Страница 87 из 104
Po siódmym dniu odmierzałam czas codzie
– Nie, pani list się nie pojawił. Wyślemy zawiadomienie.
– Ale to bardzo ważny list – wyjaśniała Irina, usiłując wzbudzić w nich współczucie. – Proszę zrozumieć nasz niepokój.
Oni jednak tylko spoglądali na nas z góry, zbywając nasz prywatny dramat machnięciem ręki, jak udzielni władcy, a nie urzędnicy na państwowym garnuszku. Kiedy list nie nadszedł i po dziesięciu dniach poczułam się tak, jakby przygniótł mnie straszliwy ciężar, ale pocztowcom nie starczyło przyzwoitości, aby zadzwonić do i
Witalij wysłał telegram do rodziców, ale oni jedynie potwierdzili adres.
Żeby nie myśleć o liście, pewnego popołudnia wybrałam się z Keithem na Royal Randwick. Keith był zajęty letnimi igrzyskami, ale próbował widywać się ze mną przy każdej okazji. Diana dała mi wolny dzień, Keith miał zrobić wywiad z trenerem koni, Gatesem, i opisać popołudniowe wyścigi. Wiele razy byłam na torach wyścigowych, ale zawsze tylko przez chwilę, żeby sfotografować modę.
Nigdy nie interesowało mnie śledzenie gonitw, ale uznałam, że lepsze to niż dzień w samotności.
Obserwowałam konie z balkonu baru, a Keith przeprowadzał wywiad z Gatesem w stajni, podczas siodłania. Jego koń, Burzliwa Sahara, był gniadoszem pełnej krwi angielskiej, z białą strzałką, miał nogi tak długie jak całe ciało dżokeja. Trener był zniszczonym mężczyzną trzymającym niedopałek w kąciku ust. Diana często mawiała, że dobrego reportera rozpoznaje się po reakcji rozmówców. Choć Gates musiał być zajęty i
Jakaś Amerykanka i jej córka, ubrane w kostiumy i kapelusze od Chanel, podeszły do żółtej linii narysowanej wokół kas bukmacherskich i baru dla członków klubu. Zajrzały za nią, jakby szukały rybki w stawie.
– Czy kobietom naprawdę nie wolno wychodzić poza tę linię? – zapytała mnie matka.
Skinęłam głową. Ta granica była nie tyle dla kobiet, ile zaznaczała obszar tylko dla członków klubu; jednak żadna kobieta nie mogła do niego wstąpić.
– Niewiarygodne! – stwierdziła starsza Amerykanka. – Nie widziałam czegoś takiego od czasów Maroka. Proszę powiedzieć, co się stanie, jeśli zechcę obstawić jakiś zakład?
– No cóż, powinien go obstawić towarzyszący pani mężczyzna albo może pani wyjść do kasy zewnętrznej i obstawić zakład po stronie dla publiczności. To jednak nie wyglądałoby najlepiej.
Kobieta i jej córka wybuchnęły śmiechem.
– Zawracanie głowy. Co za szowinistyczny kraj!
Wzruszyłam ramionami. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, i tak zawsze interesowały mnie obszary zarezerwowane dla kobiet.
Najpierw trafiałam zazwyczaj do łazienki dla pań. Tam kobiety z zapałem poprawiały makijaż, przyglądały się swoim sukienkom i kapeluszom, prostowały szwy w pończochach. Można było posłuchać plotek, dowiedzieć się, kto nosi prawdziwego Diora, a kto kupuje podróbki. Właśnie tam często spotykałam pewną Włoszkę, Marię Logi. Przypominała Sophię Loren, miała taką samą skórę w kolorze kawy i zapierającą dech w piersiach figurę. Jej bogata rodzina utraciła wszystko podczas wojny. W Australii Maria próbowała wrócić do zamożnych kręgów. Nie zdołała jednak wyjść za nikogo z towarzystwa, za to została żoną sły
Maria próbowała mnie kiedyś przekupić, namawiając, żebym zamieściła jej zdjęcie w gazecie. Nie przyjęłam łapówki, ale oświadczyłam, że zamieszczę jej fotografię w dodatku o modzie na wyścigach, jeśli kupi jakiś strój od którejś z dobrych australijskich projektantek. Pojawiła się w kremowym kostiumie z wełny, za – projektowanym przez Beril Jents. Świetnie jej było w tym kolorze, włożyła do kostiumu żółtą apaszkę i poruszała się z iście włoską energią. Musiała zostać gwiazdą dodatku.
