Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 71

Nie potrzebuję być wielkim prorokiem, by przewidzieć, że kiedy ta książka ukaże się w księgarniach, tematem numer jeden prasowych komentarzy i polemik będzie rosnąca popularność Leppera. Będzie się wskazywać na jej rozmaite przyczyny i spierać się, czy Leppera należy ostro atakować, co tylko przysparza mu wyborców, czy też starać się o jego ekscesach milczeć, co też mu w zwiększaniu popularności nie przeszkadza. I będzie nad tym wszystkim wisiało zadawane ze zgrozą pytanie: jak to możliwe? Zresztą, tak jest już teraz, choć na razie gotowość głosowania na tego osobnika deklaruje tylko jedna czwarta wyborców.

Cóż, Lepper nie jest tematem tej książki, ale stanowi wdzięczny przykład szeregu spraw, o których tu piszę. Osobiście patrzę na jego karierę dość spokojnie. Może dlatego, że wchodzę powoli w wiek, kiedy człowiekowi nie chce się już zbyt denerwować byle kim. Może wyszarpałem już sobie wystarczająco bebechów, obserwując, jak niepowstrzymanie, ku zgrozie ludzi przyzwoitych, rosły sondażowe słupki Kwaśniewskiemu, potem Millerowi. A może z tej przyczyny, że Lepper wydaje mi się niezłym pomysłem na śmieszną w gruncie rzeczy powieść. Wiem nawet, jak by się ona zaczynała. Rok 1992, czasy Olszewskiego, prezydent Wałęsa, aby zrobić premierowi na złość postanawia łaskawie zaszczycić swą uwagą grupkę zadłużonych chłopów, okupującą gmach ministerstwa rolnictwa. Lepper, wówczas jeszcze nikomu nieznany, zostaje wpuszczony na audiencję. Rozgląda się po Belwederze – fajne miejsce, myśli sobie, pożyłoby się chętnie tak, jak ci tutaj żyją.

A potem przyjmuje go Wałęsa. Lepper patrzy, słucha, i zaczyna kombinować. Więc to ten sławny Wałęsa. A czy on jest ode mnie bardziej przystojny? Czy on jest ode mnie mądrzejszy? Czy on jest ode mnie lepiej wykształcony, lepiej wychowany, czy w ogóle jest ode mnie w czymkolwiek lepszy? Na wszystkie pytania odpowiada sobie przecząco. Nie, obaj są takimi samymi chłopami z małych wiosek. Więc dlaczego, pyta w końcu Lepper sam siebie, on jest prezydentem, a ja nie? I z tej audiencji wychodzi człowiek zupełnie odmieniony, ogarnięty ambicją objęcia w Polsce władzy, którą przez następnych paręnaście lat będzie w pocie czoła realizował.

Dałbym sobie rękę obciąć, że tak to musiało wyglądać.

A może względny spokój, jaki zachowuję w obliczu perspektywy dojścia lepperowej mętowni do władzy wynika u mnie z przekonania, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło? Każdy menedżer wie, że kiedy firma wklei się w sytuację beznadziejną, najlepszym rozwiązaniem jest upadłość. W kraju, w którym więcej ludzi żyje z zasiłków niż z pracy trudno sobie wyobrazić zdobycie demokratycznej legitymacji dla reformy zasiłki te odbierającej. Znacznie łatwiej – bankructwo państwa w stylu argentyńskim. Po takim bankructwie motłoch może sobie wyjść na ulice, może demolować miasta, jak w Albanii, wybijać szyby i rozkradać towar z supermarketów, ale nie zmieni to faktu, że laba się skończyła, kasy nie ma i nie będzie. Potem można się będzie zabrać do sprzątania i budowy państwa na nowo, miejmy nadzieję, że lepiej, niż to zrobiono po upadku komuny. Powtarzam znajomym, że główną naszą korzyścią z zaangażowania się w wojnę w Iraku jest fakt, że nasi generałowie nabierają tam wprawy w zarządzaniu społeczeństwem pogrążonym w bezhołowiu i rozpadzie. Po upadku Leppera – a powi

