Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 60

Tak, świat psuł się z roku na rok, a król zmuszony był na to dzień po dniu patrzeć. Taka była jego pokuta, bo tylko ktoś bardzo naiwny mógłby sądzić, że tępego pół-Szweda, pół-Litwina postawiono na słupie na środku placu Zamkowego w i

Nie było nią wcale, że jako pierwszy w tym kraju monarcha wpadł kiedyś na pomysł dający się wyrazić słowami: jedna Rzeczpospolita, jeden król, jedna wiara, a komu się nie podoba, temu kopa – tylko to, że przy próbach wcielenia tego pomysłu w życie okazał się kompletną dupą wołową i pozwoliwszy Polakom posmakować złotej wolności, przyuczywszy ich do rokoszów oraz rwania sejmów, nie umiał potem rozpolitykowanej hołoty wziąć za mordę. Za to właśnie musiał przez wieki patrzeć na efekty swojej dupowatości, stercząc na wysokim słupie z ciężkim krzyżem w jednej i tępą szablą w drugiej ręce, ignorując z kamie

Robert oderwał się w końcu od lustra, ale dziwne uczucie, wywołane dokonanym przed chwilą odkryciem, trwało i wiedział, że nie minie jeszcze długo. Stojąc przy kuche

Horoskop dla urodzonych pod znakiem zakazu wjazdu. Szczęśliwa liczba: cztery-osiem, szczęśliwy kamień: brukowiec – przypomniał mu się jeden z ulubionych dowcipów Tamtego.

Nie. Nie chciał o tym myśleć.

Chleb nie miał smaku. Nawet posmarowany szynkową pastą i majonezem.

Pomyślał o swoim odkryciu sprzed tygodni: o Strefach. Pomyślał o pytaniu, które zadała mu Wiktoria, pytaniu, na które nie potrafił znaleźć odpowiedzi. Nie chciał o tym myśleć. Nie chciał. Poranek nie miał smaku. Wieczór nie będzie miał smaku. Nie miało smaku wczoraj i nie będzie go miało jutro. Nic już nigdy nie będzie miało takiego smaku, jak pierwsze pocałunki Wiktorii, jak chwile spędzone na osłoniętej krzewami ławce w Łazienkach i jak podchodzący do gardła strach na widok skręcającego w jego kierunku patrolu.

Odłożył nadgryzioną kromkę na brzeg talerza, przypomniawszy sobie o konieczności sprawdzenia nocnej poczty. Wiktoria opuściła już łazienkę, z jej pokoju dobiegały odgłosy pospiesznie wysuwanych i zamykanych szuflad szafy z ubraniami. Wszedł do swojego gabinetu i dotknięciem klawiatury zbudził z czujnego półsnu komputer.

Pokrywająca klawisze przezroczysta folia była szarawa od kurzu. Nie odsłaniał klawiatury prawie nigdy. Nie wiedziałby, co trzeba na niej nacisnąć, nawet dla tak prostej operacji jak sprawdzenie skrytki. Dla kataryniarzy z całej klawiatury istniał tylko klawisz ENTER, potrzebny do odpalenia driverów VR. Chociaż i to łatwiej było zrobić trackballem.

Trzy szare bloki komputera, spiętrzone na osobnym stole pomiędzy ścianą a wąskim pulpitem do czytania, tonęły w mniejszych i większych pudełkach peryferii oraz skręconych spiralnie kabli, łączących je ze sobą nawzajem i z jednostką centralną, a tę ostatnią z UPS-em. Robert sięgnął ku leżącym na wierzchu oplecionej kablami piramidy goglom i pozbawionej palców rękawicy. Chciał tylko zobaczyć, czy nie ma czegoś w skrytce, więc nawet nie przysiadł na odsuniętym od pulpitu krześle.

Założył gogle.

Stał teraz przed rozciągającą się wysoko i szeroko ścianą kolorowych okien, usianych poruszającymi się zapraszająco ikonami. Na wprost miał główny panel. Wrota do Tamtego Świata. Wystarczyło skierować nań kursor i dotknąć czubkiem palca sensora rękawicy, aby znaleźć się w Studni, prowadzącej do głównej warstwy WorldNetu, zwanej potocznie Shellem lub, rzadziej, Skorupą. Wystarczyło kilka ruchów, by po raz kolejny znaleźć się w wirtualnych labiryntach, wycinanych z nieskończonej pustki płaszczyznami barwnego światła. W głębinach pełnych form, nie znających żadnych ograniczeń prócz granic ludzkiej wyobraźni, gdzie w każdym miejscu mogły otworzyć się nagle dziesiątki nowych przestrzeni, gwałcąc prawa geometrii i logiki.

Od prawie dwunastu miesięcy niemal codzie

Przesunął upstrzoną mniejszymi i większymi prostokątami ścianę w dół, sięgając interfejsu programu korespondencyjnego. Zewnętrzna skrytka zaświeciła mu w oczy hipertekstem setek oczekujących na przeczytanie listów.

Machinalnie przemknął wzrokiem po nagłówkach przymilających się wybitymi barwną czcionką: “ważna wiadomość z USA” czy: “nie przegap uśmiechu szczęścia”. Nie sięgnął po żaden z nich. Nikt normalny nie sięgał. Ważna była tylko skrytka wewnętrzna, ta, w której komputer gromadził pocztę opatrzoną osobistym kodem odbiorcy, znanym jedynie tym, od których właściciel chciał dostawać listy.

Zazwyczaj wewnętrzna skrytka była pusta. Była pusta i wczoraj, i przedwczoraj, i jeszcze kilka wcześniejszych dni. Była pusta od tak dawna, że trudno było zrozumieć, po co tak często do niej zaglądał.

Tym razem był w niej list.

Nagłówek informował, że list przysłany został przez Brzozowskiego.

Nie przypominał sobie, aby Brzozowski kiedykolwiek porozumiewał się z nim tą drogą. Zanim jednak zdążył się zdziwić, usłyszał z przedpokoju głos Wiktorii. Nie rozwijając więc tekstu, odkrzyknął: “Idę” i nacisnął ikonę “drukuj”.

– Wychodzę! – zawołała Wiktoria. To był rytuał. Codzie

– Zwariowałeś, chcesz mi wszystko rozmazać?! – uchyliła się z refleksem i zerknąwszy w lustro na ścianie poprawiła machinalnie kapelusik. – Nigdy nie wiesz, kiedy na co pora – dodała po chwili z wyrzutem.

Już po raz drugi tego poranka został ściągnięty gwałtownie na ziemię i po raz drugi nie zostało mu nic i

– Bo ty nigdy nie rozumiesz – westchnął, złożywszy na policzku żony codzie

– Lepiej się zacznij zbierać – zaśmiała się, obrzucając go spojrzeniem, po którym widać było, że mimo zagrożenia dla świeżo ukończonego makijażu ten nagły przypływ mężowskich uczuć nie sprawił jej przykrości. – Bo się spóźnisz do pracy. – I obróciwszy się jeszcze w drzwiach, kręcąc w zadumie głową, powiedziała: