Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 104

Byłam w Bundzie, szukałam rikszy, by wrócić do domu po lunchu z Lubą. W głowie mi się kręciło od szampana, który popijałam, by ulżyć swojej samotności. Było zimno, miałam na sobie długie futro z kapturem, szal zasłaniał mi twarz. Serce mi zamarło, gdy ujrzałam znajomą limuzynę, podjeżdżającą do krawężnika zaledwie metr ode mnie. Wysiadł z niej Dymitr. Był tak blisko mnie, a jednak nie miał o tym pojęcia. Mogłam dotknąć palcem jego policzka. Uliczny hałas ucichł, wydawało mi się, że jesteśmy sami, uwięzieni w czasie. Dymitr wyciągnął rękę, a ja się skrzywiłam na widok palców o ostrych paznokciach, które zacisnęły się na jego dłoni. Z auta wyłoniła się Amelia w czerwonej pelerynie z sobolowym szalem. Wyglądała jak piękna diablica. Niemal umarłam, widząc podziw na twarzy Dymitra. Objął Amelię w talii, identycznym, intymnym gestem jak Aleksiej obejmował Lubę.

Zniknęli w miejskim tłumie, a ja zamknęłam się w sobie. Coś mi mówiło, że Dymitr, którego znałam, umarł, i że zostałam szesnastoletnią wdową.

Nabrałam zwyczaju sypiania niemal do południa. Około pierwszej riksza wiozła mnie do klubu Luby, gdzie przesiadywałam nad posiłkiem, przeciągając lunch aż do popołudniowej herbatki. Popołudniami w głównym foyer grano Mozarta albo jazz, słuchałam muzyki aż do zachodu słońca, gdy kelnerzy zaczynali przygotowywać stoliki do kolacji. Zostawałabym i na niej, gdyby nie moja niepewność. Byłam co najmniej o pięć lat młodsza od najmłodszych bywalczyń klubu. I tak sfałszowałam datę urodzenia na karcie członkowskiej, żeby przychodzić tu bez Luby.

Pewnego dnia przeglądałam przy stoliku „North China Daily News”. Nic nie pisali o wojnie domowej oprócz tego, że nacjonaliści i Mao Zedong usiłują zawrzeć rozejm. Ugoda między tak przeciwstawnymi siłami wydawała się mało prawdopodobna. Prze – stałam rozumieć, co w tych dniach jest prawdą, a co propagandą.

Podniosłam wzrok znad gazety i skupiłam uwagę na nagim ogródku skalnym. Ktoś przyglądał się mojemu odbiciu w szybie. Obejrzałam się i zobaczyłam wysoką kobietę w kwiecistej sukience.

– Jestem Anouck – przedstawiła się nieznajoma. – Bywa tu pani codzie

Miała twardy, holenderski akcent. Zerknęła na krzesło przede mną.

– Tak, trochę. – Gestem wskazałam jej, żeby usiadła.

W brązowych włosach kobiety błyskały złote nitki, skóra wydawała się naturalnie opalona. Jedynie usta stanowiły skazę na jej urodzie. W uśmiechu chowała górną wargę, przez co wyglądała bardzo surowo. Natura była okrutna. Tworzyła takie piękno, a następnie je psuła.

– Nie, mówi pani bardzo dobrze – stwierdziła. – Słyszałam. Z lekkim amerykańskim akcentem. Mój mąż… był Amerykaninem.

Na dźwięk słowa „był” przyjrzałam się jej uważniej. Nie mogła mieć więcej niż dwadzieścia parę lat. Kiedy milczałam, dodała:

– Mąż… nie żyje.

– Przykro mi – odparłam. – To przez wojnę?

– Czasem tak mi się wydaje. A pani małżonek? – Wskazała na moją obrączkę.

Zarumieniłam się. Bywałam w klubie częściej niż na młodą mężatkę przystało. Zerknęłam na dwa splecione złote paski i prze – klęłam się w duchu za to, że nie zdjęłam obrączki. Nagle usta kobiety drgnęły i wtedy zrozumiałam. Obie się uśmiechałyśmy, ale nie sposób było nie zauważyć, że w naszych oczach rozbłysło cierpienie.

– Mój mąż… On też nie żyje – oznajmiłam.

– Rozumiem – powiedziała z uśmiechem.

Anouck okazała się przemiłą towarzyszką. Pojawiałam się w klubie znacznie rzadziej, odkąd przedstawiła mnie i

Anouck namówiła mnie na uczestnictwo w „popołudniach języka i kultury” w konsulacie amerykańskim. Raz w tygodniu konsul generalny zapraszał cudzoziemców i personel ambasady na spotkania w eleganckim salonie swojej rezydencji. Przez pierwszą godzinę rozmawialiśmy po angielsku o rozmaitych prądach artystycznych i literaturze; nigdy o polityce. Potem łączyliśmy się w pary z tym spośród personelu ambasady, który zapragnął poznać nasz ojczysty język. Niektórzy bardzo poważnie podchodzili do tych lekcji, jednak dla większości był to pretekst do spotkań z nowymi ludźmi i objadania się orzeszkami. Jedynym Amerykaninem, który chciał się nauczyć rosyjskiego, był wysoki, tyczkowaty młody człowiek, Dan Richards. Od razu go polubiłam. Miał rude włosy, kręcone i krótko przycięte, jego skóra była piegowata, a jasne oczy otoczone siecią drobniutkich zmarszczek, pogłębiających się przy każdym uśmiechu.

– Dobryj dień, pani Łubieńska – powiedział, potrząsając moją dłonią. – Mienia zawut Daniel.

Miał koszmarny akcent, ale jego zapał był tak czarujący, że po raz pierwszy od dłuższego czasu szczerze się uśmiechnęłam.

– Chcesz zostać szpiegiem? – drażniłam się z nim.

– Nie. – W jego oczach pojawiło się zdumienie. – Nie mam predyspozycji. Mój dziadek był dyplomatą w Moskwie przed rewolucją. Bardzo dobrze wyrażał się o Rosjanach, zawsze mnie intrygowali. Kiedy Anouck oznajmiła, że przyprowadzi swoją uroczą rosyjską przyjaciółkę, postanowiłem rzucić tego starego gargulca, który uczył mnie francuskiej gramatyki, i zabrać się do rosyjskiego!

Popołudnia języka i kultury okazały się jedyną radością tego okropnego, chłodnego przedwiośnia. Dan Richards był zabawny i czarujący, żałowałam, że oboje mamy małżonków, bo z łatwością mogłabym się w nim zakochać. Jego żarty i dżentelmeńskie maniery pomogły mi częściowo zapomnieć o Dymitrze. Dan z taką czułością i szacunkiem opowiadał o swojej ciężarnej żonie, że dzięki niemu znowu zapragnęłam komuś zaufać. Słuchając go, mogłam uwierzyć w miłość. Zaczęłam czuć się jak osoba, którą byłam, zanim odebrano mi matkę, jak ktoś, kto wierzy w ludzką dobroć.

Pewnego popołudnia Dan spóźniał się na lekcję. Przyglądałam się i

– O co chodzi? – spytałam.

– O Polly. Właśnie odesłałem ją do Stanów.

– Dlaczego?

Zwilżył usta językiem, jakby mu wyschły.

– Polityczna sytuacja tutaj zrobiła się zbyt niepewna – odparł. – Kiedy Japończycy zaatakowali, wywieźli mnóstwo amerykańskich kobiet i dzieci do obozów. Nie będę ryzykował. Gdybyś ty była moją żoną, też bym cię odesłał – dodał.

Wzruszyła mnie jego troska.

– My, Rosjanie, nie mamy dokąd iść – poinformowałam go. – Chiny to nasza ojczyzna.

Rozejrzał się po pokoju, a następnie zbliżył twarz do mojej.

– Aniu – zaczął – to poufna informacja, ale Czang Kaj – szek ma zamiar opuścić miasto. Amerykański rząd poinformował nas, że nie zamierza dłużej wspierać rządu nacjonalistów. Nasza broń wpada w ręce komunistów za każdym razem, gdy jakiś nacjonalistyczny generał decyduje się przejść na drugą stronę. Anglicy nakazali swoim obywatelom zachowywać się normalnie. My jednak zbytnio zasiedzieliśmy się w Chinach. Pora na nas.

Później, podczas ciast i przekąsek, Dan wsunął mi w dłoń jakąś karteczkę.

– Przemyśl to, Aniu – powiedział. – Kozak Grigorij Bołogow negocjuje z IRO, Międzynarodową Organizacją do Spraw Uchodźców, wywiezienie twoich rodaków z Szanghaju. Wkrótce odpływa statek na Filipiny. Jeśli zostaniesz, chińscy komuniści wyślą cię do Związku Radzieckiego. Ostatnią grupę Rosjan z Szanghaju, która wróciła tam po wojnie, skazano na śmierć za szpiegostwo.

Pobiegłam w deszczu do domu, ściskając adres Bołogowa w dłoni.

Byłam przygnębiona i pełna obaw. Opuścić Chiny? Dokąd miała – bym się udać? Wyjazd z Chin równał się zostawieniu matki. Skąd by wiedziała, gdzie mnie znaleźć? Pomyślałam o bezpiecznej drodze do Stanów, szczęśliwej i ciężarnej pani Richards, do której miał wkrótce dołączyć dobroduszny, wierny i zakochany mąż. Jaki kapryśny bywa los. Dlaczego ja musiałam spotkać Dymitra? Położyłam dłonie na płaskim brzuchu. Nie miałam już męża, ale może odnalazłabym się w roli matki. Wyobraziłam sobie małą dziewczynkę o ciemnych włosach i bursztynowych oczach swojej babci.