Страница 89 из 104
Wyrwałam jej list i podarłam go na kawałeczki, rzucając je ku niebu. Patrzyłam, jak wirują niczym płatki śniegu w letnim powietrzu.
– Przeklinam cię! – wrzasnęłam, wymachując pięściami pozbawionemu dłoni mężczyźnie, który pewnie od dawna już nie żył, ale nadal potrafił mnie skrzywdzić. – Przeklinam cię!
Nogi ugięły się pode mną. Uderzyłam ramieniem o ziemię, ale nic nie poczułam. Widziałam nad sobą niebo i wschodzące na nim gwiazdy. Już dwukrotnie tak upadłam. Raz w śnieg, gdy śledziłam generała, tego dnia, w którym poznałam Tanga. Drugi raz, gdy Dymitr oznajmił mi, że kocha Amelię.
Betty i Ruselina przykucnęły nade mną.
– Zadzwoń po lekarza! – krzyknęła Ruselina do Iriny. – Krew leci jej z ust!
Wyobraziłam sobie matkę na odludnych nizinach Chin, leżącą twarzą do ziemi. Kule podziurawiły jej ciało, niczym mole piękne futro, z ust sączyła się krew.
Niektórzy twierdzą, że lepiej znać prawdę, niż tkwić w nieświadomości. Nie dla mnie. Po tym liście nie miałam już nadziei. Zabrakło dobrych wspomnień, których mogłam się uchwycić, szczęśliwych marzeń o przyszłości. Cały mój świat skończył się wraz ze świstem kul nocą.
Dni mijały w nieustępliwym upale, bez wytchnienia.
– Aniu, musisz wstać z łóżka – codzie
Ja jednak nie chciałam wychodzić z mieszkania. Opuściłam żaluzje i zwinęłam się na łóżku. Woń stęchłej bawełny i ciemności mnie uspokajała. Ruselina i Betty przynosiły mi jedzenie, ale nie mogłam jeść. Brakowało mi apetytu, a poza tym upadając, przygryzłam język i spuchł boleśnie. Szczypał mnie nawet wtedy, gdy jadłam pokrojonego melona. Keith nie przyszedł tamtego wieczoru, kiedy dostałam list. Zjawił się dzień później i stał w progu, lekko odwrócony, z bukiecikiem przywiędłych kwiatów w dłoni.
– Przytul mnie – powiedziałam.
Przytulał mnie przez kilka minut, chociaż oboje rozumieliśmy, że nie łączy nas nic wartościowego.
Nieważne, nieważne, powtarzałam sobie, kiedy wyszedł i wiedziałam, że to już przeszłość. Lepiej mu będzie z jakąś wesołą Australijką.
Usiłowałam zrozumieć, skąd ten nieoczekiwany koniec. Jeszcze kilka tygodni temu byłam w ratuszu, rozmawiałam z Hades Sweet. Keith i ja chyba się w sobie zakochiwaliśmy; mimo że moje poszukiwania utknęły w martwym punkcie, nadal istniała możliwość, że odnajdę matkę. Myślałam, że jestem coraz bliżej niej.
Przypomniałam sobie Cygankę w Szanghaju, tę, która ukradła mój naszyjnik, potem pobyt na Tubabao, gdzie byłam pewna, że wy – czuwam obecność matki. Pokręciłam głową, zastanawiając się nad ironią losu: tak się rozzłościłam na Czerwony Krzyż, kiedy Disy Kent oznajmiła, że nie mogą mi pomóc. Jak się okazało, matka nigdy nie wyjechała z Chin, została stracona zaledwie w kilka godzin po naszym rozstaniu. Potem przypomniałam sobie smutne oblicze Siergieja i ostrzeżenia Dymitra, żeby na nic nie liczyć. Czy wiedzieli o śmierci mojej matki, ale postanowili milczeć? Tak długo wierzyłam, że pewnego dnia wielka pustka, którą pozostawiło we mnie odejście matki, zniknie, a teraz nagle musiałam uwierzyć, że to się nigdy nie stanie.
Tydzień później Irina stanęła w drzwiach mojego mieszkania z ręcznikiem i słomkowym kapeluszem w dłoniach.
– Aniu, nie możesz tak leżeć przez całą wieczność. Twoja matka by tego nie chciała. Chodźmy na plażę. Iwan bierze udział w zawodach. To jego ostatni występ przed wyjazdem do Melbourne.
