Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 23 из 33

Ignacy, choć tyż chyba, co i miarkował, a zły Gonzala zamiar w tym wszystkim przeczuw przeszkodzić nie może żeby mu własne jego skoki, huki, z kimiż Horacja hukami i skokami w jedność się nie zlewa jakby już towarzyszami albo braćmi byli. Widział to wszystko Tomasz, a jakby nie widział…

Ale Pusto. I choć to wiadoma nadchodzących spraw straszność, choć Syna uwodzą, wszystko Puste, Puste, aż człowiek o strach, o zgrozę się modli i ich jak kania dżdżu wygląda bo nad strach okropniejsza Niemoc Strachu. Ale my jak Suche Badyle, jak Próżna Butelka, a też wszystko nam jak Pusta Bania. Na trzeci dzień tedy taki mnie zdjął Lęk z przyczyny właśnie Braku Lęku, żem do sadu poszedł i tam pośród krzewów rozpacz moją, klęski moje, grzech mój rozpamiętując, źródło ożywcze Bólu, Zgrozy, obudzić pragnąłem. Rzekłem tedy:

– Jam Ojczyznę stracił. Ale nic, pusto. Rzekłem:

– Ja z Puto na hańbę Ojca się stowarzyszyłem. Ale co tam, nic. Powiadam:

– Tu śmierć, tu Hańba zagraża. Ale i mało co z tego. Śliwki na śliwce rosły i jedną zjadłem, ale większy jeszcze Lęk mnie schwycił: że to, zamiast się lękać, śliwki jem. Ale nic, pusto, jak Mech, jak Macierzanka… i śliwki na ścieżce jem małe, ale smaczne, a słonko przygrzewa, przygrzewa, aż tu w dali Tomasza ujrzałem za drzewami… który po ścieżkach chodził, medytował i ramiona do góry wznosił, a jakby Gromów, piorunów przyzywał… ale śliwkę podniósł, zjadł… Idę dalej, a za krzakiem lgnąc leży z wzrokiem w przestrzeń zatopionym i chyba myśl jego ważna, Ciężka, bo zmarszczony coś w sobie waży, może coś i postanawia… ale nic, śliwkę zjadł jedną, potem drugą. Muchy złociste brzęczały. Ja po ścieżkach, po alejkach chodzę i śliwki zajadam, a na jarzyny, na owoce się pogapuję. Ale ktoś za płotem Syka. Poszedłem do plota, a tam na łączce Bryczka, na niej Pyckal, Baron i Ciumkała, a Baron bat trzyma i konie srokate: dopiroż na mnie kiwają, sykają.

Przez płot przelazłem. Powiadają:

– A co tam nowego, co słychać? Mówię:

– Chwalić Boga, wszystko dobrze. Powiada Baron:

– Tu w pobliskiej Estancji tych podjezdków kupowaliśmy, siadajże z nami, zobaczysz, jakie chody ostre. Ale widzę, że ostrogi przy butach mają, więc powiadam:

– Na bryczce a przy Ostrogach, to pewnie ko

Odrzekł mnie Ciumkała:

– Koni pod wierzch próbowaliśmy w Estancji.

Siadłem więc na Bryczkę: a wtenczas mnie Ostrogę Pyckal w łydkę wraził, ażem z Bólu strasznego, okropnego, mało nie omdlał; oni zaś batem po koniach i w galop! Tu konie, batem ćwiczone, jak Szalone gnają! Tu psy wyskoczyły, szczekają, doskakują, ujadają! Tu ja z Bólu przeszywającego ani się ruszyć nie mogę, bo ostroga owa zakrzywiony szpikulec miała i, raz w ciało wrażona, jak Kleszczami się w żywym mięsie utwierdzała. Tyle więc tylko sił miałem, żem do Pyckala zawołał:

– Nie ruszaj, nie ruszaj, boli!… a on za całą odpowiedź Wrzasnął, Ryknął jak Szalony, jak Obłąkaniec jaki, Potępieniec, i nogą swoją gwałtownie pokręcił. Od czego Ból Bolesny, że mnie świeczki w oczkach i zemdlałem.