– Zrobiłaś mi przysługę, więc muszę się zrewanżować – powiedziała kiedyś, gdy spotkałyśmy się w łazience – „Mój mąż ma przyjaciół, znajdę ci jakiegoś miłego dżokeja – To dobrzy mężowie. Nie są chytrzy, chętnie sypną groszem na kobietę.
– Spójrz, jaka jestem wysoka, Mario – parsknęłam śmiechem. – Dżokej z pewnością by się mną nie zainteresował.
– Mylisz się. – Maria pogroziła mi palcem. – Lubią postawne kobiety. Przypominają im konie.
Odwróciłam się do Amerykanki z córką.
– Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma – powiedziałam. – Tutejsze żony dżokejów słyną ze swojej piękności wdzięku i rozumu. Rzadko mówi się to samo o ich mężach.
– Co by się stało, gdybyśmy minęły tę linię? – chciała wiedzieć córka. Jedną nogą stanęła w kręgu po stronie dla członków klubu.
Matka poszła w jej ślady. Stały tak z rękami na biodrach, ale lada chwila miały się rozpocząć wyścigi i poza krzywym spojrzeniem jednego staruszka nikt nie zwrócił uwagi na cudzoziemki.
Keith podbiegł do mnie, machając programem wyścigów.
– Postawiłem za ciebie na swoich ulubieńców. – Powiesił sobie lornetkę na szyi i mrugnął do mnie. – Kiedy skończę, spotkamy się tutaj.
Otworzyłam program i ujrzałam, że zawarł w moim imieniu trzy zakłady po pięć szylingów każdy, czyli zupełnie przyzwoicie. Doceniłam jego wysiłek, ale wyścigi właściwie nic mnie nie obchodziły.
Nawet kiedy jeden z wybranych przez niego koni, Chaplin, który przez większość gonitwy trzymał się w środku, nagle wyszedł na prowadzenie i zwyciężył, nie potrafiłam dzielić radości z tłumem.
Kiedy Keith spisał już przebieg wyścigu i wyniki, spotkaliśmy się w barze na drinku. Kupił dla mnie brandy, które uprzejmie usiłowałam wypić, podczas gdy on opisywał mi życie świata wyścigów: outsiderów i faworytów, wagę dżokejów i wszelkie utrudnienia, przed którymi stają, taktykę jeźdźców i reguły obstawiania zakładów. Tego popołudnia po raz pierwszy zauważyłam, że zwraca się do mnie A
– Lepiej nie myśleć o smutnych rzeczach.
Mimo to pragnęłam jego towarzystwa. Marzyłam, żeby złapał mnie za rękę i wyciągnął z wiru, który mnie pochłaniał. Chciałam powiedzieć: „Keith, przypatrz mi się. Zobacz, że tonę. Pomóż”. On jednak tego nie widział. Odprowadził mnie na przystanek, cmoknął w policzek i odesłał do mojej bezmyślnej samotności, a sam wrócił do baru i dalej tropił rozmaite historie.
Otworzyłam drzwi mieszkania. Cisza w nim była jednocześnie krzepiąca i nieznośna. Zapaliłam światło i ujrzałam, że Ruselina i Betty posprzątały. Moje buty były wyczyszczone i stały w parach pod drzwiami. Koszula nocna leżała złożona u stóp łóżka, razem z kapciami. Na poduszce położyły kostkę mydła lawendowego i ręcznik w wyhaftowane kwiaty i drozdy. Rozwinęłam go i ujrzałam słowa: „Dla naszej kochanej dziewczynki”. Moje oczy napełniły się łzami. Może coś zmieni się na lepsze. Choć wszystko we mnie krzyczało, że nadejście listu pogorszy sytuację, próbowałam żywić nadzieję na coś i
Betty napiekła pierniczków i zostawiła je w słoju na biurku.
Wyjęłam jeden i niemal złamałam ząb, usiłując go ugryźć. Nastawiłam czajnik i zaparzyłam herbaty, w której rozmiękczałam pierniczki i dopiero potem je jadłam. Położyłam się na łóżku, żeby chwilkę odpocząć, ale zapadłam w głęboki sen.
Godzinę później obudziło mnie pukanie do drzwi. Walczyłam ze sobą, usiłując usiąść, byłam ociężała ze zmęczenia i smutku. Przez judasza ujrzałam Iwana. Otworzyłam drzwi, a on wmaszerował do środka z rękami pełnymi mrożonek. Ruszył wprost do kuchenki i otworzył drzwi minilodówki. Stał w niej tylko słoiczek musztardy.