Usiadłam, do dziś sama nie wiem dlaczego. Nawet Irina wydawała się zdumiona. Może po tygodniu leżenia w łóżku uświadomiłam sobie wreszcie, że jedynie opuszczenie go może pokonać ból.
Kręciło mi się w głowie i miałam drżące nogi, jak ktoś, kto wstał po długiej chorobie. Irina potraktowała moje wyjście z łóżka jako sygnał do odsłonięcia żaluzji. Promienie słońca i szum fal były szokiem dla mojego wampirzego stanu, uniosłam dłoń, żeby osłonić oczy. Choć wybierałyśmy się na plażę, uparła się, żebym wzięła prysznic i umyła włosy.
– Jesteś za ładna, żeby wychodzić gdziekolwiek, wyglądając jak upiór. – Pogłaskała moje potargane strąki i pchnęła mnie w kierunku łazienki.
– Powi
Kiedy weszłam pod prysznic i odkręciłam kurki, poczułam się wyczerpana. Usiadłam na krawędzi wa
To moja wina, pomyślałam. Tang ruszył za nią, bo ja mu uciekłam.
Irina odgarnęła mi włosy z twarzy, ale nie zwróciła najmniejszej uwagi na moje łzy. Pchnęła mnie pod strumień wody i silnymi palcami zaczęła masować mi głowę. Szampon pachniał karmelem i miał kolor żółtek.
Zawody okazały się nagłym powrotem do świata żywych. Plaża była pełna wysmarowanych olejkiem ludzi, kobiet w słomkowych kapeluszach, dzieci z gumowymi kołami, mężczyzn z kremem cynkowym na nosie, starszych państwa na kocach i ratowników ze wszystkich klubów w Sydney. Coś się stało z moim słuchem, miałam zatkane uszy. W jednej chwili dźwięki wydawały mi się niewiarygodnie donośne, a w następnej zapadała cisza. Słysząc płacz dziecka, zatkałam uszy, ale kiedy opuściłam dłonie, nic nie słyszałam.
Irina trzymała mnie za rękę, żebyśmy się nie zgubiły w tłumie.
Słońce migoczące na wodzie tego ranka wprowadzało w błąd, gdyż fale były wysokie i niebezpieczne. Już wyciągnięto z morza trójkę ludzi, mimo że pływali na teoretycznie bezpiecznym obszarze. Mówiło się o zamknięciu plaży i odwołaniu zawodów, ale w końcu organizatorzy uznali, że wyścig łodzi jest bezpieczny.
Ratownicy maszerowali dumnie ze swoimi klubowymi flagami, zupełnie jak wojskowi. Manlu Mona Vale, Bronte, Queenscliff. Ratownicy z Klubu Północnego Bondi nosili jednoczęściowe kostiumy na szelkach w klubowych barwach brązu, czerwieni i bieli.
Iwan maszerował z liną u pasa. Trzymał głowę wysoko, a blizna była niewidoczna w jaskrawym świetle. Po raz pierwszy odniosłam wrażenie, że widzę jego twarz taką, jaka naprawdę jest, pełną determinacji, ze szczęką zaciśniętą jak u bohaterów starych filmów. Grupki kobiet w tłumie wykrzykiwały słowa zachęty pod adresem mężczyzn. Iwan na początku nie zwracał na nie uwagi, przekonany, że okrzyki nie są przeznaczone dla niego, ale ponaglany przez i
Gdybym miała więcej rozumu, zdrowsze serce, wyszłabym za Iwana, kiedy mnie o to prosił, pomyślałam. Może podarowalibyśmy sobie odrobinę szczęścia i pociechy. Na to było już jednak za późno. Za późno na wszystko z wyjątkiem żalu.
Iwan z drużyną zaciągnęli łódź na brzeg oceanu. Tłum wiwatował, gwiżdżąc i krzycząc: „Bondi! Bondi!”. Irina krzyknęła i Iwan odwrócił się do nas i spojrzał mi prosto w oczy. Gdy obdarzył mnie uśmiechem, poczułam ciepło w sercu, jednak po chwili się odwrócił i znowu było mi zimno.
Drużyny na sygnał zwodowały łodzie. Walczyły z wysokimi falami, które rozbijały się o dzioby. Jedna z łodzi wykonała zbyt gwałtowny skręt i się przewróciła. Większość mężczyzn zdążyła w porę wyskoczyć, ale jeden z ratowników utknął pod nią i trzeba go było ratować. Jeden z organizatorów turnieju pobiegł na brzeg, ale było za późno, żeby zawołać i