Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 44 из 71

To niesamowite, przepraszam, już kończę ten temat, bo żaden ze mnie historyk, kto ciekaw, więcej i mądrzejszych informacji na ten temat znajdzie w i

Nie jestem historykiem. Dam Czytenikowi tylko jeden prosty przykład, negliżujący z całą jaskrawością absurd gierkowskich, a zresztą w ogóle peerelowskich czasów i dojmującą głupotę ludzi, którzy wtedy rządzili: obsesja „przekraczania planu”. Wyższość gospodarki socjalistycznej nad wolnym rynkiem, tak wbijano mi w głowę w ramach „bezpłatnej, powszechnej, socjalistycznej edukacji”, polega na tym, że jest to gospodarka planowa. W Ameryce nikt nie planuje, każdy robi co chce, na własną rękę i w tym bałaganie zawsze czegoś wyprodukują a to za dużo, a to za mało, jest przez to straszne marnotrawstwo pracy i surowca. A u nas wszystko idzie jak dobrze uregulowana maszyna: mądrzy ludzie przewidzieli i policzyli, ile czego będzie potrzebne, stosowne władze rozdzielą zadania na froncie robót, kto co zrobi i na kiedy, podstawią w porę transport, odpowiednie centrale rozdystrybuują gotowe produkty, zwrotną pocztą dostarczając producentom odpowiednią ilość odpowiednich surowców na nowe partie, nic na żywioł, wszystko przemyślane. Jeśli wziąć to za dobrą monetę – spróbujmy na chwilę, dla eksperymentu myślowego – to najgłupszy człowiek musi zauważyć, że przekroczenie przez którąś z firm powiązanych systemem centralnego sterowania wyznaczonego jej planu szkodzi systemowi w nie mniejszym stopniu, niż jego niewykonanie. Zaplanowano, że w danym roku potrzeba dla realizacji zadań miliona muterek, fabryka śrubek wykonała plan wzorowo, a fabryka nakrętek, dla uczczenia sławnej rocznicy, trzasnęła pół miliona sztuk więcej. Jeśli te dodatkowe nakrętki do czegokolwiek się przydadzą, to znaczy, że plan był do bani. A jeśli plan był dobry, to na cholerę nagle pół miliona nakrętek, do których nawet nie ma śrubek? Co z nimi zrobić? Aby je wytworzyć zużyto dodatkowy surowiec, a że huty wytworzyły go zaplanowaną ilość, więc teraz tego surowca gdzieś zabraknie. Trzeba te nakrętki albo wywalić w diabły – straszne marnotrawstwo! – albo przechowywać, póki się nie przydadzą, więc zajmuje się magazyny, a skoro plan był tak doskonały, jak mówiono, to na pewno nie przewidziano w nim żadnych magazynów stojących na pusto. Więc przez fantazję fabryki nakrętek na coś teraz tych magazynów zabraknie, jakieś ważne towary wylądują pod gołym niebem, może przez to zniszczeją. Fabryka wykonała plan przed terminem, ale samochody czy wagony, niezbędne, żeby zabrać jej produkty, będą dopiero w terminie zgodnym z planem, bo tak to bystrzy planiści mądrze ułożyli – na razie transport potrzebny jest do obsługi akcji żniwnej, wożenie produkcji przemysłowej nieprzypadkowo przełożono na później.

Jednym słowem – dyrektor fabryki nakrętek, która narobiła takiego zamieszania, powinien zostać surowo ukarany. A tymczasem, wręcz przeciwnie, za przekraczanie planu i wykonywanie go przed terminem sypały się odznaczenia, premie i tytuły bohaterów pracy socjalistycznej, donosiła o tym triumfalnie telewizja. Plan przekraczał więc kto mógł i o ile mógł. Przekraczanie planu i wykonywanie go przed terminem było dowodem cywilizacyjnej wyższości, naszą odpowiedzią na amerykański imperializm i wojnę w Wietnamie. A skoro z przekraczania planów uczyniono największą cnotę, to co cwańsi ludzie – a do partii szli i załapywali się na dyrektorskie beneficja głównie cwaniacy – instynktownie, w lot chwytali, że plany trzeba ustalać tak, aby je potem łatwo było przekroczyć. Z zapałem więc okłamywali górę co do swoich rzeczywistych możliwości i potencjału. Choćby nawet gierkowscy planiści byli autentycznymi geniuszami – nie chcę dłużyć tego wątku, więc uwierzcie mi na słowo, że nie byli – to bazując na danych fałszowanych na każdym możliwym szczeblu, nie mogli niczego zaplanować sensownie. Zresztą gdyby nawet mogli, w obsesji przekraczania i oddawania przed terminem i tak cały plan szlag by trafił z punktu.

Nigdy, przez cały czas trwania „realnego socjalizmu”, w żadnym z porażonych nim krajów nie znalazł się w partyjnych kierownictwach nikt na tyle mądry, żeby uświadomić sobie i i

Burdel, powtórzę to brzydkie słowo, kosmiczny. Koszty własne – potworne, marnotrawstwo – niewiarygodne, wydajność pracy pod psem, efektywność gospodarki – ujemna. I na to wszystko nałożony lukier telewizyjnej propagandy, wrzeszczącej po sto razy dzie

W wywiadzie-rzece, który krótko po ustrojowej zmianie stał się wielkim bestsellerem, opowiada Gierek bez ustanku, jak było świetnie, jak gigantyczny sukces i spłacenie zagranicznych długów były już tuż-tuż, tylko mu podłożyli nogę zawistni konkurenci wewnątrz partii. I co najciekawsze, mówi to z takim przekonaniem, że gotów jestem sądzić, iż naprawdę mógł w to wierzyć. Naprawdę mógł nie wiedzieć, co się w kraju dzieje, jakie to licencje i technologie są kupowane za podpisywane przez niego pożyczki, jaki bałagan panuje na każdym kroku. Przecież wszystkie statystyki i raporty, które do niego docierały, wyraźnie dowodziły, że Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Ba, ludzie sami mu to mówili, spontanicznie, kiedy spotykał się z nimi podczas swoich gospodarskich wizyt. Wzrost zamożności społeczeństwa odnotowywały na każdym kroku socjalistyczne media. Czemuż miałby im nie wierzyć? Skoro, jak powszechnie wiadomo, partia komunistyczna budowała swoistą piramidę głupoty, i można w niej było zajść tym wyżej, im się było bardziej bezmyślnym, to czego się spodziewać po człowieku, który siedział na samym szczycie tej piramidy?

Nie robiono w tych czasach socjologicznych badań – nie sposób ocenić, jaki procent ludzi akceptował ten system i w jakim stopniu. Czasem ten socjalistyczny bardak zaczynał drażnić, czasem ktoś padł ofiarą absurdu, podpadł jakiemuś partyjnemu kacykowi i tak dalej – ale, jak sądzę, dopóki była micha, większość sobie raczej nie krzywdowała. Zresztą, była jakaś alternatywa? Piło się zdrowo, zakąszało i nie przepracowywało. Cytowany już inżynier budowy Ursusa wspomina, że w dniu popularnych imienin – Jana, na przykład – cała socjalistyczna budowa stawała, bo obsługująca ją betoniarnia zaprzestała pracy już o dziesiątej rano: ani jeden robotnik nie był w stanie już o tej porze utrzymać się na własnych nogach. „Zależało mi kiedyś na zabetonowaniu pewnego fragmentu. Poszedłem do operatorów Stettera i poprosiłem: panowie, niech wam się nic nie popsuje do godziny 17.00, bardzo mi na tym zależy. Dam wam ręką znak, kiedy się już może psuć. I tak było. Po zabetonowaniu dałem znak ręką i zaraz usłyszałem krzyk od strony Stettera: płukać rurociąg, agregat nawalił!”. Mieliby robotnicy nie wspominać tego budowania Ursusa jak złotego wieku? Zwłaszcza że ten inżynier, któremu z jakiegoś powodu (chory jaki, czy co?) zależało na zabetonowaniu czegoś tam na termin, zarabiał pewnie ze trzy razy mniej od nich. Pensje na budowie, z tego samego źródła: inżynier – 4000 zł, operator dźwigu po kilkumiesięcznym przyuczeniu – 20 000. Żeby klasa robotnicza nie miała wątpliwości, kto jest między Bugiem a Odromnysom najważniejszy.