No dobrze, teraz poważnie. Lepper to niewątpliwie samorodny polityczny talent: ambitny, pracowity, pojętny, dobrze odczytujący społeczne nastroje, a przy tym całkowicie amoralny. Wszystko, co w dobrym polityku najlepsze i zarazem najgorsze. Takie talenty rodzą się, zgodnie z rządzącym przyrodą prawem rozkładu losowego, zawsze i wszędzie – ale co z nimi dzieje się dalej, zależy już od konkretnego miejsca i czasu. Gdyby Lepper przyszedł na świat w Ameryce, ambicje popchnęłyby go na studia i zmusiły do intensywnej pracy, dzięki której zapewne dobiłby się w końcu fotela w Kongresie, nie wyrządzając krajowi specjalnych szkód ani nie przysparzając mu pożytku. Ale urodził się w Polsce, a czas jego aktywności przypadł na lata dziewięćdziesiąte ubiegłego stulecia, więc do realizacji swych marzeń o władzy nie potrzebował wiedzy, jaką można zdobyć na uniwersytetach, tylko zupełnie i

Trafił akurat na konkretne polityczne zapotrzebowanie: potężny układ, którego istnienia możemy się z dużą dozą pewności domyślać z licznych oznak jego działania rozsianych po całych dziejach III RP, ma na swoje usługi ludzi wystarczająco mądrych, aby zdali sobie oni sprawę, że Miller zetrze się w rządzeniu jak intensywnie używana miotła, i część wyborców zechce oddać głosy na kogoś „spoza układu”, kogoś, kto wyda im się pogromcą nielubianych elit. Wniosek prosty i logiczny: trzeba mieć kogoś takiego w zanadrzu. Zresztą, tutejszy układ nawet nie musiał sam na to wpadać. Całą operację przećwiczono wcześniej w Rosji, tworząc niejakiego Żyrinowskiego – kto nie zauważa lustrzanego podobieństwa dyżurnego rosyjskiego nacjonalisty do szefa „Samoobrony”, ten chyba jest ślepy. W obu wypadkach mamy do czynienia z człowiekiem, który pozycję zdobył bluzgając soczyście wszystkim, których motłoch nie lubi, niejako w imieniu tegoż motłochu mówiąc w telewizji to, co wcześniej usłyszeć można było tylko pod sklepem z wódką. I który w parlamencie głosował dokładnie odwrotnie, niżby to wynikało z całego jego gadania – zawsze tak, jak było to na rękę władzy.

Nie spotkałem zwole

Zgodnie z opisanym już mechanizmem, gdy w grę wchodzą silne emocje, mózgi pozostają wyłączone. Trudno mi zrozumieć, że wśród tej rzeszy zwole

Nie tylko, że jest zawsze bezkarny, że sądy jakoś się nie potrafią zebrać, a jeśli zbiorą, skazać, a jeśli już skażą, to na zapłacenie sześciu złotych czterdziestu groszy – ale jeszcze wytwarza wokół siebie jakieś przedziwne pole, tak, że nikt, kto się w tym polu znajdzie, nie może być za nic ukarany. Kiedy ktoś wstępuje do Leppera na służbę, zaraz sąd przestaje wyznaczać mu terminy rozpraw, czekając, aż sprawa się przedawni, prokuratorzy, którzy dotąd prowadzili jego sprawę, zostają skierowani do pilniejszych zajęć i chwilowo nie ma ich kto zastąpić i tak dalej. Brak zainteresowania ze strony sądów rekompensuje za to wielkie skupienie uwagi na „marszałku” (jak nazywają Leppera jego ludzie) przez media. Szczególne zasługi przez długie lata miała tu czarzasto-kwiatkowska telewizja państwowa (chyba dla kpiny zwana u nas „publiczną”). Ludowy przywódca wciąż pojawiał się na jej ekranie, gromiąc złodziei, utyskując nad krzywdą prostego człowieka, względnie doznając operetkowych prześladowań, w postaci, na przykład, demonstracyjnego założenia mu na przejściu granicznym kajdanek, które zdjął natychmiast po wyłączeniu kamery.