchłym tytoniem, a twarz miała niezdrowy odcień.

– Jestem Aleksiej Igorewicz Michajłow – powiedział. – Bóg mi świadkiem, że nam, mieszkańcom Szanghaju, przydałyby się dobre maniery.

– Wszystko mi jedno, czego was nauczy, byleby mówiła po angielsku. – Amelia zapaliła papierosa z leżącej na stole papierośnicy.

– Tak, proszę pani, mówię – odezwałam się.

Rzuciła mi pozbawione wesołości spojrzenie i pociągnęła za sznurek przy drzwiach.

– To dobrze – stwierdziła. – Masz okazję zademonstrować swoją angielszczyznę dziś przy kolacji. Siergiej zaprosił kogoś, kto jego zdaniem będzie się dobrze bawił w towarzystwie młodej pięknej poliglotki, która nauczy go dobrych manier.

W pokoju pojawiła się maleńka pokojówka z opuszczoną głową. Miała nie więcej niż sześć lat, karmelową skórę i włosy ściągnięte w koczek.

– To Mei Lin – powiedziała Amelia. – Kiedy już raczy otworzyć usta, mówi tylko po chińsku. Pewnie znasz ten język. Jest twoja.

Dziewczynka wpatrywała się jak zahipnotyzowana w jakiś punkt na podłodze. Siergiej Mikołajewicz popchnął ją delikatnie. Uniosła wzrok i z przerażeniem przeniosła spojrzenie z wielkiego Rosjanina i jego smukłej żony na mnie.

– Odpocznij trochę i zejdź na dół, kiedy będziesz gotowa. – Siergiej Mikołajewicz uścisnął moje ramię i odprowadził mnie do drzwi.

– Bardzo ci współczuję, ale mam nadzieję, że kolacja wprawi cię w lepszy humor. Borys pomógł mi, gdy utraciłem wszystko podczas rewolucji. Zamierzam odpłacić mu za tę dobroć, dbając o ciebie.

Wpuściłam Mei Lin do swojego pokoju, chociaż wolałabym zostać sama. Nogi drżały mi ze zmęczenia, czułam pulsowanie w skroniach. Każdy krok był udręką, ale Mei Lin patrzyła na mnie z tak niewi

Mój pokój, z widokiem na ogród, znajdował się na pierwszym piętrze. Były w nim ciemne sosnowe podłogi i złote tapety. Przy wykuszowym oknie stał antyczny globus, a na środku łoże z baldachimem. Podeszłam do łóżka i położyłam dłoń na kaszmirowej narzucie. Gdy tylko moje palce dotknęły tkaniny, przepełniła mnie rozpacz. To był pokój kobiety. W chwili, w której odebrano mi matkę, przestałam być dzieckiem. Zakryłam twarz rękami i zatęskniłam za strychem w Harbinie. Oczyma duszy widziałam wszystkie lalki ustawione na belce i słyszałam każde skrzypnięcie desek podłogowych.

Odwróciłam się od łóżka i podbiegłam do okna, obracając globus, aż znalazłam Chiny. Palcem wytyczyłam trasę z Harbinu do Moskwy.