Gdym zmysły odzyskał, w piwnicy jakiejś się ujrzałem, słabo światłem z małego okienka rozjaśnionej. W pierwszej chwili anim zrozumieć mógł skąd się tu wziąłem, ale Barona, Pyckala, Ciumkały widok, którzy na drugim tapczanie siedzieli, a głównie widok Ostróg owych strasznych, Zakrzywionych, które do butów przytwierdzone mieli, wprędce mnie dziwność przygody mej uwidoczniły. Myślałem jednakowoż, że to oni chyba co popili i z przyczyny jakiejś między sobą Zwady, może i dawniejszej, to ze mną zrobili. Więc powiadam:

– Na Boga żywego, ludzie, chyba pijani jesteście, powidzcież mnie gdzie jestem i za co mnie prześladujecie, bo na wszystko co święte zaklinam się, żem wam nie winien. Za całą odpowiedź tylko Dychanie ich Ciężkie, umęczone, usłyszałem, a na mnie oczami jakimiś niewidzącymi spoglądają i rzekł Baron:

– Milcz, na Boga, milcz! Tak więc siedziemy, milczemy. Wtem Ciumkała ruszył nogą, Baronowi ostrogę swoją wraził w udo! Zawrzasł Baron z bólu okropnego, ale nie rusza się, ruszyć się boi, żeby mu głębiej jeszcze szpikulec nie zalazł… i jak w potrzask złapany cicho, cicho siedzi… aż tu po jakimś czasie Pyckal krzyknął i ostrogę swoje Ciumkale wbił, który w ostrogi potrzasku zbladł, ale skamieniał. I znów cicho Siedzą.

Godziny mijały na takimż milczącym siedzeniu, a ja i odetchnąć nie śmiałem drżąc, żeby mnie który z Szaleńców ostrogi nie wrzepił. Nie zliczę wiele mnie myśli najdzikszych dręczyło, a już na tych obliczach zarośniętych, zapadłych, jak Chrystus na krzyżu rozpiętych, a tyż Piekłem żywym gorejących, najokropniejsze czytałem wyroki. Aż tu drzwi się otwierają i nie kto i

– Przytwierdzić jemu do buta Ostrogę. Mnie więc Ostrogę do prawego bucika przytwierdzono, on zaś powiada:

– Teraz do Związku naszego Kawalerów Ostrogi należysz i Rozkazy moje masz wypełniać, a także dbać żeby tamci rozkazy moje jak należy wypełniali. Ucieczki, ani zdrady żadnej, nie próbuj, bo ci Ostrogę zadadzą, a jeżelibyś choć najmniejszą chęć Zdrady, Ucieczki w którym z towarzyszów twoich spostrzegł, jemu Ostrogę masz wrzepić. A jeślibyś tego zaniedbał, tobie ją wrzepią. A jeśliby ten, kto tobie Ostrogę wsadzić ma, tego zaniedbał, jemu niech i

– Pofolguj mięsień, to ci wyjmę.

Ale pofolgować trudno; bo najprzód mnie Strach musiał pofolgować. A gdy ja po długich staraniach nieco folgi u Strachu mego dla mięśni moich ubłagałem, za najlżejszym Szpikulca poruszeniem znowuż mnie mięśnie tężały i świeczki w oczach, w czaszce łupie, Rozsadza, oj, chyba Ziemia i Niebo pękają! Aż mnie ostrogę wyszarpnął z Krzykiem strasznym, wyjąc, kopiąc i taki Ból sprawił, że znowuż w długie omdlenie popadłem. Gdy się zbudziłem, Rachmistrza nie było, a tylko Pyckal, Ciumkała, Baron siedzą i na siebie spoglądają. Mnie w głowie postać nie mogło, abym od Przyjaciół był więziony, a i drzwi wcale na klucz zamknięte nie były; ot, wstać i wyjść. Wszelako i obawy, abym znowu Ostrogi nie doznał, bez ruchu żadnego, bez słowa siedziałem. Oni tyż siedzą. Aż w końcu ruszył się trochę Baron, a zaraz tyż Ciumkała Ostrogą ruszył; ale rzekł Baron:

– O pozwoleństwo proszę, abym do garnka poszedł, strawy przyszykował, bo dziś kolej moja. Dopiroż pozwolenie mu danem zostało i do garnka poszedł, ale Pyckal tuż przy nim i Ostrogą; a Pyckala Ciumkała pilnował, ze mnie tyż oczu swoich nie spuszczając. Znów tedy silnie się tam natężyło, ale, gdy strawę nagotowano, nieco sfolgowało i jęknął Ciumkała: