Страница 32 из 57
– Wiesz, gdyby nie dejeuner, nie mógłbym się już chyba w ogóle spotykać z ludźmi. Powiedz, co mogę ci załatwić?
– Nic – odpowiada chłodnym, pełnym dystansu tonem.
– Nie szukałem kontaktu z tobą, żebyś mi cokolwiek załatwiał. Szczerze mówiąc, nie wiem, czy nie jest już za późno… Bardzo trudno było się z tobą skontaktować, tak jak ci mówiłem w nocy.
Matko Ziemio, o czym on…?
– A wiesz, rzeczywiście – śmieję się. – Rzeczywiście, śniłeś mi się tej nocy, co za zbieg okoliczności. I mało tego, uśmiejesz się, jak ci powiem: w tym śnie byłeś księdzem.
– Ja jestem księdzem – oznajmia poważnie. – Jestem w Bractwie Świętego Michała. Twój sekretarz nic ci nie powiedział?
Matko Ziemio!
Tylko wieloletni trening sprawia, że nie otwieram w zdumieniu ust ani nie wybałuszam oczu. Ksiądz. Tego mi tylko brakowało. Jeszcze żeby z tych oficjalnych, nie -Bractwo Świętego Michała. Powinienem udusić Vana gołymi rękami. Oczywiście, że nic nie powiedział. Dobrze wiedział, że za nic bym się wtedy nie zgodził na tę rozmowę. Jeszcze mi tylko brakuje, by jakiś Marques zaczął insynuować, że utrzymuję potajemne kontakty z nazistami.
– Spróbuj tego – mówię, podając mu talerzyk z jakąś żółtoróżową paciają, pastą z glonów morskich czy czymś takim. – Moim zdaniem naprawdę znakomite.
Bractwo Świętego Michała. Nie mam oczywiście nic przeciwko nim – jesteśmy przecież tolerancyjnym społeczeństwem. Ale sami wiecie, jak to się kojarzy. Kilka lat temu jakiś ześwirowany prefekt, bodajże w Marsylii, ogłosił się inkarnacją średniowiecznego inkwizytora i zorganizował bractwo do walki z „szatanem demokracji”. Des Paul, kto by pomyślał… A właściwie należało się spodziewać.
Zawsze się obawiałem nawiedzonych rewolucjonistów, bez odrobiny zdrowego dystansu do głoszonej publicznie ideologii. Pilnujcie się takich ludzi, dobrze wszystkim radzę.
– Daj spokój – odsuwa talerzyk z irytacją, nie mogę powstrzymać myśli, że słusznie: glonowa paciają jest świństwem koszmarnym. – Umówmy się, że przez tych kilkanaście minut będziemy ze sobą zupełnie szczerzy. Dobrze? Starałem się dotrzeć do ciebie, by cię ostrzec, że stałeś się celem… No, celem ludzi, którzy posługują się różnymi, jak byś to nazwał, oddziaływaniami pozazmysłowymi. Zabiję Vana. Po prostu go zabiję. Jak mógł do czegoś takiego dopuścić?!
– Czy muszę ci tłumaczyć, że skoro ja zdołałem dotrzeć do twojego snu, to i
Fakt jest faktem, przecież widziałem go tej nocy. Nie wiem, jak to rozumieć, ale muszę mu przyznać rację.
– Kto, na przykład? – odkładam na serwetę nie tkniętą tartinkę, uważając, by nie okazać zainteresowania.
– Sam do końca nie wiem… Widzisz, kiedy ludzie przekonali się, że duchy jednak są, powstawały różne instytuty badające tę sferę i możliwości jej wykorzystania. Potem to się rozpełzło, kiedy Wschód poszedł w rozsypkę. Cześć wylądowała na usługach sekt, część w konsorcjach, tajnych służbach. Nie mogę ci powiedzieć, kogo konkretnie używa Kuruta, czy ten, kto za nim stoi. Niech ci wystarczy, że są w to zaangażowane szatańskie siły.
Kiwam głową z wypracowaną nonszalancją.
– W porządku – potwierdzam. – Wierzę ci. Ktoś próbował się do mnie parapsychologicznie dobrać i być może to właśnie jest przyczyną dziwnych snów, które mi się czasem trafiają i które, nawiasem mówiąc, nie mają najmniejszego wpływu na moje postępowanie. Tylko po co? Co ten ktoś chciałby osiągnąć? Potrafisz powiedzieć?
– Zmiękczyć cię. Drobne dolegliwości nerwowe, nagłe amnezje…
– Powiedzmy. Co jeszcze?
– Przejrzeć cię. Poznać twoje upodobania i sposób, w jaki można cię skłonić do podjęcia odpowiedniej decyzji. Myślę, że ta mediatorka została właśnie w taki sposób przygotowana.
– Myślisz o tej… no…
– O Marice L. – potwierdza. – Wiesz, jak koncerny rozrywkowe pracują nad kobietami jej pokroju: implanty, programowanie wydzielania dokrewnego, sztuczne sterowanie poziomem neuroprzekaźników. Ktoś, kto poznał twoją podświadomość, może przygotować taką kukłę, której poddasz się zupełnie bezwiednie, irracjonalnie. Przecież całe wasze sztaby nie robią niczego i
Dopiero teraz zauważam, że w klapie marynarki ma wpięty drobniutki, ledwie zauważalny znaczek – stylizowaną rybę ze złocistego drutu.
– Coś tu nie gra – znajduję po ułamku sekundy odpowiedź. – Jeśli ktoś przestrajał Marikę, to konsorcjum, które ma z nią kontrakt. I musiało to być ładnych parę lat temu. Dlaczego mieliby wtedy szykować pułapkę na mnie? Chyba musisz dodać do moich prześladowców jeszcze zespół jasnowidzów.
– Szczerze mówiąc, nie mam na to odpowiedzi – wzdycha. – Rozmawiasz z człowiekiem, który zaledwie zajrzał w ten labirynt, a i to przypadkiem. Bractwo zajmuje się czymś i
– Z socjotechnicznego punktu widzenia to był dobry pomysł, zerknij tylko w media: ona naprawdę zyskała zaufanie ludzi, w ciągu kilku dni. A zgoda konsorcjum… to banalne. Reklama. Sława „misji dobrej woli” przeliczy się na pieniądze.
Mimo wszystko czuję się niepewnie. Łapię się, co wzbudza moje podświadome zaufanie do Des Paula – właśnie to, że nie ma przygotowanych odpowiedzi, że waha się, zastanawia na głos. A może to celowe? W końcu on potrafił dostać się do moich snów. Może właśnie sam robi dokładnie to, przed czym mnie ostrzega?
– Chciałeś, żebyśmy byli szczerzy – wykorzystuję chwilę ciszy. – Czy jest coś, co łączy twoje Bractwo z Partią Ludową?
Uśmiecha się drwiąco.
Tak, NewsNet. Ale nic poza tym. Bractwo nie zajmuje się polityką. Mogę ci zupełnie prywatnie powiedzieć, co myślę o nacjonalistach: dostrzegają z grubsza zagrożenia, ale nie są w stanie ani do końca ich pojąć, ani wyobrazić sobie lekarstwa. Są zagonieni do kąta, stąd ich agresja.
– Pytam, bo…
– Nie. Nikt mnie tu nie przysyłał. Bractwo w ogóle się nie interesuje takimi sprawami, zresztą wcale nie ukrywamy swego poglądu: upadek Rzymu jest już przesądzony. Nie da się go ocalić i nie warto tego próbować. Naszym zadaniem jest myśleć o nawróceniu barbarzyńców.
Zegarek na moim przegubie daje o sobie znać cichym świergotem.
– No cóż – mówię. – Przykro mi, że nie dajesz mi żadnej szansy na sukces. Może was jednak zaskoczę. Ale musimy już kończyć.
Patrzy na mnie przez chwilę, przenikliwie, zupełnie jak w tym śnie. Wzdycha.
Wciąż mi trudno uwierzyć, jak bardzo świat się zmienił… Ja nie wiem: kto tutaj czym rządzi, kto rozgrywa, a kto tylko jest pionkiem… Myślę, że to żywioły. Nie można powstrzymać żywiołów. To nie jest jakaś zaplanowana inwazja, mająca centrum dowodzenia, z którym można rokować, armie, z którymi moglibyście staczać bitwy. To znaczy, gdyby w ogóle ktoś jeszcze w Europie zdołał wykrzesać z siebie wolę walki i obrony, a trudno w to uwierzyć… To ruch zupełnie ślepych sił. Aż tego wynika, że nie ma większego znaczenia, czy zaakceptujecie Autonomię Etniczną, czy nie.
Podnosi się i rusza przede mną do wyjścia. – Ale Kuruta to straszny człowiek. Rozpęta tu potworności, o których nie potrafię spokojnie myśleć. Dlatego tak starałem się, żeby cię ostrzec. Pewnie nie zmieni to biegu wydarzeń, ale ciebie może uratować.
Dziwne, ale ta rozmowa nie daje mi spokoju. Cała radosna energia, z jaką się obudziłem, i jaką skumulowało zwycięstwo nad Gruyerem, prysnęła teraz bez śladu.
I jeszcze Van. Zaraz po tym, jak wróciłem do gabinetu, oznajmił sucho:
– Panie przewodniczący, Gruyer ma rację. Przemyślałem tę sprawę i uważam, że jeżeli nie zamierza pan zmienić decyzji, muszę złożyć moją funkcję.
Czekał chwilę – może żebym zapytał go o argumenty, próbował przekonać. Pewnie myśli, że przez tych kilkanaście lat zdążyłem się od niego uzależnić, że nie wyobrażam sobie samodzielnego życia. Że będę go zatrzymywał.