Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 71

Cytowałem już to przypisywane jednemu z amerykańskich magnatów telewizyjnych powiedzenie, że pogarda dla widza zawsze owocuje wzrostem oglądalności. Polską polityką rządzi analogiczna zasada: pogarda dla wyborcy zawsze owocuje wzrostem poparcia. Kolejne wybory i coroczne sondaże pokazują, że polityk, który chciałby zwracać się do wyborców w miarę uczciwie, zawsze przegra z tym, który uważa ich za bezmyślny motłoch, łaknący tylko paru prostych obietnic i seansu nienawiści. Sztandarowy przykład takiego sukcesu, Andrzej Lepper, zdobył się nawet w wywiadzie dla jednej z gazet na wyjaśnienie mechanizmu swego sukcesu z rozbrajającą szczerością: trzeba mówić to, czego motłoch chce słuchać, i trzeba mówić to głośniej od i

Mogłoby się zdawać: obiecywać co ślina na język przyniesie, a wybory mamy w kieszeni. Ale nie ma tak łatwo, rzecz jest bardziej skomplikowana. Wszystkie populistyczne obietnice, jakie przed wyborami składała AWS, wszystkie te same obietnice, jakie w wersji znacznie rozszerzonej powtarzał potem Miller, a obecnie Lepper, to przecież nic w porównaniu z tym, co oferowała taka na przykład KPN. Partia Moczulskiego i Słomki doszła już niemalże do zobowiązania, że da każdemu jego własną maszynkę do robienia pieniędzy. Na nic. To, co obiecywał Ikonowicz przebijało obietnice Millera kilkakrotnie, a mimo to jego próby urwania lewicy głosów skończyły się sromotną kompromitacją. Nie szczędzą wszelkich możliwych obietnic małe partyjki narodowe, gryzące się o łaski Ojca Rydzyka czy coraz to zawiązywane na nowo kolejne zalążki „prawdziwej”, ideowej lewicy.

Składanie obietnic bez pokrycia to u nas dla politycznego sukcesu warunek konieczny, ale bynajmniej nie wystarczający. Trzeba jeszcze dwóch rzeczy. Po pierwsze – kasy. To nie jest polska specyfika, to jest ogólne prawo rządzące demokracją w epoce mass mediów. Miało być tak, że lepszy program będzie wygrywać z gorszym, a mąż godny zaufania z mniej godnym, ale w praktyce wyszło tak, że dwa miliony dolarów wygrywają z milionem, a dziesięć z pięcioma. Żeby wygrać wybory, trzeba mieć struktury organizacyjne, pracowników, specjalistów od pijaru i od wizerunku, doradców, ulotki, billboardy, fachowców od kręcenia telewizyjnych klipów i tak dalej. W Stanach Zjednoczonych, zanim jeszcze zacznie się dziurkowanie wyborczych kart, media liczą uważnie stan wyborczych kont kandydatów i przeważnie już z samej liczby tych, którzy chcieli je zasilić, przewidują trafnie wynik. Ale USA to stara demokracja, której obywatele od pokoleń przyuczeni są wybierać swoich przedstawicieli i finansować ich. W krajach takich jak Polska, na które demokracja spadła z dnia na dzień, jako fanaberia współspiskujących przy jakimś tam stole elit, politycy na grosik od prostego człowieka nie mają co liczyć. Zresztą, nie żeby ich to martwiło – bez trudu załatwiają sobie fundusze z i

Ale kasa plus obietnice to wciąż jeszcze za mało. Potrzebna jest swoista „wiarygodność”. Tak swoista, i tak specyficzna, że nie mogę nie wziąć tego słowa w cudzysłów.

A tej specyfiki nie sposób zrozumieć, jeśli się nie pamięta, że Polska to wielki, pańszczyźniany folwark, z którego wicher dziejów wymiótł przed laty panów, i na którym nagle powiedziano fornalom, że teraz będą mieli wybory, i będą sobie mogli panów i ekonomów wybrać sami.

Wybory na folwarku dzielą się, jeśli chodzi o ich mechanizm psychologiczny, na dwa rodzaje. W wyborach prezydenckich, mówiąc brutalnie, cham wybiera Pana. Nie potrafią tego zrozumieć partie chłopskie, uparcie wystawiające wciąż własnych kandydatów do Belwederu i dziwujące się, kiedy dostają oni mniej głosów, niż sama partia. Pan to musi być Pan, a nie drugi fornal, przy czym powinien to być Pan dobry, oczywiście wedle pojęć folwarku – a więc taki, co się nie będzie za bardzo w codzie

Co proszę? Dlaczego? A dajcie mi spokój, całe legiony publicystów i analityków wyrabiały przez wiele miesięcy wierszówki, usiłując znaleźć racjonalne przyczyny, dla których polactwo gremialnie zakochało się w swej matce boskiej eseldowskiej, i sam fakt, że tego próbowali, był najlepszym dowodem, że nic nie rozumieją. Rzeczy irracjonalnych nie można tłumaczyć racjonalnie, a polactwo w ocenie dziedzica jest całkowicie irracjonalne (co wcale nie stoi w sprzeczności z faktem, że dysponując potęgą mediów i wiedzą specjalistów od reklamy, nie można tymi irracjonalnymi odruchami sterować). Skąd zresztą miałoby umieć dokonywać choćby na najprostszym poziomie jakiejś analizy „za” i „przeciw”? Nawet obsługi sieczkarni trzeba się nauczyć – a co dopiero obsługi państwa demokratycznego. A przecież polactwa nikt tego nie uczył, niby kto, kiedy, w jaki sposób. Po prostu nagle zwalił się na nie dar wolnych wyborów i zaraz potem obskoczone zostało przez rozwrzeszczany tłum szarpiących się pomiędzy sobą polityków, na przemian to usiłujących polactwo nastraszyć, podjudzić i wprawić je w histerię, to znowu mamlających do niego przymilnie.

Pańszczyźniany, oprócz łatwych do wyartykułowania potrzeb – mniej robić, a więcej zarobić – ma także duszę. A ta pańszczyźniana dusza szarpana jest w tej sytuacji, wciąż dla niej nowej i niezrozumiałej, sprzecznymi uczuciami. Z jednej strony, dochodzi w niej do głosu typowa dla ludzi ze społecznych nizin zawiść i niechęć do ludzi, zwłaszcza tych, którym się lepiej powodzi albo którzy z jakiegoś powodu, dajmy na to, wykształcenia czy pozycji społecznej, uchodzą za lepszych od niego. Znajomy, który z racji jakichś badań naukowych trafił na tereny popegeerowskie, powtarzał mi słowa tamtejszego nauczyciela. Otóż wedle tej relacji, podawana na lekcji wiadomość, że taką czy i

Popegeerowska wieś to, oczywiście, przykład skrajny, ale w mniejszym nasyceniu widać w Polsce tę chamską nienawiść na każdym niemal kroku. Proszę zwrócić uwagę na tę skwapliwość, z jaką przeciętny tubylec podchwytuje każdą złą rzecz, jaką tylko usłyszy o jakiejkolwiek osobie publicznej. Proszę nastawić ucha w poczekalni, w autobusie czy pod sklepem – czy nie można odnieść wrażenia, że pomstowanie, sypanie jobami, a nade wszystko powtarzanie stawiających kogoś w złym świetle plotek, sprawia naszemu ludowi fizyczną rozkosz? Ten z telewizji to, pani kochana, chla na umór. Tamta piosenkarka daje de premierowi. A ten to znowu, taka jego mać, to się dopiero nakradł! Jedna ze znanych dzie