Страница 7 из 44
1978
WYLICZANKA
Tkwiłem wraz ze swym stateczkiem w próżni. czekając z utęsknieniem na sygnał wzywający mnie do powrotu. W zasadzie czas mego patrolu skończył się już, ale nie mogłem opuścić posterunku, Zanim nie otrzymam potwierdzenia z Bazy, że mój zmie
Przebierałem nerwowo palcami po klawiaturze pulpitu sterowniczego w oczekiwaniu na upragniony znak. Kurs miałem już od kilku godzin zaprogramowany, teraz wystarczyło jedynie wcisnąć taster uruchamiający procedurę odejścia. Było to wszystko niezgodne z przepisami, bo programowanie lotu należało rozpocząć dopiero po otrzymaniu wezwania, ale nikt tak nie robił. Wcześniejsze ustalanie trajektorii powrotu to był idiotyczny zysk rzędu kilku minut przy kilkunastogodzi
Przeciągnąłem się w fotelu i z potwornym ziewaniem rozwarłem paszczękę. tak szeroko, jakbym chciał połknąć panoramiczny ekran wraz z widocznym w nim fragmentem wszechświatu. Chętnie bym to zresztą uczynił, bo nie cierpię kosmosu. Za to lubię pieniądze i wszystko to. co one dają.
Wreszcie jest sygnał!
Rzuciłem się do pulpitu i zanim sygnalizator zdążył rozświetlić się powtórnie, ja już wracałem. Rozparłem się wygodnie w fotelu i pogroziłem pięścią "mojemu" fragmentowi pustki.
– Nienawidzę cię! – powiedziałem mściwie. – Obym tu więcej nie wrócił!
Po wylądowaniu na Tetyd/ie zostawiłem statek pod opieką mechaników, a sam po złożeniu zdawkowego meldunku oficerowi dyżurnemu, że w czasie pełnienia służby nic ważnego nie zaszło, pognałem do baru.
Uwielbiam tę chwilę, chyba tylko dla niej warto jest się dać zapuszkować na te kilkanaście dni. Siadam, jeszcze w kombinezonie, na wysokim stołku przy barze w kantynie i opieram się plecami o filar. To moje ulubione miejsce, wszyscy o tym wiedzą i gdy wracam, jest zawsze wolne. Dba o to Fred. barman. Poprawiam się na stołku i zastanawiając się, co wybrać do picia, rozglądam się leniwie wokół. W barze jest niewielu ludzi, światła przyćmione, cicha muzyka sączy się nienatrętnie w ucho, kilka chichoczących dziewczyn zajmuje stolik w kącie. Mrugam do nich i odwracam wzrok. Jeszcze nie czas. Myślę. Fred wyciera szklanki chuchając w nie, ogląda pod czerwonym światłem. Z powątpiewaniem kręci wielką głową, znów chucha i poprawia ścierką.
Obaj wiemy, że to gra, że jak zwykle zamówię dużą whisky "Komandor Crax" z lodem. Fred nie stawia jej jednak nigdy przede mną, zanim nie zamówię. Udaje, że wierzy, iż tym razem dokonam i
– Duży,,komandor" z lodem. Fred.
Barman stawia na blat szklaneczkę błyszczącą jak sam Koh-i-noor i stuka butelką o ladę. Potem nalewa, a ja powściągając się czekam, aż wrzuci lód. Wreszcie wszystko jest gotowe i barman powoli przysuwa napój pod mój nos. Wdycham aromat i jestem szczęśliwy.
– Było paskudnie, Fred – odpowiadam na jego nie zadane pytanie i pociągam pierwszy łyk.
Good heavens! Tego było mi brak przez całe szesnaście dni! Piję łapczywie i kilkoma łykami osuszam szklaneczkę. Fred bez słowa napełnia ją. Moje pierwsze pragnienie zostało zaspokojone, teraz nie śpieszę się, mam przed sobą dwa tygodnie wolności. Szum w barze to wzrasta, to maleje, ludzie wchodzą, piją i wychodzą. Sami lub z którąś z dziewczyn.
– Zawsze jest parszywie – dodaję, gdy barman przechodzi obok mnie.
Nie zwraca na mnie uwagi, bo wie, że już mi nie będzie potrzebny. Zamierzam właśnie wybrać cumy i ruszyć w stronę rozbawionego stolika, 8dy jedna z kurewek uprzedza mnie i staje tuż obok.
Jeszcze się nie znamy – mówi. – Postawisz mi drinka?
Wskazuję jej stołek i kiwam ręką na Freda. On musi już ją dobrze znać, bo bez słowa nalewa wiśniówkę. Przyglądam się jej, gdy pije. Dłonie ma wąskie i długie. Bardzo delikatne. I w ogóle to śliczna dziewczyna, najładniejsza z tych, jakie znam. Widać nowa.
– Skąd jesteś – pytam.
Wykonuje nieokreślony ruch ręką.
– Z ogrodu Wenus.
– To nazwa burdelu czy przenośnia? – chcę wiedzieć.
– Metafora – potakuje i malutkimi łyczkami popija swoją wiśniówkę.
Widać po niej, że jest zupełnie pozbawiona przesądów i najprawdopodobniej jeszcze nigdy się nie upiła. Nie jest to jej potrzebne. Ale mnie tak, jak diabli. Czuję już miły, obezwładniający luz. Wszyscy są moimi przyjaciółmi, lubię ich. Tę małą też.
– Jak masz na imię? – pytam znowu.
– Elis – mówi. – A ty jesteś Al.
– Jasne – potakuję. – Ja jestem Al, pilot Patrolu. Lubisz mnie?
Elis przygląda mi się badawczo, jakby to ona chciała mnie kupić, a nie odwrotnie. Oględziny wypadły pół na pół.
– Nie upij się – mówi. – Nie lubię pijanych. Dziewczęta mówiły mi, że jesteś miły i masz gest. Nie jak ci i
– Racja – zgadzam się z nią. – Mam gest. Mnie Jelinek nie musi stawiać do raportu, żeby mi przypomnieć, że mam zapłacić dziwkom.
– Nie bądź niegrzeczny. Pochodzę z, arystokracji i nie lubię chamstwa.
– O.K. Co słychać w wyższych sferach?
– Ubożeją – wyjaśniła Elis. – Starsze córki z rodu zostają przeważnie kurtyzanami.
– Starsze? To ile ty masz lat?
– Dziewiętnaście. Mam na utrzymaniu rodziców, dwie młodsze siostry i brata, który chce być pilotem. BWA, czyli Biuro Wynajmu Arystokratek, potrąca część moich zarobków, przekazując ją bezpośrednio do Instytutu Lotów. Dla brata. Biuro to wielka i potężna firma, dlatego te dziewczyny tutaj muszą mnie słuchać, chociaż jestem najmłodsza. I stażem, i wiekiem.
– Słuchaj, podporo kosmolocji – powiedziałem, bo temat zainteresował mnie swoją egzotyką – a co robią twoje siostry?
Jednak teraz nie dowiedziałem się już niczego, bo w barze zadzwonił telefon. Fred nie śpiesząc się wyjął spod blatu słuchawkę i zanim przy łożył ją do ucha, wiedziałem już, kto dzwoni.
– Fred? Jest pan tam? – zapytał skrzekliwy głos komandora Jelinka, naszego dowódcy. – Niech się pan zamelduje, do diabła!
Słuchawka trafiła wreszcie na właściwe miejsce i Fred powiedział spokojnie:
– Słucham, panie komandorze.
– Meldować się! – wrzasnął Jelinek. – Co, zapomniał pan regulaminu?
– Kapral Hughes melduje się!
– No, lepiej – zabulgotała słuchawka z wściekłością. – Jest tam ten bękart Austin?
Bękart Austin to ja. Na wszelki wypadek pokazałem Fredowi, że mnie nie ma, ale to nie pomogło.
– Wiem, że on tam jest! – warczał dowódca. – Niech pan nie kłamie!
Fred wzruszył ramionami i bez dalszych zbędnych słów podał mi rozjazgotaną słuchawkę. Wielka to musiała być sprawa, skoro komandor osobiście trudził się telefonowaniem.
– Porucznik Alexander Austin przy aparacie – szczeknąłem służbowo, przerywając potok wymowy szefa.
– Za pięć minut meldować się u mnie! To rozkaz!
Coś brzęknęło w słuchawce i rozmowa została przerwana.
– Jakieś kłopoty? – zapytała obojętnie Elis.
Oddałem słuchawkę Fredowi i dopiłem swoją whisky. Zapłaciłem za siebie i dziewczynę. Zsunąłem się ze stołka i poprawiłem na sobie kombinezon.
– Żebyś wiedziała, mała – powiedziałem. – I
Wyszedłem na korytarz i powlokłem się do windy. Mój dobry nastrój prysnął bezpowrotnie. Bałem się Starego i on o tym wiedział. Oczywiście miałem to i owo na sumieniu, ale żeby zaraz tak obcesowo wzywać mnie do siebie po ledwo skończonym patrolu?